Nowy blog

Przepraszam za długie milczenie. Mam nadzieję, że nie wszyscy zapomnieli, że istnieję. Jeśli tak, być może na to nieco zasługuję.
Za wytłumaczenie może posłużyć to, że przeprowadziłam się w ciągu ostatnich czterech miesięcy z kontynentu na kontynent, trzy razy zmieniłam pracę i potem w obrębie jednego kontynentu trzy razy zmieniłam kraj zamieszkania. Brzmi to o wiele ciekawiej niż jest w rzeczywistości, lecz być może brak mi na razie dystansu.
Chciałam dać znać, że założyłam kolejnego bloga i jest na nim już nowy wpis, a nawet dwa. Wszystkich zainteresowanych zapraszam: juliaciagdalszy.blog.pl
Chciałam też jeszcze raz podziękować za wspierające komentarze, o wiele bardziej pochlebne niż bym zasługiwała. Tylko dla nich spędzałam ostatni miesiąc na pisaniu wieczorami, gnębiona wyrzutami sumienia, że byliście dla mnie tacy mili, a ja nie mam siły pisać. Jakie są rezultaty? Proszę samemu ocenić.
Na tym blogu mam zamiar dodać jeszcze kilka wpisów- potrzebuję chyba tylko dostatecznie silnych wyrzutów sumienia, by zabrać się za ich napisanie.
Pozdrawiam serdecznie!

Opublikowano Bez kategorii | 6 komentarzy

Za i przeciw

Nadszedł czas na wielkie ogłoszenie.
Nie mieszkam już w Chinach.

Przez ostatnie miesiące pobytu nie byłam nawet w stanie pisać. Nie chciałam zostawiać przekazu niechęci i nieszczęścia podpisanego moim imieniem. Czułam się źle, zdenerwowana, samotna i bardo sfrustrowana.
To jeszcze nie koniec bloga. Na pewno. Mam jeszcze do opisania kilka historii, a może nawet więcej. Zrobię to w nadchodzących miesiącach, na spokojnie. Będą to wspomnienia, w których być może z dystansu dostrzegę zabawną stronę. Bez urazy, bez złości, bez emocji. Tak będzie lepiej.
Każda z historii wyjaśni na pewno, dlaczego zdecydowałam się wyjechać. Teraz przedstawię listę za i przeciw, uczciwą, bez strachu, że ktoś się obrazi, bądź nie uwierzy. Mieszkałam w Chinach cztery lata i mam już autorytet do opisania życia codziennego. Nie boję się, że miłośnikom Chin się nie spodoba. Bardziej szanuję ludzi, którzy byli w stanie dostrzegać codzienne niebezpieczeństwa i niedogodności. Niektórzy czują się w obowiązku chwalić Chiny, bo taki jest obowiązek białego człowieka.
Zacznijmy od listy argumentów za. Dlaczego był to wartościowy pobyt? Dlaczego warto pojechać do Chin?
1. Nigdy nie zdobyłabym takiej wiedzy na temat świata, jeśli nie wyjechałabym do Chin. Spotkanie z tak różną kulturą otworzyło moje oczy na świat. Nie przypuszczałam, że można oglądać świat w tak odmienny sposób i mieć tak odmienne wartości. To jak nauka wyższej matematyki, abstrakcyjnych wielowymiarowych przestrzeni. Tak różne, a ma sens i rządzi się swoimi prawami. Nie gorsze. Inne.
Żaden mankament mieszkania w Chinach nie wynika z tego, że to inna kultura. Tajwan, Malezja, Hongkong, to wszystko miejsca zamieszkane przez Chińczyków, którzy bardziej zachowują swoją kulturę niż ci z Chin kontynentalnych, a są bardzo mili, kraje są czyste, przyjemne, ułożone. Wady Chińskiej Republiki Ludowej wynikają z horroru, jaki przeszła w dwudziestym wieku, z niemożliwością rozliczenia się z nim, z przeludnienia i z biedy. Nie z kultury.
2. Nigdy nie usamodzielniłam się tak bardzo, gdybym nie pojechała do Chin. Poradzić sobie samej na drugiej półkuli to sprawdzian osobowości. Jednocześnie, życie w Chinach jest tak trudne i najeżone przeszkodami, że ciężko mnie teraz wystraszyć albo zniechęcić. Gdzieś jest trudno dostać pozwolenie na pracę? Na pewno nie trudniej, niż w Chinach. Gdzieś jest dużo biurokracji? Na pewno nie więcej, niż w Chinach. Gdzieś jest zanieczyszczenie? Na pewno nie większe, niż w Chinach.
Lista ciągnie się w nieskończoność.
3. O dziwo, w Chinach, zanieczyszczonych Chinach, poprawiła się moja kultura fizyczna. Rekordem ostatnich miesięcy była wycieczka rowerowa, podczas której pojechaliśmy prawie sto kilometrów, znaleźliśmy miejsce do rozbicia namiotu po ciemku w parku i wróciliśmy do Ningbo następnego dnia, na szczęście udało się autobusem. Powód? Najbliższa plaża była oddalona o sto kilometrów.
Nigdy nie zrobiłabym czegoś takiego w Polsce.
4. Nauczyłam się podróżować i radzić podczas samodzielnych podróży.
5. Kontynuując temat samodzielności, nauczyłam się, że wszędzie znajdę znajomych. Bo jak znalazłam w Chinach, gdzie z przygniatającą liczbą mieszkańców nie mam dosłownie wspólnego języka, dosłownie, to nie znajdę tam, gdzie mogę się porozumieć?
6. Pieniądze. W Chinach jest praca i dobre zarobki. Większość ludzi mieszka tam tylko po to.
7. Doświadczenie zawodowe. Nikt o zdrowych zmysłach nie pozwoliłby mi uczyć na uniwersytecie w Europie. W Chinach pozwolili i wracam z tym doświadczeniem. Może ktoś o zdrowych zmysłach mi już pozwoli.

Skoro jest tak wspaniale, dlaczego wyjechałam z Chin i nie chcę tam nigdy wracać?
1. Zanieczyszczenie.
Nie jest coraz lepiej, jest coraz gorzej. W Ningbo nie było wcale źle w skali Chin, ale jest gorzej niż w Krakowie, a wszyscy na smog w Krakowie narzekają. W Chinach choruję. Koleżanka, która ma małe dziecko, narzeka mi, że cały czas jest chore. Jeśli tak reaguje dziecko, dorosłemu to też szkodzi, ale być może się to od razu nie ujawnia. Czy warto czekać, aż dostanie się raka?
2. Brak szacunku do kobiet.
Chińczycy powtarzają, że kobiety mają równouprawnienie, ale to dlatego, bo niczego innego nie znają. Uważa się, że kobiety są w porządku, ale stworzone do innych rzeczy. Na przykład do zajmowania się domem. Kobieta jest delikatna, a jej mózg nie zniesie nauk ścisłych czy biznesu. Nie powinna też uprawiać sportu, bo będzie silna, nie powinna robić doktoratu, bo nigdy nie znajdzie męża. Dziecko należy rodzić przed trzydziestką, bo inaczej będzie głupie.
I tak dalej. Słuchanie tego na co dzień przyprawiało mnie tylko o zły nastrój.
W poważnym dzienniku politycznym pojawiła się ostatnio krytyka pani prezydent Tajwanu, która to jest niezamężną kobietą. Krytyka opierała się tylko na niezamężności. Bo te niezamężne kobiety, to wszyscy wiemy, jakie są. Jak się nie wyszło za mąż przed trzydziestką, to musi być coś nie tak.
Wśród studentów i współpracowników traciłam szacunek coraz bardziej.
3. Coraz większa kontrola.
Kiedy przyjechałam do Chin, działał Google, działał gmail. Teraz nie działa nic. Bez VPN-u nie jestem w stanie przygotować lekcji. Kraj zamyka się coraz bardziej, a rządy Xi Jin Pinga to powrót do starych dobrych czasów Mao.
4. Codzienne niebezpieczeństwo.
Chamstwo na drodze, gdzie samochody blokują się nawzajem i zajeżdżają sobie drogę. Chamstwo w sklepie, na ulicy. Plucie, krzyki, przepychanie i zupełna obojętność na drugiego człowieka. Jeśli ma się wypadek na drodze, najprawdopodobniej nikt nie pomoże i można się wykrwawić na śmierć. Jeśli przejedzie nas samochód, bardzo możliwe, że poprawi raz jeszcze, by mieć pewność, że na pewno zabił i nie będzie musiał płacić za leczenie.
4. Szpitale.
Nie ma przychodni, gdzie pacjent jest przypisany do konkretnego lekarza, który rozezna się ze swoich notatek i będzie kontynuował leczenie. W Chinach do lekarza przepycha się czterech pacjentów naraz i podsuwa mu swoje książeczki pod nos. Lekarz poświęca pacjentowi pięć sekund, mówi mu, że nie wie, co mu jest, daje jakiś lek i wyrzuca z gabinetu. Sprzęt jest, lekarze są, ale stosunek do pacjenta jest mniej więcej taki jak do kotletów w sklepie mięsnym. Jeśli jest się poważnie chorym, przeżywa się chwile zgrozy.
6. Rasizm.
Niedawno oburzenie wywołała reklama proszku do prania. Ładna Chinka robi pranie i odwiedza ją czarnoskóry chłopak. Gwiżdże na nią, chce pocałować i jest niegrzeczny, więc wsadza go do pralki. Po praniu wychodzi śliczny grzeczny Chińczyk.
Najlepsze jest to, że ta reklama wywołała oburzenie tylko wśród obcokrajowców. Publiczność chińska nie widziała w niej nic niewłaściwego.
Nie lubi się czarnoskórych. Biali natomiast witani są z mieszaniną podziwu i wzgardy. Bo niby mają pieniądze, ale za to nie mają żadnej moralności i kultury. Moralność mają tylko Chińczycy, zwłaszcza w kwestiach seksualnych. Dlatego nie bardzo szanuje się białe kobiety, wiele nie są warte.
Jak również tylko Chińczycy mają dobre jedzenie- każdy Chińczyk mówił mi: „My Chińczycy mamy różnorodną kuchnię, a ludzie na Zachodzie jedzą tylko stek z chlebem”.
Nie wiem, jak można jeść bez przerwy stek z chlebem, na śniadanie, obiad i kolację.
8. Dyskryminacja „non-native speakerów”
Jak jeszcze raz mi ktoś powie, że jestem non- native speakerem, to wrzasnę. Bo ja przecież jestem native speakerem języka polskiego.
Ostatnio koleżanka przeprowadzała badania wśród nauczycieli języka angielskiego, Chińczyków. Ponad siedemdziesiąt procent z nich nie umie zadać poprawnego pytania po angielsku.
Mój pan dziekan angielski kaleczył. Chińczycy języka angielskiego słabo się uczą. Znają gramatykę, ale tylko do wypełniania testów. W mowie i piśmie tłumaczą bezpośrednio zdania chińskie na angielski, tworząc przerażające językowe twory.
Chyba w rezultacie tego wydaje im się, że tylko ci, których angielski jest pierwszym językiem, są w stanie mówić po angielsku. Co gorsza, sami dobrze nie umieją, więc nie potrafią zweryfikować angielszczyzny kandydata o pracę (a powinno to zająć pięć minut każdemu angliście).
Obrażanie ludzi nie sprawia im kłopotu. Tyle razy słyszałam, że się nie nadaję i nic nie umiem, bo jestem z Polski, że nie jestem w stanie tego zliczyć.
Co ciekawe, w Anglii nikogo nie obchodzi, czy kandydat jest native speakerem, liczą się kwalifikacje.
Wprowadzone zostało nowe prawo, według którego nauczyciel angielskiego nie może dostać pozwolenia na pracę, jeśli nie skończył studiów w kraju anglojęzycznym albo nie jest native speakerem. Ciekawe, jak będzie przestrzegane.
9. Brak swobody.
Umiem po chińsku całkiem dobrze, ale większości rzeczy nie umiem zrobić sama. Zakupów na internecie, wizyt u lekarza, kupna biletów, wizyt w urzędach. Wszędzie muszę szukać osoby dyspozycyjnej i chętnej do pomocy. Czuję się winna, czuję się ciężarem. Czuję się więźniem, bo tylko więzień nie może się poruszać sam.
10. Skończyłam anglistykę i iberystykę. Zastanawiałam się, co robię w Azji, zamiast mieszkać w krajach anglojęzycznych albo hiszpańskojęzycznych. Zamiast wybrać jeden z kilkudziesięciu krajów, które spełniają te wymagania, pojechałam do Chin.
11. Język.
Tak, umiem nieźle, ale jak na cztery lata, bardzo słabo. Jakbym spędziła te lata w Niemczech lub we Francji, już bym mówiła płynnie. Niestety, mówię na takim poziomie, że prędko zapomnę. Po hiszpańsku mówię płynnie, dzięki temu mogę parę lat go nie używać, ale potem wrócić. Chińskiego po prostu zapomnę.
Dlaczego się nie nauczyłam? Głównie dlatego, bo otaczali mnie ludzie mówiący po angielsku. Chińczycy nie ułatwiają obcokrajowcowi nauki- nikt nie mówi do obcokrajowca wolniej ani prościej, jak prosi się o to, zaczynają się denerwować i mówić jeszcze szybciej i trudniej. Nie ma jak powoli ćwiczyć konwersacji i uczyć się, albo przyjeżdża się do Chin z dyplomem sinologii, albo wysokiego poziomu się nie osiągnie.
12. Brud.
Nie umiałam sobie tego wyobrazić zanim nie przyjechałam, choć słyszałam pogłoski. Jest straszny brud i nikomu nie przeszkadza.
Toalety w moim budynku myje się tylko wodą. W rezultacie śmierdzą tak bardzo, że zapach uderza nas jak tylko zbliżymy się do budynku. Ohydny, ciężki smród odchodów. Nikomu to nie przeszkadza, dziekanowi, rektorowi, profesorom, może studenci czasem narzekali, ale tylko niektórzy. Administratorzy nalewali sobie nawet wodę do czajnika w tych toaletach.
Tymi samymi szmatami myta była podłoga, stoliki i tablica. Może nawet ubikacja.
W Chinach nie dba się o czystość. Nie przeszkadza to nikomu.
13. Nigdy nie będę częścią społeczeństwa.
Nigdy. Zawsze będę obca i będzie mi przypisywany szereg stereotypów. Zawsze będę wytykana palcami na ulicy. To nie jest jeszcze najgorsze. Najgorsze jest mówienie „Bo ty nie rozumiesz nic po chińsku! Nie rozumiesz, co mówię!” i śmianie mi się w twarz. Podchodzenie do mojego stolika w restauracji, zaglądanie w talerze, zaczepki.
Proszę sobie wyobrazić, że widzimy dwójkę Anglików w naszym mieście, którzy spokojnie piją sobie kawę przy stoliku. Proszę sobie wyobrazić, że podchodzimy do tego stolika, opisujemy fizjognomię rzeczonych obcokrajowców, a że ktoś stary, a że gruby, a że pewnie brak czy ojciec tamtego drugiego. Potem zaglądamy im do kawy, zobaczyć, co dokładnie piją. Potem zaczepiamy i przerywamy im rozmowę, pytamy, skąd są. Potem śmiejemy się im w twarz: „Bo wy nie umiecie po polsku! Nic nie rozumiecie!”.
Takie zachowanie jest na porządku dziennym w Chinach.
Nie chcę być zabawną małpką z cyrku. Chcę być branym na poważnie człowiekiem. Chcę być członkiem społeczeństwa, nie wyrzutkiem.

Bardzo długo zbierałam się do napisania tych gorzkich słów, może dlatego, bo bardzo mnie bolą.
Zdecydowanym plusem pobytu w Chinach jest założenie tego bloga i pisanie. Trochę mi wstyd, słowo „bloger” niedobrze się kojarzy i wielu z blogerów się śmieje. A ja naprawdę piszę tylko dlatego, bo lubię. Pomysł zrodził się, gdy poznałam w Granadzie koleżankę z Gdańska, która studiowała w Krakowie. Pisała bloga, aby na bieżąco utrzymywać kontakt z przyjaciółmi z rodzinnego miasta. Uznałam, że to wspaniałe. Też chciałam mieć w dalekich Chinach wirtualnych towarzyszy podróży, moich najbliższych. Był to zatem blog dla rodziny i znajomych. Nie polecałam go nikomu, nie dodawałam zdjęć, nie starałam się wypromować. Powoli jednak zauważałam, że komentuje go i czyta grono ludzi, których nigdy nie spotkałam. Bardzo stopniowo zdobyłam czytelników i pewność, że moje pisanie daje komuś rozrywkę. To ogromna radość.
Dlatego też pisać będę dalej, o Chinach jeszcze przez jakiś czas, a potem nie wiem co los przyniesie i gdzie będę mieszkać. Mam nadzieję, że nie będę mieszkać w zupełnie nudnym miejscu i wciąż będę miała o czym pisać.
Za cztery lata spędzone w Azji z całego serca dziękuję.

Opublikowano Bez kategorii | 33 komentarzy

Indonezja. Powrót

Zbieram się rano, pakuję i idę do przystani. To dzień podróży powrotnej na Bali, skąd mam lot z powrotem do Chin. Wakacje dobiegają końca, a ja nie wiem, kiedy minęły, tak bardzo byłam zajęta.
Najpierw łódką o ósmej trzydzieści do portu na Lomboku. Mam na bilecie napisane, do której kawiarni mam się udać czekać na autobus do portu w Lembar, skąd odpływają promy na Bali. Miejscowi chętnie pomagają znaleźć. Kiedy się melduję, wysłuchuję szeregu narzekań, że nie wykupiłam całego transportu z Wysp Gili aż do Ubud. Popełniłam straszny grzech, że sama sobie kupię bilet na prom, a bilet na autobus jest już zapłacony.
Dowiaduję się, że autobus odjedzie za godzinę. Wszyscy mają czas, to jest, wszyscy oprócz mnie, bo mnie ostatni autobus w Padangbai ucieka o czwartej trzydzieści. Mam do pokonania przed tą godziną trasę do Lembar i cztero- lub pięciogodzinną drogę promem, więc potrzebowałabym wsiąść na prom o jedenastej. Rozmawiam z panem przewoźnikiem, mówi, że zaplanowany jest prom o dwunastej, ale spokojnie, zdążę.
Mam pewne wątpliwości.
Wsiadamy wreszcie do autobusu i pracownik zabiera nam bilety. Nic nie mówię, bo jedzie z nami, ale nieoczekiwanie wysiadł i nie wrócił. Denerwuję się po cichu, czy kierowca wie, gdzie jadę? Czy wie, że zapłaciłam za bilet? Po drodze trzeba się przesiadać, czy nie poproszą mnie jeszcze raz o okazanie biletu? Nikt za dobrze nie mówi po angielsku, nie można się nawet zapytać. Nie denerwuję się bardzo, bo nie jadę na gapę i mam czyste sumienie, ale jednak wolałabym mieć w dłoni swój własny bilet.
Droga pomiędzy portami to około sześćdziesiąt kilometrów, ale wleczemy się. Najpierw jedziemy naokoło wysadzić pasażerów w jednej miejscowości turystycznej. Zawracamy do Mataram, gdzie trzeba się przesiąść. Czekamy, aż pojedzie następny autobus, ale sobie poczekamy dłuższą chwilę, bo kierowcy zajęci są gadaniem na parkingu i wcale nie wyglądają, jakby chciało im się jechać. Ja naiwna myślałam, że przejadę tę drogę w godzinę lub półtorej, ale teraz już wiem, że na prom o jedenastej na pewno nie mam szans zdążyć. Na prom o dwunastej tracę szanse. Jest w pół do dwunastej, niby kazali nam usiąść w autobusie, ale dalej stoją i gadają na parkingu. Jeden kierowca chce już jechać za dwadzieścia, to inny się z niego śmieje, co tak wcześnie? Ten pokazuje mu zegarek. Tamten mówi, źle ci chodzi zegarek, mnie chodzi dobrze, jest dopiero dziesiąta! Śmieją się do rozpuku, niektórzy turyści im wtórują. Świetnie, że mają taki dobry humor, ja się coraz bardziej złoszczę.
Dojeżdżamy na parking w Lembar za pięć dwunasta, chwytam plecak i sobie idę. Mam do pokonania kilkaset metrów i kolejkę po bilet na prom. Do pozostałych pasażerów podchodzi pracownik i uprzejmie oświadcza, że ich zaprowadzi na prom. Ja się żegnam i pospiesznie odchodzę, bo nie ma czasu. Trzech pracowników się za mną wydziera przez cały parking, w końcu ktoś sobie przypomina, że mam wykupiony bilet tylko do Lembar. Droga po bilet też utrudniona: zatrzymują mnie sprzedawcy pakiecików i koniecznie chcą sprzedać ryż z kurczakiem. Krzyczy za mną ktoś:
-Hej, proszę pana! Heeeeej!
Nie reaguję. Krzyki, gwizdy, klaskanie. Jakbym chciała co najmniej wejść na teren ściśle tajnej bazy wojskowej.
Zatrzymuję się.
-Gdzie jedziesz?
-Do Panangbai.
-Nie, nie jedź do Padangbai. Lepiej jechać do Ubud, do Kuty. Ja cię zaprowadzę. Ja mam autobus.
Odwracam się i idę. Dalej wrzask.
-Gdzie idziesz? Proszę pana? Gdzie idziesz!
-Na prom!
-Ale jest czas… poczekaj, porozmawiamy, ja cię wszędzie zawiozę.
Krew mi się zaczyna gotować.
-Prom jest o dwunastej.
-Ale prom jest co godzinę. Poczekaj, powoli, ja jestem przyjacielem, zawiozę…
Odchodzę pośpiesznie, straciłam cierpliwość. Nie baczę już na wrzaski „proszę pana”, zresztą, nigdy nie byłam zobowiązana na tytuł „pan” reagować. Co to ma znaczyć, żebym obcemu facetowi musiała tłumaczyć, gdzie idę i on miał mi mówić, co mam robić, o której iść na prom i gdzie jechać? I za mną wrzeszczał na ulicy?
Kupiłam nareszcie bilet na prom i dobiegłam. Na szczęście nie wpuszczano jeszcze pasażerów. Kupiłam pakieciki z rybą, owoce i byłam zadowolona, bo byłam głodna jak wilk, a panowie kierowcy nie dali nam czasu kupić sobie nic. Wokół turystów kursują sprzedawcy biletów na autobusy do Kuty, Ubud czy Denpasar, mówię im, że już mam bilet. Ci uczynnie, że zamówią mi miejsce w autobusie. Pytam, czy aby na pewno na niego zdążę, ci, że oczywiście, prom przybije na czwartą na pewno, nie później. Mówię, że nie mamy teraz czasu rozmawiać, bo będę wsiadać na prom, ci, że prom najwcześniej o dwunastej trzydzieści odpływa.
Jeden pan wziął mi bilet na prom i bilet na autobus. Potem oddalił się pośpiesznie. Zdenerwowałam się.
-Gdzie on sobie poszedł? On ma moje bilety!
-Spokojnie, poszedł ci zamówić miejsce.
-Ale prom zaraz odpłynie!
-Spokojnie, prom nie odpłynie, jest czas.
-Ale gdzie on jest?
-No tam, poszedł zamawiać, zaraz wróci.
-Ale ja chcę moje rzeczy z powrotem!
Jeden młody chłopak uśmiechnął się do mnie.
-Spokojnie, będzie dobrze, to jest mój wujek. Na pewno zaraz wróci.
Dziękuję nieznajomy chłopaku, którego w życiu nie widziałam na oczy. Bardzo uspokoiło mnie to, że to twój wujek.
W międzyczasie podszedł pracownik sprawdzać bilety na prom, krzyczę, że nie mam, bo mi zabrali, wszyscy mnie uspokajają, tłumaczą pracownikowi. Dusi mnie w klatce piersiowej ze zdenerwowania. Co to ma znaczyć, żeby mi zabierać bilety? Czy ja mam pięć lat?
Pan wrócił i wszystko mi oddał. No tak, bo to był wujek tego chłopaka. Wszystko ma sens.
Nikt się nawet na mnie nie zezłościł. Chłopak znalazł przedstawiciela firmy, u której mam wykupiony bilet. Ten obejrzał i powiedział, żebym podeszła do biura w Padangbai, jak tam dotrę, bo nie wiadomo, czy autobus mnie zabierze.
Dziękuję. Tyle wiedziałam sama.
Wchodzę na prom, w naiwnej nadziei, że teraz sobie odpocznę. O naiwna.
Razem z pasażerami weszło na prom kilkudziesięciu sprzedawców. W ogromnym gwarze siedziałam i tłumaczyłam wszystkim po kolei, że już nie chcę więcej jedzenia. Odbyłam tę samą kłótnię z kilkunastoma sprzedawcami wody, bo każdy z nich upierał się, że mam pustą butelkę i muszę kupić od nich nową. Butelka była do połowy pełna i fakt, że nie uważałam ją za do połowy pustą nie oznacza, że jestem optymistką. Odwrotnie: widzę butelkę do połowy pełną, kiedy muszę ją dźwigać. I znów, czy ja mam pięć lat, żeby ktoś wiedział lepiej ode mnie, czy mam kupić wodę, czy nie?
Do tego sprzedawcy kawy, sarongów. Sprzedawca podkoszulków położył mi rękę na ramieniu, że na pewno od niego kupię. Kazałam mu nie dotykać mnie. W Chinach mam taki sam brak tolerancji: nie dotknęli by obcej Chinki, ale białą dziewczynę można, bo przecież biali są otwarci. Można sobie zatem pomacać.
Siedzę i kurczę się w sobie, marząc o ciszy. Do tego wszystkiego ktoś zaczął grać muzykę, dziesięciu innych palić.
Aż nagle, w środku tego bałaganu, jeden sprzedawca staje na środku i zaczyna ni to jęczeć, ni to miauczeć. Jego towarzysze patrzą się, zbulwersowani, po chwili zaczynają się śmiać i chcą go nagrać komórką, ten, nie przerywając swojego występu, odtrąca telefony. Stoi tak bardzo długą chwilę i jęczy. Turyści w ławce za mną ryczą ze śmiechu, nie widzieli nic zabawniejszego. Pan tymczasem wyjął torebkę i zaczyna zbierać pieniądze wśród pasażerów. Mnie omija, chyba mam wypisane na twarzy, co myślę o jego występie. Turyści dają pieniądze, są zachwyceni.
A jeśli ja stanęłabym tam na środku i zaczęła beczeć jak koza, czy też dostałabym pieniądze?
Trwało to długo, za długo, ponad pół godziny. Prom odpłynął dopiero po pierwszej.
Byłoby na nim przyjemnie, gdyby wszyscy nie palili.
Kiedy już wiedziałam, że nie zdążę na autobus i kiedy pojawił mi się zasięg, chciałam sobie zarezerwować pokój w najtańszym hotelu w Padangbai. Coś mnie jednak tknęło i postanowiłam poczekać.
Prom przybił piętnaście po piątej. Zignorowałam wszystkie nagabywania o transport i poszłam prosto do biura mojej firmy przewozowej, w celu nieokreślonym, tylko żeby sprawdzić, czy autobusu na pewno nie ma.
Pokazuję pracownikowi bilet i pytam się, kiedy by był autobus. Ten nie za bardzo umie po angielsku, ale podzwonił parę razy i mówi, że dzisiaj. Nie chcę wierzyć, przecież mi uciekł autobus. Ten wskazuje na samochód firmowy, odwiozą. Jest jeszcze jeden pan, jego zawiozą do Kuty.
Uwierzyłam w to całkiem, kiedy dojechałam do Ubud. Odwieźli mnie, nie trzeba było płacić. Na miejscu wybiegł jeszcze pracownik, pytać się, w czym jeszcze mi może pomóc, gdzie mam hotel? Okazałam się świetnie przygotowaną turystką, bo zarezerwowałam sobie w samochodzie i znalazłam na mapie. Mówię mu nazwę i pokazuję, to będzie tam i ustawiam się w odpowiednim kierunku. Pracownik tylko mi przytaknął i zmartwił się, że mam za daleko. Zapewniłam go, że dam sobie radę i się pożegnałam.
To najlepsza firma na świecie.
Po drodze zobaczyłam pizzernię i mój instynkt kazał mi wejść i zamówić całą pizzę. Wcale nie jest drogo, taka cała wielka Margarita jest po około dwanaście złotych. Kiedy mi ją przynieśli, trochę się przestraszyłam, że nie dam rady przecież tyle zjeść, po co zamawiałam. Postanowiłam spróbować.
Po dziesięciu minutach nie było pizzy. Jak mogłam w siebie nie wierzyć?
Do hostelu trzeba było skręcić i jak tylko to zrobiłam, zaczęłam przeklinać swój los. Droga była wąska, bez chodnika ani pobocza, nieoświetlona. Jakby tego było mało i nie była wystarczająco niebezpieczna, była kręta i prowadziła w górę i w dół, więc samochody i motocykle nie widziały pieszych. Zaczęłam przeklinać, że posłuchałam Juana, który mi polecił ten hostel, ale skąd mogłam wiedzieć? A z drugiej strony, jak on mógł nie zwrócić na to uwagi? To chyba dosyć ważny szczegół, że po drodze do hostelu łatwo się zabić?
Szłam jednak bardzo ostrożnie i jeśli tylko się dało, schodziłam z jezdni. Za każdym razem, kiedy będę szła tą drogą, będę przeklinać, że nie jestem w Malezji, bo tam ktoś na pewno by się zatrzymał i mnie podwiózł, żebym tamtędy nie szła.
Hostel też słabo oznakowany z drogi, a zwłaszcza po ciemku. Jeden gość wyszedł z niego przypadkiem i zapytał się, czy właśnie tam chcę dojść, to on pokaże, gdzie iść. dzięki niemu trafiłam na miejsce.
Na miejscu melduję się i dostaję łóżko na górze. Pytam czy nie mogę spać na innym, na dole, pracownik mówi, że nie, bo jest zarezerwowane. Przez cały mój pobyt będzie puste. Tak się nie robi.
Był też zastrzyk adrenaliny: prysznic nie miał zasłonki. Było go wprawdzie widać tylko z jednego kąta pokoju, a cała sypialnia była pusta, jednak nigdy jeszcze tak szybko się nie umyłam. Następnego dnia marudzę trochę i zawieszą zasłonę. Okaże się, że szef miał przyjść skontrolować hostel i postanowili wszystko wyprać. Skarżyli się, że ich trud poszedł na marne, bo szef wszystkiego dokładnie nie obejrzał.
No tak i po co sprzątali?
Wyspałam się przynajmniej i rano wstałam na śniadanie wliczone w cenę. Podano kilka kawałków owoców. Zaiste, to sute śniadanie.
Nie wiem, czy byłam tak zmęczona, czy rzeczywiście miałam na co narzekać.
W hotelu były codziennie wycieczki, ale trzeba było na nie jechać skuterem, którego nadal boję się prowadzić. Wzdycham i idę sama zwiedzać.
Najpierw muszę wydrukować karty pokładowe i długo szukam kawiarenki internetowej. W jednym sklepie pani pokazuje mi, gdzie skręcić i mówi nazwę. Dzięki temu zauważam szyld, wchodzę przez podwórze na tyłu domu i drukuję, con potrzebuję. Inaczej w życiu bym tego miejsca nie znalazła.
Miasto napchane jest barami, kawiarenkami, restauracjami i sklepami z pamiątkami i rękodziełem. Każdy sklepik ma swoją kapliczkę i każdy kładzie na progu małą ofiarę z kwiatów i owoców w pudełeczku z liścia banana, pali się w środku kadzidło. Raz widziałam papierosy zamiast kadzidła. Po drodze dużo świątyń, na każdej napisane, że wstęp tylko w celu modlitwy i z szacunku nie wchodzę. Podobnie do świątyń wyglądają podwórza domów i hoteli. Bramy wyglądają ciekawie. Typowa brama jest takim hinduistycznym cokołem, przepołowionym gładko na pół, bramka lub drzwi zawieszone są w otworze. U obu stron bramy stoją posągi, owinięte są tkaninami w kratę, ozdobione plecionkami niby z wikliny. Ponadto zwisają w bram wysokie, plecione jakby palmy wielkanocne. Zaginają się u szczytu i zwisa z nich pleciony dzyndzelek.
Tak to ozdobione są przybytki. Ulicami natomiast płynie rzeka samochodów i motocykli, jest potwornie głośno. Chodniki są wąziutkie albo nie ma ich w ogóle, trudno jest iść, zwłaszcza, jak ktoś jeszcze na nich zaparkuje. Poruszanie się po takim mieście bardzo mnie męczy, zwłaszcza w hałasie i w upale. Nie pomagają zaczepki do pięć metrów, czy aby nie chcę taksówki, transportu czy masażu. Domyślam, się, że aby poznać balijską duchowość, trzeba jechać jak najdalej od tego miejsca. Niestety, trzeba mieć w tym celu skuter.  
Zjadłam lunch. Tak smakowało mi na wyspach gado-gado, że zamówiłam raz jeszcze. Po tym doświadczeniu postanowiłam trzymać się kuchni zachodniej. Nie było w tym wcale nawet sosu orzechowego, to gado-gado dla turystów, którzy nie wiedzą, co to gado-gado. Wybór jedzenia ogromny, ceny nie najgorsze, a zachodnie jedzenie smaczne. Bo zachodni turysta wie, jak powinno smakować jego jedzenie, a nie wie, jak powinno smakować indonezyjskie, tak zgaduję.
Poszłam też zamówić sobie bilet na lotnisko w mojej firmie przewozowej. Bilet powrotny z Padangbai wyglądał następująco: Padangbai do Ubud, a potem Ubud do Kuty, wszystko wliczone w cenę. Pytam się, czy mogę jechać w tej cenie na lotnisko, bo to przecież obok, mówią, że nie. wzruszam ramionami, cóż, zapłacę, i tak byli mili i mnie podwieźli samochodem do Ubud. Na co oni wykonali telefon i nagle się okazało, że wiozą mnie na lotnisko, nic nie muszę dopłacać.
To jest naprawdę najlepsza firma na świecie.
Idę do głównej atrakcji Ubud, czyli lasu małp. Jest to miejsce działające na zasadzie hinduistycznej współpracy z naturą. Są w nim świątynie i mieszkają oswojone małpy.
Bardzo liczyłam na zwiedzenie świątyń, ale niestety, wszystkie były zamknięte. Balijczycy nie chcą, by turyści oglądali świątynie. Można sobie tylko obejrzeć z zewnątrz. Wszędzie hasają stada małp. Siedzę sobie wśród nich i bardzo dobrze się czuję. Zawsze bardzo lubiłam zwierzęta, a od kiedy ich nie jem, czuję się w ich towarzystwie jeszcze lepiej. Małpy zachowują się zaskakująco podobnie do ludzi. Najbardziej mi się podobało, jak matka z dzieckiem bawili się w berka. Jedno się chowało, drugie go szukało. Urocze.
Małpom wcale nie przeszkadzałam. Ciekawe, co sobie myślą o ludziach. Ja byłam dla nich trochę meblem, skakały po mnie. Często się biły, wskakiwały mi na głowę i skacząc wokół mnie jak po meblu, biły się dalej.
Przeszłam się po parku, robiąc zdjęcia małpom i świątyniom od zewnątrz. Najciekawsza była świątynia krematoryjna. Jest tam mały cmentarzyk, ale tymczasowy, ciała czekają tam na kremację w świątyni. Jest też mała galeria sztuki, z cenami, na sprzedaż. Najbardziej jednak podobało mi się siedzenie wśród małp.
Żałowałam, że nie miałam żadnych owoców dla małp, ludzie mieli. Jeden facet, wyglądający zupełnie poważnie, pokazał małpie owoc, po czym wrzucił go do sadzawki głęboko w dole.
-No na co czekasz, skacz!- powiedział do niej.
Zastanawiałam się, kto tu jest istotą bardziej rozwiniętą.
Siedziałam sobie w małym amfiteatrze. Jedna małpka wskoczyła na mnie. Zaczęła przeglądać mi rzeczy, zajrzała mi pod bluzkę, potem chciała wyrwać mi naczyniak z dekoltu. Chciałam ją powstrzymać, podkładając jej moje ręce pod jej dłonie, żeby chwytała się palców. Pracownik szybko zareagował, żebym nie dotykała małpy, bo zaraz przyjdzie matka i mnie zaatakuje.
Ale ja się tylko bronię!
Małpka się szybko znudziła, zwłaszcza, jak nie znalazła żadnego jedzenia. Posiedziałam jeszcze chwilę i oto wskoczyła mi na głowę cała zabłocona małpa, co już sprawiło mi  mniejszą radość. Potem poszła popływać w sadzawce i myślałam, że się utopiła, ale nie, zaraz wypłynęła.
Nie ma wielkiej różnicy pomiędzy małpkami i dziećmi. No, może dzieci rzadziej skaczą po głowie.
 Potem chciałam iść do muzeum, ale zerwał się rzęsisty deszcz. Zmokłam, zanim dobiegłam pod zadaszenie. Klimatu równikowego mam zdecydowanie dosyć. Doszłam w końcu do muzeum drogą długą i ruchliwą.
Zwiedziłam po drodze jedyną otwartą świątynię w mieście. Jak całą Indonezję byłam szczęśliwa, że nie ma Chińskich turystów, odkryłam ich na Bali, w najbardziej turystycznym miejscu świata. Niektórzy mieli nawet swoich przewodników, tłumaczących im wszystko płynnie po chińsku. Zwiedzanie świątyni w tłumie wymachującym kijami do selfie nie należy do głębokich przeżyć duchowych. Inna świątynia, którą bardzo chciałam zwiedzić, była zamknięta. Wyślę mamie potem pocztówkę z jej wizerunkiem i napiszę, że choć na Bali nigdzie nie da się dojechać i wszystko jest zamknięte, to można przynajmniej kupić pocztówki z podobiznami tych wszystkich miejsc, gdzie nie da się dostać.
Muzeum było trochę drogie, ale całkiem ciekawe. Sztuka Bali jest dosyć charakterystyczna i sama mogę wyróżnić kilka trendów. Pierwszym będzie ukazywanie sielankowego życia wsi, pracy na roli, ceremonii, plażowania. Kolory są odważne, żywe, niczym z obrazów z Tahiti. Drugim trendem jest ukazywanie historii hinduistycznych, scen z legend. Tak jak my przez wieki ukazywaliśmy żywoty świętych i sceny z Biblii. W muzeum obrazy są opisane, można sobie poczytać, co też na każdym obrazie się dzieje. Czuje się bogactwo kultury miejscowej, folkloru, legend i ogromny smutek, że nie da się tego poznać. Pomiędzy turystą a bogactwem Bali stoi mur taksiarzy, hotelarzy i chciwości miejscowych, którzy chcą zawieźć w kilka miejsc, pozwolić turyście zrobić sobie selfie, ale na tym koniec. Trudno samemu poobserwować, samemu pojeździć po tej wyspie, bo jak, skoro nie ma autobusu? A jak obserwować życie duchowe, skoro wszystkie świątynie są zamknięte przed przyjezdnymi na głucho? Jak poznać życie mieszkańców, skoro nawet couchsurferzy chcą wymuszać pieniądze?
Bardzo smutne, bo Bali wydaje się być bardzo ciekawe i wyjątkowe. Niestety, kilka małp i zdjęć świątyń nie wystarczają mi, widziałam Bali bardzo powierzchownie. Lepiej poznałam życie duchowe muzułmańskiej Indonezji i katolickiej Indonezji, bo ci ludzie zapraszali mnie do swoich domów, dyskutowali, opowiadali, dzielili się przemyśleniami. Gdzie jest głębia duchowa Bali, którą tak bardzo chciałam zobaczyć? Nie dane mi było.
Wieczorem w pokoju hostelowym rozmawiam po hiszpańsku z Kolumbijką. Jej chłopak Indonezyjczyk siedzi obok, nie rozumie i czyta sobie. Opowiadam koleżance o problemach związanych z poruszaniem się po Indonezji i o wymuszaniu pieniędzy w transporcie publicznym. W pewnym momencie koleżanka odwraca się do swojego chłopaka i mówi: „Ona mi opowiada, jak bardzo nienawidzi twojego kraju.” Zrobiło mi się bardzo nieprzyjemnie. Przecież nie chodzi mi o to, że nienawidzę kraju, opowiadam o tym, jak ciężko mi było się po nim poruszać. Takie utrudnienia bardzo męczą, psują wakacje. Stres i strach przed miejscowymi, czy zaraz nie zaczną wyłudzać, czy nie zabiorą mi biletu, czy nie nakrzyczą, czy nie nazwą głupią czy nie wyrzucą gdzieś w środku nocy zamiast dowieźć, gdzie obiecali. Co nie znaczy, że nienawidzę kraju. Bardziej żal mi go, bo mógłby być tak przyjemny, a nie zachęca turystów. Chociaż, mimo chciwości miejscowych wciąż tabuny walą na Bali i nigdy się to nie skończy.
Rozmawiałam potem w Chinach z koleżanką z Indonezji, która robi w Ningbo doktorat. Jest indonezyjską Chinką i chińskim zwyczajem jej rodzice założyli firmę, aby mieć dużo pieniędzy. Nigdy w życiu nie wsiadła do transportu publicznego w swoim własnym kraju i śmiała się ze mnie do rozpuku, że tak zrobiłam. Sama jestem sobie winna. Ją wożą prywatni kierowcy.
Następnego dnia tylko wychodzę zjeść lunch, wysłać kartki, kupić trochę jedzenia. Kiedy wracam, zrywa się znowu ulewa i chronię się pod dachem. Podchodzi do mnie małżeństwo i pyta się, czy idę w tamtą stronę, bo oni tam jadą i podwiozą.
Czyli jednak są w Indonezji mili ludzie.
W drodze powrotnej idę do tej samej pizzerii, znowu jem całą pizzę i idę dalej na stanowisko mojej firmy przewozowej. Rozmawiam sobie z ludźmi, bo jestem za wcześnie. Jedna pani Angielka opowiada mi o Cichej Nocy, czyli hinduistycznym dniu medytacji. Nie działa prąd, nie lądują samoloty, nie wolno wyjść z hotelu. Ktoś jej nawet mówił, że nie wolno wyjść na ulicę, bo aresztują, ale nie chce mi się w to wierzyć. Zwłaszcza, że zapytała się pracownika, a on przeprosił, że za dobrze nie wie, na czym polega to święto, bo jest muzułmaninem. Jakby groził mu areszt za nieprzestrzeganie go, raczej siłą rzeczy by wiedział. Ale tylko tak zgaduję.
Inna pani Amerykanka miała dokładnie taki zawód, jak ja, czyli uczyła angielskiego na uniwersytetach w krajach nieanglojęzycznych. Porozmawiałam sobie z nią dłuższą chwilę i dowiedziałam się wielu ciekawych dla mnie rzeczy.
Fascynuje mnie, że emeryci z Anglii, Szwecji, Niemiec, Ameryki spędzają swój czas na podróżowaniu. Ma to sens, ponieważ jeśli mają nawet i dwa tysiące euro emerytury, wystarczy im to na dostatnie życie w Azji. Straszna szkoda, że polscy emeryci nie mają takich możliwości. Bardzo mnie to smuci.
W strugach deszczu opuszczam Bali, którego nie udało mi się tak naprawdę dobrze zwiedzić. Ale nawet jeśli wynajęłabym skuter, co bym zobaczyła, piękne widoki i piękne plaże? Ja chciałam poznać miejscową kulturę, święta, ludzi. A może mam za wysokie wymagania po przeczytaniu książki „Jedz módl się kochaj”? gdzie jest to duchowe Bali, opisywane w książce? Gdzież ono?
Na lotnisku mam czekać noc i okazuje się, że potrafię spać wszędzie. Przytulam tylko plecak z cennymi rzeczami, co jest ogromnym poświęceniem, bo po tylu tygodniach jest wstrętnie brudny, i śpię. Niestety, budzi mnie ból ucha. Dotykam małżowiny i już wiem, że zaczyna mi się stan zapalny. Googluję, czy można latać z zapaleniem ucha? Wypowiedzi mówią tak samo, że to najgorszy ból, jaki przeżyli w życiu, a powikłania mogą być poważne. Łykam ibuprofen i nie mogę już spać ze strachu. Muszę lecieć, bo co zrobię, zostanę na Bali i napiszę kolejną książkę? Obawiam się, że moja wizja tej wyspy tak dobrze by się nie sprzedała.
Przed startem drżę niczym przed wizytą u dentysty. Na szczęście nie bolało tak bardzo, słuchu też nie straciłam. Przeczekałam dzień na lotnisku w Kuala Lumpur. Przed lotem czeka mnie sytuacja tak dobrze znana mieszkającym w Chinach, komentujemy ją wspólnie przez telefon z koleżanką. Siedzę sobie i czekam, aż zaczną wpuszczać do samolotu, a wokół mnie przepychający się, krzyczący Chińczycy i rozbiegane, niegrzeczne dzieci, na które nikt nie zwraca uwagi. Siedzi sobie taki przerażony człowiek i zastanawia się, gdzie wraca i dlaczego.
W samolocie udało mi się usnąć tylko na chwilę. Wydawało mi się, że tylko zdążyłam przymknąć oczy, a nagle zapaliło się światło i z głośników odezwał się komunikat, że za wwożenie narkotyków grozi kara śmierci. Nie ma to jak delikatnie obudzić pasażerów.
Siedzieli obok mnie dwaj studenci, Chińczycy z Malezji. W przeciwieństwie do swoich rodaków z Chin mówić po angielsku i umieli, i się nie bali. Jeden wytłumaczył mi, gdzie na lotnisku będzie autobus do centrum. Studiują w Chinach i stwierdzili, że oszalałam, że jeździłam w Malezji autostopem. Chciałabym zrozumieć, dlaczego wszyscy mieszkańcy Malezji są tak uprzedzeni do tego kraju. Wszyscy narzekają, jaki skorumpowany i niebezpieczny. Na pewno wiedzą, co mówią, ale cała Azja jest przecież skorumpowana, nie ma natomiast porównania, jak ludzie w Malezji są pomocni dla przyjezdnych, a jak wykorzystać turystę chcą wszędzie indziej.
Na lotnisku w Chinach wyszłam z samolotu jako pierwsza, przebiegłam koło taśmy, bo wszak nie nadawałam bagażu, wyprzedziłam większość pasażerów i jako jedna z pierwszych stanęłam do kontroli paszportowej, gdzie zawsze są kolejki na przynajmniej kwadrans. Przeszłam koło kontroli celnej, zapytałam się gestem, czy mam położyć bagaż do prześwietlenia, celnicy pomachali, żebym sobie poszła. Warto było mnie budzić i straszyć karą śmierci.
W przeciągu godziny dotarłam do domu Lois, głodna, zmęczona i chora. Rano pojechałam do Ningbo i biłam się z myślami do wieczora, czy iść do pracy. Doszłam do wniosku, że lepiej nie, bo tylko się bardziej rozchoruję. Poinformowałam odpowiednie osoby, zgodnie z kontraktem. 
Odpowiednie osoby oświadczyły mi, że nie wolno mi wziąć dnia wolnego, ponieważ to pierwszy tydzień pracy. Byłam bliska wysłania im wiadomości, że mój organizm nie znał tej zasady, dlatego nie dostosował się do harmonogramu.
Odpowiednie osoby oświadczyły, że mam zadzwonić o poprosić o pozwolenie dziekana.
No to wysłałam mu smsa.
W odpowiedzi zadzwonił do mnie. Najpierw wyraził smutek i zmartwienie moim stanem zdrowia. Prędko natomiast oświadczył, że on jest takim wspaniałomyślnym człowiekiem i tak się o mnie troszczy, więc ja teraz powinnam zrobić coś dla niego i jednak iść do pracy. Jak później skomentuje kolega, zachował się jak prawdziwy alfons, mówiący: „Pamiętaj, dla kogo pracujesz”.
Postanowiłam, że nawet jakby nastąpiło cudowne ozdrowienie, to ja na złość nie pójdę. Okazało się, że to straszliwy problem, ponieważ uczelnia przechodzi kontrolę z zewnątrz i straci twarz, jak nauczyciela nie będzie w pracy. W sposób azjatycki muszę poświęcać siebie dla dobra szefa.
Jeszcze czego.
Następnego dnia pan urzędnik partyjny Tony zawiózł mnie osobiście do szpitala, choć nigdy nie chciał tego robić, zapewne po to, by zdać dokładną relację dziekanowi. Lekarz potwierdził zapalenie ucha i zapisał kroplówki z panicyliny dwa razy dziennie.
Po dniu braniu kroplówki obudziłam się z okropnym bólem brzucha i prawie czterdziestoma stopniami gorączki. Zadzwoniłam do Tony’ego, żeby mnie zabrał do lekarza.
Przyjechał, owszem, ale za to cały pobyt w szpitalu wysłuchiwałam, co dokładnie miał tego dnia do zrobienia i jak wszystko zepsułam.
Widziałam się z czterema lekarzami. Żaden z nich nie widział mnie wcześniej, nie był w stanie oraz nie miał czasu się doczytać z książeczki, co mi jest, badał mnie lub nie i zbywał, że nic mi nie jest. Jeden podał genialną diagnozę:
-Tony- proszę w desperacji.- zapytaj się go, co mi jest.
-Mówi, że nic ci nie jest.
-To dlaczego mam gorączkę.
-Mówi, że jak masz zapalenie ucha, to masz i gorączkę.
-To dlaczego boli mnie brzuch?
-Mówi, że jak ma się gorączkę, to może boleć brzuch.

Czwarty lekarz zgodził się w końcu mnie zbadać i orzekł zapalenie żołądka. Na pewno nabawiłam się go w „czystym” chińskim szpitalu.
Tak oto niefortunnie zakończyła się moja podróż. Ciekawa, jak wszystkie podróże. I właściwie wszystko było dobrze, dopóki nie trzeba było wrócić do pracy.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Indonezja. Lombok

Budzimy się rano, idziemy pieszo do biura o szóstej rano, ignorując setki pytań, gdzie idziemy i czy chcemy taksówkę. Dowieźli nas do Padangbai, wysiadamy i idziemy do budynku, który wygląda na biuro sprzedaży biletów. Po drodze zaczepia nas na tych dziesięciu metrach przynajmniej trójka ludzi. Siedzi sobie przy ogrodzeniu pan, pyta, gdzie idziemy, jego też ignoruję.
-Where you go?- pyta.
Zignorowałam.
-Why you no answer? Why you so stupid?- powiedział do mnie,
Krew mi zawrzała. Przejechałam pół Azji wzdłuż i wszerz. Nigdy i nigdzie nikt mnie nie obraził. Aż dotąd.
-What did you say?!
-I say you stupid.
-You are very rude!- wrzesnęłam.
-Yes you stupid! Bali is different! You come to Bali! I ask you no answer! You stupid! Yes! You come to Bali!
Wypowiedź podana w oryginale dla pokazania bogatej gramatyki owego pana, jak również do pokazania jego wypowiedzi w oryginale, gdyż ja do końca nie umiem zinterpretować jej semantycznie. Ogólnie pan uważa, że jestem głupia, bo zignorowałam go i nie wytłumaczyłam jemu, obcemu człowiekowi z ulicy, gdzie idę. Pojawił się też wszechobecny na Bali slogan: „You come to Bali”, który w tym wypadku nie oznacza wyjątkowo, że mam dać się naciągać, tylko że mam dać się obrażać.
Wrzasnęłam raz czy drugi, że jest chamem i nie ma prawa się do mnie tak zwracać, na co słyszałam, że ja jestem przecież głupia, dobrze mi przecież mówi, szczerą prawdę. Trzęsąc się cała ze złości, odeszłam, klnąc. Marta pośpieszyła mnie poinformować, że nie wolno mi się tak przejmować. Ten pan pomóc chciał, on bardzo dobry jest. On nie umie po angielsku i nie wiedział, co mówi.
Doskonale wiedział.
Odpowiedziałam Marcie, że nie będę przepraszać jej za to, że jestem zdenerwowana, na nią przecież nie krzyczę. Usłyszałam, że ona chciała mi pomóc. Chciała mi powiedzieć, żebym się przestała przejmować.
Miała miejsce sytuacja, z którą nie spotkałam się lata całe. Być może dlatego, bo już na poziomie studiów ludzie bywają bardzo tolerancyjni, a studia zaczęłam dłuższy czas temu. Jestem bardzo uczuciowa i ludzi bardziej chłodnych to wręcz gorszy. Nie rozumieją, jak można się tak złościć, bać, martwić, cieszyć, smucić jak ja. Czysta perwersja. Dla takich ludzi najwygodniej byłoby, gdybym udawała spokój. Nie gorszyłabym ich.
Gdyby Marta pisała tego bloga, nie byłoby wzmianki nawet o panu ani o dziesiątkach innych rzeczy. Dla mnie to wręcz przeciwnie, ważne wydarzenie, ktoś mnie obraził. Znamienne, że zdarzyło się to tylko na Bali.
Wsiadamy na prom. Spotykamy turystę, który zapłacił pięćset tysięcy za transport na Lombok, czyli pięć razy więcej, co my. Do tego obiecali mu szybką łódkę, a potem kupili bilet za czterdzieści tysięcy i kazali jechać promem. Był niepocieszony, że to tak w rzeczywistości mało kosztuje i tak bardzo dał się nabrać. Bo dał się nabrać bardzo.
Na Lomboku czekał nas nocleg w domu Rumah Sinnghah. Jest to miejsce niezwykłe. Rodzina z Rumah Singgah ma duży dom, który postanowiła oddać za darmo podróżnym. Nigdy nie biorą żadnej opłaty za nocleg. Zawsze rozmawiają, pomagają, cieszą się, że ktoś przyjeżdża, czasem karmią. Wszystko zupełnie bezinteresownie. Można się z nimi skontaktować przez couchsurfing.
Ich syn, Sobah, powiedział mi, że czasami śpi w domu nawet i siedemdziesiąt osób, wszystkie pokoje, cały przedpokój, ganek, dach, wszystko jest pełne, ale nie odmawiają noclegu absolutnie nikomu.
Myślałam, że kontaktuję się z przyjacielem rodziny, a po przyjeździe okaże się, że cały czas korespondowałam z córką, Pitą. Była tak uczynna, że nawet dała mi kontakt do swojego znajomego, który ma publiczny autobus, żeby odebrał nas z portu i zawiózł do nich bezpośrednio.
Przeprawa promem trwa pięć godzin. W porcie zadzwoniłam do znajomego. Rzucił się na nas oczywiście tłum przewoźników, ale udało mi się ich przekonać, że ktoś po nas przyjedzie. Zadzwoniłam do znajomego Pity i zaraz był, swoim autobusem. Po drodze brał innych pasażerów. Nieprzyjemny był stan strachu, w którym znajduję się po jednodniowym pobycie na Bali: boję się, czy na pewno nie zażąda więcej pieniędzy, czy na pewno dowiezie. Przestraszyłyśmy się trochę, kiedy podjechał tankować i poprosił nas o pieniądze. Zapłaciłyśmy mu wtedy za kurs, więcej po przyjeździe na szczęście nie chciał.
Dowiózł nas do domu i usiadłyśmy na ganku. Siedziba rodzinna składa się z dwóch domów: większego i mniejszego domku. Oba mają ganki, czyli takie podesty wyłożone płytkami. Jest to miejsce na spotkania towarzyskie, wszyscy siedzą razem na ziemi, jedzą, piją herbatę, rozmawiają. Wokół trochę książek, pamiątki do kupienia.
Podeszła do nas pani domu, starsza pani i z uśmiechem zapytała, czy umiemy po indonezyjsku. Z jak najuprzejmiejszym i najbardziej przepraszającym uśmiechem pokręciłyśmy głowami. Pan domu również powitał nas uśmiechem. Zjawiła się wkrótce dwudziestoparoletnia Pita i zaprowadziła nas do pokoju. Uprzątnęła rzeczy innego podróżnika, powiedziała, że może go przenieść gdzieś indziej, a my możemy tu spać. Zamiotła podłogę, uprzątnęła łóżko. Powitał nas pokój o różowych ścianach.
Dom wygląda niesamowicie. Ma wielki przedpokój, wyłożony matami, na których śpią goście. Są kanapy, wielki telewizor, akwarium ze złotymi rybkami i nawet podświetlana fontanna. Drzwi prowadzą do pokojów, łazienek i pokoju do modlitwy. Ściany pełne są zdjęć podróżników, byłych gości domu.
To jest dom przyjazny podróżnikom.
Usiadłyśmy na ganku i Pita zapytała, czy chcemy kawy czy herbaty. Przyjechał też Juan z Kolumbii i wszyscy byliśmy głodni, ale że Pita gotowała nam herbatę, nie wypadało sobie iść jeść. Siedzimy i zapoznajemy się, opowiadamy o swoich podróżach. Marzeniem Juana jest zobaczyć smoki na wyspie Komodo obok Flores, my nie mamy takich ambitnych planów. Marta miała, dopóki nie zerknęła na mapę i nie zobaczyła, jak daleko jest Flores.
Pita podała nam do herbaty ugotowaną tapiokę i nigdy nic bardziej mi nie smakowało, tak byłam głodna. Dowiedziałam się przy okazji, że tapioka to juka i jest popularna w Kolumbii. Smakuje prawie jak ziemniak.
Poszliśmy szukać jedzenia i znaleźliśmy miejscowe, za tylko dziesięć tysięcy i było pyszne. Miejscowi też się do nas uśmiechali i byli bardzo mili. Pani pytała, które z dodatków do ryżu mi nałożyć i wybrałam wszystkie bezmięsne. Mimo, że pani nakładała tą samą łyżką mięso, nie nakazałam jej umyć jej, wyparzyć, odkazić ani odprawić nad nią modłów, zanim mi nałoży jedzenie.
Napotkaliśmy problem: nie wymieniłam pieniędzy, bo tak bałam się złodziei w Kucie. Myślałam, że Lombok jest turystyczny i na pewno będą kantory, i zaiste, są, ale znajdowaliśmy się w Mataram, stolicy Lomboku, do której nie mają po co zawitać turyści. Nie było więc ani jednego biura wymiany. Na szczęście Marta uczynnie wybrała mi pieniądze swoją kartą i oddałam jej w dolarach.
Wieczorem dyskutowaliśmy o naszych planach. My nie wiedziałyśmy, co chcemy robić. To znaczy, ja wiedziałam, że mam już dosyć i chcę odpocząć. W każdych wakacjach, do tej pory, miałam tygodniową przerwę, w tych jeżdżę jak opętana z miejsca na miejsce. Juan natomiast przyjechał tylko zobaczyć wodospad, zanim wybierze się oglądać smoki. No to my też musiałyśmy jechać nad wodospad.
Wieczorem przyjechał Sobah z rodziną, żoną i dwiema córeczkami. Zapytał się, ile zostaję, na co ja, a ile mogę? Sobah powiedział, że mogę rok.
Omawiamy plany na następny dzień. Jeśli chcemy dostać się gdziekolwiek, potrzebujemy skutera. Naokoło nie da się wypożyczyć skutera turystom, mogą wypożyczać tylko miejscowi. Trzeba pojechać do turystycznej miejscowości. Pytamy się, jak się tam dostać, kombinują, omawiają wszyscy wspólnie. Najpierw do jednego miasteczka, autobusem. Potem… Sobah przerywa i dyskutuje po indonezyjsku z zebranymi. Ojek! Macha ręką. Publiczny transport jest zbyt skomplikowany.
Tracimy nadzieję, że gdziekolwiek uda nam się pojechać. Ja się mniej przejmuję, ja mogę siedzieć w domu i nic nie robić, a właściwie po takiej ilości podróży o niczym innym nie marzę. Marta jest bardziej nerwowa. Chowam się w pokoju, żeby coś napisać, przychodzi zdawać mi relację, co do tej pory ustalono.
Po pierwsze, Sobah przypomina sobie, że jeden z gości wynajmował motocykl i przywieziono go mu tutaj, do domu. Wykonał parę telefonów i pan z motocyklem był w drodze.
Pozostał problem prowadzenia skutera. Ja nigdy nie prowadziłam i przeraża mnie idea zmechanizowanego roweru. Marta niby prowadziła, mówi, że da radę. Próbujemy namówić innego gościa, Indonezyjczyka Banyu, żeby z nami pojechał. W ciągu wieczoru zmieniliśmy „nie” na „może” i w końcu na „tak”. Banyu jest studentem inżynierii maszynowej i co zabawne, byłam z nim w tym samym pociągu z Yogyakarty do Banyuwangi, który spóźnił się pięć godzin.
Juan może jechać jako pasażer. A my? Niczym się nie martwiłam, dopóki nie okazało się, ku mojemu zdziwieniu, że w Indonezji do prowadzenia skutera potrzebne jest prawo jazdy. W Chinach przecież nie jest, dziwię się, tylko na motor. W Polsce? Nie jestem pewna. Doszło już do tego, że Chiny lepiej znam niż Polskę.
Marta ma prawo jazdy, ale zostawiła w Dżakarcie. Ja też mam, ale zostawiłam w Polsce. Juan mówi nam, że jak nie mamy międzynarodowego, to i tak, jakbyśmy nie miały wcale, ale policja i tak nie zatrzymuje. Sobah też mówi, że policja nie zatrzymuje, a jak zatrzymuje, to daje im się pieniądze i tyle. To jest indonezyjskie prawo jazdy!- wyjmuje dziesięć tysięcy z portfela i pokazuje.
Decydujemy się w końcu na ten skuter, a raczej Marta się decyduje. Powiedziałam jej, że mnie nie zależy, mogę siedzieć w domu, po takiej ilości turystyki nie muszę oglądać już nic. Jeśli chce, możemy jechać, jeśli nie, nie musimy. W końcu to ona prowadzi, niech zadecyduje. Decyduje się jechać.
Rodzina zaprasza nas do kolacji. Wszyscy usiedliśmy razem na podłodze ganku, na płaskie koszyki nałożyliśmy brązowy papier, nabraliśmy ryż i potrawy z misek. Atmosfera była gościnna, przyjemna, cała rodzina się uśmiechała i zapraszała do jedzenia, goście się uśmiechali. Zebrani śmiali się z żartów Sobah, który mówił, że jak ktoś chce dokładkę ryżu, to płaci pięć tysięcy. Potem śmialiśmy się z chłopaka Pity, bo przestał jeść, na pewno bał się, że będzie musiał płacić pięć tysięcy. W tym domu było to naprawdę śmieszne, na Bali byśmy się tylko zdumieli, ze tak tanio nam liczą za dokładkę.
Rodzinie było przykro, że zjedliśmy tak mało, a my już przecież jedliśmy kolację. Jedzenie było pyszne, zwłaszcza ośmiornica. Gotowała Pita.
Obudziliśmy się rano i wsiedliśmy na skutery. Najpierw jechaliśmy przez miasto, potem przez las, gdzie wzdłuż drogi siedziały grupy małp. Co zrobiła cywilizacja z małpami, zamiast chować się w lesie, podchodzą, czy by się nie udało dostać bez wysiłku jakiegoś jedzenia. Przetworzone jedzenie, bardzo zdrowe dla małp. Podobnie jak dla ludzi.
Spytałam się Marty, czy się jej dobrze ze mną jeździ. Okazało się, że nie bardzo, bo jestem wysoka, ważę odpowiednio do swojego wzrostu i do tego mam długie nogi i zajmuję miejsce.
Są rzeczy, za które nawet nie będę przepraszać, bo to nie ma sensu.
Ale dałyśmy radę. Absolutny zakaz poruszania się spowodował ból mięśni i kręgosłupa. Jeżdżenie na skuterze jest niewiarygodnie niewygodne.
Dojechaliśmy w końcu pod szlak do wodospadu, zapłaciliśmy po dziesięć tysięcy i idziemy schodami (jak zawsze w Azji w dziczy) przez las. Doszliśmy pod wodospad, najwyższy, jaki widziałam w życiu, wysokości może pięćdziesięciu metrów. Natychmiast popędziłam zrobić sobie zdjęcie z wodospadem, jaka ja jestem malutka, a jaki on ogromny. Towarzystwo koniecznie chciało sobie popływać, a ja nie wzięłam stroju kąpielowego. Trudno, musiałam się kąpać w ubraniu, ale na szczęście temperatury dalekie były od zimowych. Marta zapytała się Banyu, czy może ubrać się w strój kąpielowy, czy tutaj wypada. Zdziwił się, dlaczego się pyta, przecież oczywiście, że można. Jak się okazało, w Indiach nawet turystkom nie wolno pływać publicznie w strojach kąpielowych. W turystycznych miejscach nawet trzeba wchodzić do wody w ubraniu.
Banyu oświadczył, że niebezpiecznie jest zostawiać rzeczy bez opieki i wchodziliśmy do wody na zmianę.
Kiedyś napisałam, że tajfun to jak wodospad, ale myliłam się, nie ma porównania. Od wodospadu bije zimny i mokry wiatr, takie mrowie zimnych igiełek. Jeśli uda nam się przyzwyczaić i oddychać, gdy podejdziemy, sam wodospad spadnie nam na głowę niczym grad, mocno i boleśnie. Nie da się stać pod wodospadem.
Kiedy wszyscy już byli wykąpani, poszliśmy na drugi wodospad, bo ponoć to nie był jeszcze ten właściwy, największy. Idziemy przez las i napotkaliśmy jeden z moich największych koszmarów. Most bez barierki.
To przeszłam nim za rączkę.
Marta próbowała mnie pocieszyć, że ona też ma swoją jedną fobię. Naprawdę? Jedną? Ja kolekcjonuję swoje fobie i dorabiam się wciąż nowych.
Swoją drogą, lęk wysokości jest naprawdę głupi. Zwykle nie mam problemów z chodzeniem prosto, więc raczej bym nie spadła z takiego mostu. Nikt nie jest jednak w stanie mi tego wytłumaczyć, ja sama sobie też nie.
Wodospad przebił poprzedni. Starałam się w nim wykąpać, ale nie byłam w stanie się nawet zbliżyć. Woda i wiatr były lodowate. Juan natomiast siedział pod nim długi czas i świetnie się bawił. Twierdził nawet, że woda spływająca z góry była gorąca.
Banyu nawet nie próbował, trząsł się z zimna.
Wracamy po motocykle, i jak nie zaczęło padać! Prawdziwa tropikalna ulewa. Nie było już nawet różnicy, że kąpałam się w ubraniu. Wyszliśmy na górę przemoczeni do suchej nitki i bardzo głodni. Mimo to Juan odmówił jedzenia w turystycznym miejscu i wydawania kilkudziesięciu tysięcy więcej.
Deszcz wciąż lał. Pod siedzeniem w skuterze znalazłam pelerynę. Oglądam ją, jak to założyć i widzę, dwa kaptury, peleryna dwuosobowa, widział ktoś taką? Nigdy wcześniej tak się nie cieszyłam na kawałek plastiku.
Po drodze pojechaliśmy do pani, która ma dom przy drodze i wystawiła stoisko z jedzeniem. Zajmuje się domem, dziećmi, a przy okazji zarabia. Pani miała tylko ryż i kurczaka. Powiedziałam Banyu, że nie jem mięsa i musiałam kilka razy powtarzać. Rozumiał na pewno angielskie słowa, ale koncept był mu obcy. Poprosiłam, żeby pani mi nałożyła wszystko co ma, tylko nie mięso.
No to zjadłam sam ryż.
Juan wytłumaczył mi, że w Kolumbii w takim prostym przybytku kulinarnym dostałabym ziemniaki i tapiokę.
Nie jest łatwo.
On natomiast narzekał, że dostał jakieś tam małe kawałeczki kurczaka, on się domaga prawdziwego mięsa. Takie coś to nie jedzenie, jeszcze raz będzie trzeba czegoś szukać. Te wszystkie kawałeczki kurczaka w sosie z ryżem tylko go denerwują.
Kiedy wracaliśmy, w porcie w Bengsal odbywała się jakaś ceremonia i ruchem kierowały całe tabuny policjantów. Na szczęście żadnemu nie przyszło do głowy zapytać, czy mamy indonezyjskie prawo jazdy, nieważne, czy chodziłoby mu o prawdziwe, czy o dziesięć tysięcy rupii.
W małpim lesie minął nas konwój pięciu czarnych samochodów z zaciemnionymi szybami, prowadzony przez radiowóz na sygnale. Nie mamy pojęcia, co się w Bangsal właściwie działo, ale wiemy przynajmniej, że coś bardzo ważnego.
Dojechaliśmy i spakowałam swoje rzeczy do prania. Pita wytłumaczyła mi po raz trzeci, nie tracąc cierpliwości, gdzie jest pralnia. Nie znalazłam jej i tak.
Poszliśmy jeść do centrum handlowego, bo Juan i Marta życzyli sobie europejskiego jedzenia, a Juan marzył o wielkim kawale mięsa, najlepiej o całym kurczaku. Nie bacząc na nich, zamówiłam sobie wegetariański zestaw indonezyjski na food courcie. Potem znaleźliśmy kebab, w którym niestety nie było falafelu i musiałam jeść frytki. Nie żałowałam, że nie jem kebaba, bo zamiast odpowiedniego mięsa włożyli w niego kawałki hamburgera.
Wszędzie taszczyłam mój wór prania i w drodze powrotnej Juan uczynnie pytał wszystkich miejscowych o pralnię. Znaleźliśmy wreszcie, zamkniętą, na co Juan zrobił coś, co nie przyszłoby do głowy żadnemu Polakowi, bo przecież uczą nas nie przeszkadzać- zapukał. I zostało nam otworzone.
Pan w pralni był bardzo radosny na nas widok i przybiegły też jego dzieci popatrzeć. Chciał wiedzieć skąd jesteśmy i trudno go było przekonać, że Juan nie jest Arabem. Potem chciał wiedzieć, czy jesteśmy po ślubie i tłumaczymy mu, że nie, wszyscy wolni. Prostą angielszczyzną pokazywał, że jak to, wy nie po ślubie? Powiedziałam panu, że poznałam Juana wczoraj i nie miałam czasu za niego wyjść. Pan chyba nie zrozumiał, ale resztę bardzo ucieszył żart. Temat się jednak nie urwał, jak na to liczyłam, pan tłumaczył, że ślub jest bardzo dobry, bo dostaje się dużo pieniędzy w prezencie i niezwłocznie wszyscy musimy wstąpić w związek małżeński.
Następnie wypisał mi kwit, uczciwie potrącił z ceny, bo było niepełne trzy kilo i umówiliśmy się na odbiór.
Nie rozumiem obsesji wszystkich na temat małżeństwa. I sąsiedzi Ukraińcy, i zupełnie obcy ludzie, kiedy słyszą, że nie wyszłam za mąż, zaraz poczynają tłumaczyć, że koniecznie muszę, jak najszybciej. Może ktoś mi wytłumaczy, czy to dlatego, bo małżeństwo jest takie wspaniałe? Nie wydaje mi się, przecież obcy ludzie nie mają na sercu mojego szczęścia. Czy może przypadkiem nie chodzi o to, że boją się trochę inności? Młodzi ludzie, zawierając małżeństwa wcześnie, przyczyniają się do budowy stabilnego społeczeństwa. Nie przeprowadzają się, nie zmieniają partnerów, zawodów, a co najważniejsze- przekonań. Hołdują wartościom rodzinnym. W społeczeństwach, gdzie małżeństwo nie jest wyborem, a przymusem społecznym, nie ma miejsca dla homoseksualistów, rewolucjonistów, a także dla kobiet, które podróżują samotnie po świecie. Mam wrażenie, że ci, którzy robią mi uwagi, że powinnam być może wyjść za mąż, bo jestem taka nieszczęśliwa, w rzeczywistości uważają, że kobieta nie powinna mieć takiej swobody. I to się właśnie za tym kryje.
I tą refleksją zakończył się dzień.

Następnego dnia Juan już pojechał, ale za to zjawił się Wes i paru innych couchsurfingowych podróżników. Wes jest z Kanady, a pracował przez dwa lata w Australii. Bardzo mi polecał, że powinnam pojechać, świetne zarobki. Przez dwa lata pracował, teraz będzie podróżował, aż nie skończą się pieniądze, nie wie, jak długo.
Zastanawiam się, czy ja nie uprzykrzam sobie życia posiadaniem ambicji. Powinnam też wziąć wszystkie moje pieniądze i podróżować, nie martwiąc się, co będzie dalej.
Ale porzućmy te rozmyślania na chwilę. Wes polecał swoją pracę, więc spytałam, co robił. Okazuje się, że pracował na farmie. Spojrzałam na niego z powątpiewaniem, że mi to poleca. Wytłumaczyłam, że się nie nadaję. Wes tłumaczył mi, że jeździł samochodem, nudno, ale nie ciężko, bardzo dużo pieniędzy.
Myślę, że zupełnie się do tego nie nadaję. Jak musiałabym pracować na farmie, zachowałabym się jak hinduski niewolnik ze skeczu komika Russella Petersa- powiedziałabym szefostwu, żeby samo sobie pracowało, a ja tymczasem wszystkich będę pouczać, jak mają prowadzić księgowość i sprzedaż.
Banyu zabrał tym razem Wesa jako pasażera i razem z jeszcze dwoma gośćmi Indonezyjczykami, czyli w sumie trzema skuterami, pojechaliśmy na południe.
Lonely Planet ostrzegało, żeby na południu uważać. Wprawdzie są tam turystyczne plaże, hotele, pensjonaty, ale zdarzały się napady z nożami na turystów. Pita też ostrzegała, ale powiedziała, że jak wrócimy przed zapadnięciem zmroku, będzie w porządku.
Pojechaliśmy do miejscowości Kuta. Zaczynam podejrzewać, że Kuta znaczy po prostu port, po malajsku jest Kota. Piękna plaża, ale się nie zatrzymaliśmy, pojechaliśmy na bardziej oddaloną. Ta była przepiękna. Naprawdę przepiękna. Pobudowano zadaszenie ze strzechy i ławeczki, można i pływać, i odpoczywać w cieniu. Jedna z piękniejszych plaż, jaką widziałam w życiu.
Miejscowych też nie za dużo, jedni mają stragan z jakimiś przekąskami, inni próbowali nam coś sprzedać. Jeden z nich przysiadł i pogadał sobie, jakie jego życie jest ciężkie, bo teraz nie ma sezonu, za mało turystów, nic nie zarabia. Polecił nam za to spacer na wzgórza wokół plaży, mówi, piękny widok. Najpierw poszli Banyu i Marta, my z Wesem zostaliśmy nad morzem. Długo im zeszło straszliwie, ale jak wrócili, mówią, musicie iść, tam jest pięknie. To biegnę do łazienki koło straganu, taka drewniana brudna budka na tyłach domu. Siedzą koło nich babcie i krzyczą na mnie:
-Toaleta?
-Tak.
-Pieniądze. Pieniądze!!!
-A ile?- pytam zdziwiona, bo już raz korzystałam, rozejrzawszy się uprzednio, czy nie ma informacji o opłacie, żadnej nie było.
-Trzynaście tysięcy!
Nie jestem pewna, czy powiedziała trzynaście, czy trzydzieści. Za obie kwoty można sobie kupić obiad, nie wysilając się.
-Za dużo.
Starsza pani wykonała pogardliwy gest ręką, że jak nie zapłacisz, to wynoś się.
Przykro jest mi zawsze, gdy ktoś jest tak niemiły, mają te swoje rajskie plaże, ale mają też zepsute charaktery. Piękna plaża, zamiast napełniać ich dusze spokojem, radością, pokojem, napełnia je chciwością. A ponadto w ogóle nie dbają o to piękno i powoli zamienia się w wysypisko śmieci. Jeszcze parę lat i będzie wyglądać jak śmietnisko-plaża w Kucie na Bali.
To jest wszystko bardzo smutne.
Ale Bóg w swojej wielkiej mądrości, chociaż stworzył takich ludzi, stworzył równocześnie krzaki. Co choć nie rozwiązuje problemu śmieci, rozwiązuje problem toalety. Pani chyba nie rozumie, że jak poda uczciwą cenę, zarobi uczciwą cenę, a jak podaje śmieszną, nie zarobi nic, bo jesteśmy w dziczy. Choć ja nie rozumiem, jak można na to nie wpaść.
Poszliśmy z Wesem na wzgórza i okazało się, że świetnie się orientuje w przestrzeni i wie, w którą stronę iść, co może nie jest niezwykłe, ale w moich oczach czyni zwykłą osobę nadczłowiekiem. Mnie drogę wskazywały wracające grupy miejscowych turystów z kijami do selfie. Skoro są kije do selfie, znaczy, że tam jest ładnie, tam trzeba iść. Po drodze było już pięknie, widok z góry z zielonych wzgórz na zatoki po obu stronach, przejrzyste wody w kolorze różnych odcieni turkusu. Mijaliśmy po drodze stada krów i ich pasterzy. Zwierzęta kąpały się w stawie z błota. Było tak gorąco, że prawie do nich dołączyłam.
Po powrocie omawiamy dalsze plany. Wes chce zobaczyć jedną jedyną rzecz na Lomboku: różową plażę. Jak usłyszałam, że jest różowa plaża, też koniecznie musiałam zobaczyć. Pytanie, czy dzisiaj, czy jutro. Wszystko zależało od Banyu, bo Wes nie mógł wypożyczyć skutera następnego dnia, można pożyczać tylko na dwa dni minimum. Banyu mówi, że chce jechać dzisiaj. To jedziemy.
Droga była piękna, wzdłuż brzegu, trwała może półtorej godziny. Potem wjechaliśmy w las, w drogę, na której kiedyś leżał asfalt. Kiedy? Można by zbadać metodą węglową. Nie sądzę, że w obecnym tysiącleciu.
Odczułam każdą dziurę na kręgosłupie. Każdą.
Kiedy w końcu przebrnęliśmy przez ten morderczy odcinek, ukazała nam się nareszcie plaża. Różowawa. Troszeczkę, ciut różowawa. Na pewno nie różowa. Jeśli ktoś wcześniej nie zwróciłby mojej uwagi na jej rzekomą różowość, nie byłabym w stanie spostrzec, że jest różowawa. A ja jestem bardzo wysoko wyczulona na różowość.
Popływaliśmy sobie, odpoczywaliśmy, ale niedługo. W głowie indonezyjskich chłopaków powstawał bowiem PLAN.
Oni zostaną na noc, żeby móc obejrzeć zachód słońca. Czy my też zostaniemy na noc?
Dodam, że była to spora głusza, byłam głodna, nie było okazji zjeść nawet lunchu, wyglądało na to, że głodowałabym do przyszłego popołudnia. Spać w bungalowie na dzikiej plaży z jakimiś obcymi chłopakami, a nawet nie wzięłam mydła, ubrań, czystej bielizny i szczoteczki do zębów. A jeśli nawet pokochałabym nagle życie w brudzie i niewygodzie, to nie wzięłam okularów ani pojemniczka na soczewki kontaktowe, a bardzo wątpię, że pokochałabym życie z piekącymi niczym oblane kwasem oczami.
Zbuntowałam się. Chłopaki się muszą nauczyć, że jak dziewczyna ma gdzieś zostać na noc, to jej się to wcześniej mówi. Niech nie myślą, że niebaczenie na higienę będzie czymś, co będą dzielić ze swoimi dziewczynami i żonami. Oszczędziłam im rozczarowania.
Na razie stanęło na tym, że Marta i ja wrócimy, ale wcześnie, żeby było bezpiecznie. Banyu niepokoi się, to na pewno niebezpieczne. Omawiał to długo z kolegami i komunikuje nam decyzję: jesteśmy drużyną, nie rozdzielamy się. Im zależy nie na zostaniu na noc, tylko na zachodzie słońca, więc obejrzymy i pojedziemy. Ponieważ jesteśmy dużą grupą, będzie bezpiecznie. Decyzja została podjęta.
Podjechaliśmy trochę plażą, pod miejscowy dom. Pani miała do jedzenia tylko nudle błyskawiczne i jajka. Zjedliśmy.
Wspięliśmy się na wzgórza i obejrzeliśmy zachód słońca w towarzystwie stada kóz, zrobiwszy oczywiście mnóstwo selfie. Bo jeśli nie byłoby selfie, to tak jakby to nie miało miejsca. Jak żyli ludzie parę lat temu bez selfie? Pamiętam, że po raz pierwszy zobaczyłam kij do selfie jakiś rok temu, a teraz Azjata nie ma szczoteczki do zębów, nie ma bielizny na zmianę, ale może zostawać gdzieś na noc, bo przecież ma kij do selfie.
Schodzimy i wsiadamy na skutery, umówiliśmy się, że my, dziewczyny, nie będziemy prowadzić, bo ta droga była dla Marty za trudna. Nasz skuter poprowadził jeden z kolegów, Marta wsiadła za nim z tyłu. Wes wsiada z Banyu, ja z pozostałym kolegą na ich skuter. Kolega patrzy się na skuter i mówi coś do Banyu. Patrzą się na mnie, coś omawiają. Kolega mówi, żeby Wes usiadł zamiast mnie, potem zmienia zdanie.
Opona mu się zepsuła.
Ujechaliśmy może z kilometr, kolega mówi, że nie da rady. Zostawiają nas i jadą z Banyu napompować oponę. Robi się ciemno, ale na szczęście zaraz wracają. Siadamy i jedziemy, kolega zatrzymuje nas za chwilę i każe Banyu popatrzeć się jeszcze raz na oponę. Omawiają to i jednogłośnie orzekają, że zepsuta.
Na szczęście, w tej głuszy był jakimś cudem mały domowy warsztat motocyklowy i zabrali się do naprawy. Była to mała chatka z bambusa kryta strzechą w głuszy, nic wokoło, tylko las. Zmrok zapadł szybko, siedzieliśmy w ciemnościach, komary nas cięły, koledzy zapalili ognisko. Banyu wytłumaczył, że to tradycyjna naprawa, czyli bardzo powolna. Powiedział też, że się boi.
Ja też się bałam.
Napisałam do Pity, żeby się o nas nie bała.
Byłam taka wdzięczna, że obejrzeliśmy ten zachód słońca! Naprawdę było warto, zwłaszcza, że plaża nie zrobiła się ani trochę różowsza.
Choć długo im zajęło, naprawili w końcu oponę. Chciałam usiąść z tyłu za kolegą, ale powiedział do Banyu coś po indonezyjsku. Podyskutowali trochę i Banyu powiedział mi, że pojadę z nim, a z kolegą pojedzie Wes.
Kolega na pewno twierdził, że to ja jestem najcięższa i psuję oponę. Ja to wiem. Ja to po prostu wiem.
Na szczęście, wcale nie chciałam z nim jechać, wolałam z Banyu, któremu inteligentnie z oczu patrzyło, niż z jakimś kolegą, który nie wiadomo skąd się wziął. Na główną drogę wyprowadził nas miejscowy za drobną opłatą. Banyu tak prowadził, że nie czułam ani jednej dziury. Potem jechaliśmy bardzo szybko, ale prędko też zauważyłam, że Banyu prowadzi z dużą wprawą i się nie bałam. Nie narzekał też na mój wzrost i wagę, nic mu nie przeszkadzało w prowadzeniu.
Zatrzymywaliśmy się, żeby naprawić tę oponę jeszcze przynajmniej raz. Było ciemno i bolały mnie całe plecy, od nasady głowy w dół. Dotarliśmy na jedenastą i Pita czekała na nas z kolacją. Poczułam się w tym obcym domu tak bezpiecznie i tak szczęśliwie.
Chcę wspomnieć teraz, jak bardzo pokochałam couchsurfing, a zwłaszcza miejsca, gdzie zbierają się couchsurferzy. Są to ludzie ciekawi świata, innych kultur, żądni wiedzy. Myślę, że dlatego goszczą innych, bo potrzebują nowości, informacji, towarzystwa. Są to ludzie życzliwi innym, chętni do dzielenia się swoim czasem, domem, wysiłkiem z zupełnie obcymi ludźmi. Ażeby bezinteresownie pomóc. Jest to taki sam system, na którym opiera się ludzka dobroć: ja ci pomogłem, więc ktoś zupełnie inny też mi bezinteresownie pomoże, bo ludzie pomagają sobie bezinteresownie nawzajem. Nie jest to system oparty na szybkim zysku. Ktoś mi pomógł, ja pomogę komuś zupełnie innemu.
A ponadto, od tych wszystkich podróży coś się zmienia w psychice ludzkiej i ci wszyscy podróżnicy rozumieją się nawzajem. Lubię spędzać z nimi czas.
Nie lubię hoteli. To nie jest prawdziwe podróżowanie.
Pan pożyczający nam skuter przyjechał po niego po jedenastej. Nie było problemu.

Dnia następnego Marta obudziła mnie w panice, że tak strasznie zawaliłyśmy, bo mogłyśmy jeszcze dzisiaj jechać na plażę, chłopaki jeszcze raz jadą. Nie. Nie zniosłabym jeszcze jednego dnia na skuterze. Wakacje to ma być przyjemność, nie męka.
Ja chciałam jeszcze dzień odpocząć, ale Martę roznosiło. Cały czas marudziła, że tak strasznie zawaliłyśmy, że nie jesteśmy dzisiaj na wyspach Gili. Spytałam się, czy miałyśmy czas to zaplanować i czy sama wstała dziś o szóstej rano, żeby tam jechać. Rozważanie, jak się tam dostać, zajęło nam dzień cały. W końcu porozmawiałyśmy z Sobah, mówi, że nas odwiezie na autobus, bo to trochę daleko. Autobus zawiezie nas do portu, z portu będzie łódka.
Dosyć mam już szukania opcji transportu w Indonezji. Jak może nie być transportu publicznego? Ja rozumiem, że większość mieszkańców ma motory, ale jak ktoś jest niepełnosprawny, jak ma się poruszać? A starsi ludzie, a dzieci? Po prostu rząd o tych ludziach nie myśli.
Ponoć tak samo nie ma transportu publicznego w Stanach Zjednoczonych. Widać wyraźnie, że jak ktoś pochodzi z Europy, jest przyzwyczajony do zupełnie innej organizacji państwa.
Sobah rano przyjechał, jak przyobiecał i nas odwiózł. Autobus publiczny odjechał, kiedy pan kierowca doszedł do wniosku, że dosyć ma już przykucania na chodniku. Zajęło mu sporo czasu, zanim doszedł do tego wniosku. Pasażerów było sporo, więc jednak autobus jest potrzebny. Panie zwłaszcza woziły wielkie kosze z targu. Panowie palili w środku. Nikt nie protestował, chociaż były w środku niemowlęta.
W porcie poznałyśmy Fina, który jedzie do Finlandii co roku popracować parę miesięcy, bierze pieniądze i siedzi przez większość część roku na Bali, aż wszystkiego nie wyda. Robi tak od 2007 roku. Kolejny człowiek, który nie przejmuje się przyszłością ani ambicjami, może powinnam brać przykład. Życie to dla niego plaża.
Zdumiało mnie natomiast, że ktoś dobrowolnie wraca na Bali i spędza tam życie. Kolega wytłumaczył, że są mniej turystyczne, piękne miejsca. Transport to dla niego nie problem, bo wypożycza skuter. Ceny zna, nie daje się oszukać. Był w całej Azji południowo-wschodniej i najbardziej lubi Bali.
Rzeczywiście, jeśli ktoś ma motor, większość utrapień Bali odpada. Mój problem polega dodatkowo na tym, że nie dam rady utrzymać plecaka na skuterze na długim dystansie. Na Lomboku miałam swój dzienny bagaż tylko i ledwo dałam radę. Nie każdy radzi sobie dobrze na motorze, stąd ten brak transportu publicznego to po prostu brak troski o mieszkańców. Jak ma jechać na skuterze starsza osoba, matka z niemowlęciem?
Kiedy podpłynęła łódka na Gili Meno i wszyscy udaliśmy się w jej stronę, jakiś pan wyrwał mi plecak z ręki, przeniósł parę metrów i włożył do łódki.
-O nie, poprosi cię o pieniądze.- mówi Fin.
-No co ty, przecież mi to sam wziął.- mówię ja.
Pan podchodzi do mnie i życzy sobie dziesięć tysięcy.
Mówię, że mu nie dam, nie prosiłam go o noszenie bagażu, wyrwał mi go z ręki. Pan powtarza na zmianę „dziesięć tysięcy” i „to zależy od ciebie” (up to you) czyli niby mój wybór, czy zapłacę. Nie daje jednak spokoju, więc to średnio mój wybór. Mówię uparcie, że mi zabrał ten bagaż. To jest wymuszanie. Kolega się za mną wstawił i stanowczo powiedział panu, że pieniędzy nie będzie, ten się poddał. Jestem pewna, że dał mi spokój, bo wstawił się za mną mężczyzna. Jakbym była sama, wrzasnąłby, zrobiłby scenę, zbiegłoby się paru innych kolegów na mnie pokrzyczeć i jakby się skończyło na dziesięciu tysiącach, miałabym szczęście. Nie szanuje się bardzo kobiet. A że kolega był obok, to się poddał.
Podziękowałam mu. Wytłumaczył mi, że to samo dzieje się na lotnisku w Denpasar i bagaże zabiera personel w mundurze, niesie gdzieś i wymusza potem pieniądze. A wyglądają na uczciwych, w uniformach. Trzeba bardzo pilnować bagaży.
Zwykle wymuszają na kobietach. Nie tylko kobiecego sprzeciwu się nie szanuje, chodzi też o to, jak się nas wychowuje bez względu na kulturę i szerokość geograficzną. Kobieta stawiająca opór, niezgadzająca się, sprzeciwiająca się, to niedobra kobieta. Kobieta powinna być łagodna, uprzejma, zgodna, zgadzać się dla świętego spokoju, żeby nikt się nie obraził i żeby nikomu nie uczyniła przykrości. Bo jak uczyni przykrość, świat się zawali. Kobiety są uczone wszystkiego poza walką o swoje prawa.
Łódka to istne cudo. Cały środek zapchany jest owocami, jajkami, wodą, ryżem i każdym innym możliwym w tym klimacie produktem spożywczym. Po bokach siedzą ludzie, większość na brzegu łódki i kładzie stopy na ławce, ja usiadłam na ławce i podwinęłam kolana pod brodę. Ludzie upchani tak, że więcej się nie wciśnie. A dlaczego czekaliśmy na łódkę? Bo nie odpłynie, jeśli nie będzie pełna.
Na Gili Meno zaraz znalazłyśmy hotel. To niewielka wyspa, malusieńka. Ma może kilometr średnicy, może dwa. Okazało się, że nie ma prądu. Kiedy będzie? Nie wiadomo.
Zostawiłyśmy rzeczy w domku i poszłyśmy spędzić dzień na plażowaniu. Woda była cudowna, gorąca, czysta. Cisza, spokój. Na przemian czytałam książkę i pływałam.
Wieczorem usiadłyśmy w restauracji i zapoznałyśmy się z resztą gości. Bardzo zabawna starsza pani z Niemiec pytała miejscowych, dlaczego w meczetach śpiewają tak głośno i wcześnie rano, przecież nie każdy chce się modlić, niektórzy chcą spać. Pytała też, dlaczego pozwalają śpiewać komukolwiek, chociaż większość śpiewa bardzo źle. Dlaczego nie można im powiedzieć: nie śpiewasz za dobrze, może jutro nie śpiewaj?- pytała z ciężkim niemieckim akcentem, a my zwijaliśmy się ze śmiechu. Pani nie obchodziło wcale, że może obrazić czyjeś uczucia religijne. Miejscowi chłopcy tłumaczyli jej, że to wcale nieważne, czy ktoś dobrze śpiewa, czy nie, ważne, żeby słowa były wypowiedziane prawidłowo. Nie śpiewa też żadna specjalna osoba, często młodzi chłopcy. Nie wolno wzywać na modlitwę tylko kobietom.
Wśród gości wyróżniał się jeden stolik. Siedzieli przy nim razem młody Indonezyjczyk z farbowanymi na blond włosami w sposób zdradzający dużą troskę o fryzurę i Amerykanin w średnim wieku. Zorientowałam się od razu, że to para.
Poszłam spać wcześniej niż Marta. Rano powiedziała mi, że para zaprosiła nas na snorkeling następnego dnia.
Spotkałam ich na śniadaniu i od razu się polubiliśmy. Amerykanin ma na imię Brian, Indonezyjczyk- Yochi. Odezwałam się do jednej pary z Barcelony po hiszpańsku, co podchwycił Amerykanin i zapytał się mnie w tymże języku dyskretnie, czy wiem, że on i Yochi są parą. Uśmiechnęłam się, przytaknęłam. Wyjaśnił, że boi się mówić, bo nigdy nie wie, jaka będzie reakcja. Na Bali można to otwarcie mówić, poza Bali nie bardzo. Rodzina Yochi na szczęście wie i akceptuje związek.
Homoseksualistom w Azji nie jest łatwo, poopowiadałam mu o moich studentach. Studenci mają tą przewagę nawet nad ludźmi w moim wieku (czyli wciąż stosunkowo niewiele starszymi od nich), że akceptują istnienie gejów. Starsi Chińczycy uważają, że gejów w Chinach nie ma, są tylko na zepsutym Zachodzie. Życie młodych ludzi jest jednak przyporządkowane rodzinie i społeczności. Czy ktoś może sobie wyobrazić rozmiar utraty twarzy, jeśli dziecko jest homoseksualistą? Nie mówiąc już o braku potomka! Zwykle geje i lesbijki w Chinach żenią się i wychodzą za mąż, oszukując swoich partnerów w małżeństwie. Dużo z nich prowadzi podwójne życie: ma rodzinę i sekretnego kochanka czy kochankę. Sprawia to wszystkim bardzo dużo bólu, więcej, niż to wszystko warte. Niestety, nie mogą żyć otwarcie, w prawdzie.
Studentka opowiedziała mi historię koleżanki lesbijki. Powiedziała rodzicom o swojej orientacji seksualnej i jej matka przestała jeść. Kiedy matka wylądowała w szpitalu, studentka oświadczyła, że to wszystko nieprawda, nie jest wcale lesbijką. Matka zaczęła jeść na powrót.
Opowiedziałam też moją zupełnie świeżą historię z zajęć. Chciałam zrobić lekcję na temat piękna. Chińczycy mają bardzo jasno określone, kto jest piękny: białoskórzy, o wielkich oczach, o wyraźnym łuku nosa, szczupli. Kobiety dodatkowo muszą mieć małe usta, uszy, dłonie i być delikatne. Bardzo nieładnie mówią o wszystkich innych: ten jest czarny, ten jest gruby. Chciałam podyskutować z nimi, dlaczego tak mówią? Czy każdy jest piękny na ten sam sposób?
Lubię używać muzyki, więc postanowiłam im puścić piosenkę Christiny Aguilery „Beautiful”. Była popularna, kiedy sama byłam w wieku studentów, albo i wcześniej. Nigdy nie widziałam w niej ani w teledysku nic szokującego. Obejrzałam go ze świeżej perspektywy i zauważyłam, że całuje się w nim para gejów, zupełnie tego nie pamiętałam. Od razu napisałam do studentki Daisy, żeby oceniła, czy wyrzucą mnie z pracy, jeśli to puszczę studentom, czy nie. Daisy oceniła, że nie, studenci są bardzo otwarci.
We wszystkich grupach, którym puściłam teledysk, chłopcy na widok całujących się gejów, cali się wzdrygali z obrzydzenia i nie mogli aż usiedzieć na miejscu. Kiedy po obejrzeniu teledysku, rzucałam im luźne pytanie „A co o tym myślicie?” chłopcy reagowali w ten sposób:
-Dlaczego pytasz się mnie? Ja nie jestem gejem!!!
Zmieszana, śpieszyłam tłumaczyć, że wcale nie posądzam go o homoseksualizm, ja się tylko pytam, czy się teledysk podobał.
Po pierwszych atakach obrzydzenia lub paniki wszyscy uznawali, że geje im nie przeszkadzają, mają znajomych gejów, nie mają nic przeciwko, ale lepiej, żeby nie było geja w ich rodzinie. Tak tolerancyjni raczej nie byli.
Brian kręcił głową. Mają szczęście, że rodzina Yochi jest tolerancyjna.
Znalazłam też wspólne tematy z Yochi. Pokazywaliśmy sobie, jakie ubrania kupiliśmy w Indonezji. Yochi uwielbia tkaniny i tekstylia, właściwie o niczym innym nie mówi. Nie mogłam wyjść ze zdziwienia, że taki stereotypowy gej z amerykańskiego serialu, który interesuje się tkaninami, naprawdę istnieje.
Poszliśmy pływać. Wypożyczyliśmy sprzęt do snorkelingu i Yochi stargował dla nas po pięć tysięcy. Jakby ktoś jeszcze się oburzał, że targuję się w podróży, proszę spojrzeć na miejscowych- targują się ile się da, nawet o złotówkę.
Poszliśmy pływać sami, bez płacenia za wycieczkę łódką. Widzieliśmy przepiękne rafy koralowe i przepiękne kolorowe ryby. Jeśli kiedyś będę bogata, tak właśnie będę spędzać wakacje: na tropikalnej plaży, gdzie codziennie będę mogła oglądać piękne życie podwodne. Nauczę się też wtedy nurkować. Tym razem, przede wszystkim, nie miałam na tyle czasu.
Szczytem radości tego dnia było zobaczenie przeze mnie wielkiego morskiego żółwia. Od razu pokazałam go innym, ale nie wszystkim udało się dopłynąć. Nie wiedziałam, że możliwe jest spotkanie tego morskiego i zagrożonego zwierzęcia. Na wyspie jest akwarium z małymi żółwikami, ratują je i wypuszczają do morza, jak podrosną.
Chcieliśmy też zobaczyć zatopiony wrak statku, ale niestety, pełno było wokół niego łódek i gęsto od turystów. Nie wszyscy umieli pływać. Jedne dziewczyny trzymały się kurczowo za ręce i wolnymi kończynami wymachiwały w panice. Chwyciły mnie w głowę i popchnęły pod powierzchnię, prawie mnie utopiły, zupełnie na oślep.
Doszliśmy do wniosku, że nie damy rady i wróciliśmy się na brzeg. Najbardziej oburzony był Yochi, czymś, czego nie zauważyłam sama: autorki zamachu na moje życie ubrane były w pełny hidżab. Złościł się, że jak ktoś chce nosić hidżab, to niech go nosi do modlitwy, a nie do pływania. Ciekawe, że mnie to zupełnie nie przeszkadza, a przeszkadza jemu.
Poszliśmy coś zjeść i dyskutowaliśmy nadal. Brian pytał się nas z jakiegoś powodu o polską rodzinę królewską. Opowiedział nam historię, którą słyszał od znajomego. Rzekomo następca tronu polskiego pozwał przed sądem międzynarodowym Polskę, bo nie chciała uznać jego pozycji. Wygrał i jest oficjalnie królem Polski, chociaż nie sprawuje tego urzędu. Człowiek, który opowiedział mu tę historię, mieni się być krewnym tego pana i trzecim w kolei do tronu.
Pośpieszyłyśmy wyjaśnić, że w Polsce byli królowie elekcyjni i jak to działało. Historia znajomego Briana jest oczywiście ogromną bzdurą i chciałyśmy wiedzieć, kto coś takiego opowiada. Brian odpowiedział ze smutkiem, że mąż siostry Yochiego.
-Ale on chyba nie jest bardzo zdrowy, prawda?- spytałam najdelikatniej, jak mogłam.
-Zdrowy? On jest zupełnym psychopatą!- odparł Brian.
Pan Polak oszukał wszystkich, całą rodzinę i Briana, taki był ujmujący i czarujący. Po ślubie natomiast zaczęło się piekło. Serce aż pęka, jak się tego słucha. Starałam się pomóc, jak mogłam i opowiedziałam wszystko, co wiem o polskim prawie, co mogłoby być przydatne.
To tak jakby ktoś uważał, że wszyscy muzułmanie katują swoje żony- mamy tu przykład muzułmanki katowanej przez męża Polaka.
Smutna historia i zrobiło nam się wszystkim naraz przykro.
Mieliśmy iść jeszcze pływać, ale zaczęłam czuć, że doprowadziłam do oparzenia słonecznego na plecach, poza tym bolała mnie głowa. Natychmiast wytłumaczyłam Yochiemu, że być może muzułmanki pływające w hidżabie wyglądają śmiesznie, ale są najmądrzejsze z nas wszystkich. Ani sobie nie oparzyły skóry, ani nie boli ich głowa od słońca. Pływanie w pełnym hidżabie to chyba jedyny sposób pływania w tym klimacie.
Ja nie pływałam w hidżabie i spotkała mnie za to kara. Stosuję sposób na oparzenia słoneczne wypracowany w tej podróży: krem sudo. To krem do pieluch dla niemowląt i jest doskonały na oparzenia. Podczas tej podróży smarowałam nim podrażnione miejsca wieczorem i nie było ani śladu po zaczerwienieniu rano. Wcieram go w całe plecy, tym razem nie pomaga tak od razu. Piecze, budzę się w nocy, żeby nałożyć jeszcze jedną warstwę, ale myślę, że i tak mi pomógł, złagodził trochę ból.
Do końca pobytu pływam w ubraniu.
Wieczorem poszliśmy obejrzeć zachód słońca. Wcześniej Yochi pokazał nam filmiki na youtubie autorstwa Kanadyjki, która mieszka w Indonezji „How to be Indonesian”. Złośliwość tej pani przekracza pięć razy moją złośliwość wobec Azji i Chin. Już widzę tę armię trolli, która pisze komentarze, że jak się pani nie podoba, to niech wraca skąd przyszła. Jak siedzieć w Azji, to się zachwycać! A tymczasem ludziom potrzebna jest doza inteligentnej złośliwości. Mądrzy ludzie widzą wady codziennej rzeczywistości. Wszystkie żarty najbardziej bawiły Yochiego, może dlatego, bo filmik wspominał o tym, jak Indonezyjczycy traktują homoseksualistów i jak rodzice traktują swoje dzieci. Po pierwsze: homoseksualizm to choroba. Po drugie: jak dziecko robi coś, co nam się nie podoba, trzeba jak najszybciej wydać je za mąż bądź ożenić, zanim zrobi wstyd przed sąsiadami. I złota zasada: nie przejmuj się uczuciami swoich dzieci. Przejmuj się uczuciami swoich sąsiadów!
Para była tak przesympatyczna! Zauważyłam, że lubię przebywać z gejami. Odpada tyle problemów: czy aby się nie narzucam, czy kolega sobie nic nie pomyśli, czy jego dziewczyna się na mnie nie obrazi. Tutaj nikt sobie nic o mnie nie pomyśli i nikt się nie obrazi!
Dzień kończy się w zapachu palonego przez miejscowych wyspiarzy plastiku.
O poranku jem śniadanie i żegnam się z Martą. Jadę na wyspę obok, Gili Air, bo stamtąd jest więcej transportu.
Nasze drogi się rozchodzą.
Na Gili Air wita mnie podobna atmosfera do Gili Meno, ale ma więcej knajp. Ma też niestety więcej koników, więcej, niż to potrzebne. Trochę mi się to wydaje niebezpieczne, trzeba im uciekać z drogi, przecież koń ma swój rozum i nie da się nim tak precyzyjnie kierować, jak skuterem czy samochodem.
Melduję się w bardzo przyjemnym hostelu, poleconym przez inną podróżniczkę. Ruszam, żeby zamówić sobie transport powrotny, udaje mi się znaleźć biuro firmy, w której kupowałam bilet na Bali. Chcę jechać z nimi jeszcze raz, bo jeśli okaże się stary bilet, dostaje się zniżkę. Niestety, biuro jest otwarte, ale pracownika nie ma i nie ma go w zasięgu wzroku. Bardzo wyraźnie uważa się tu, że wystarczy otworzyć biuro, nie trzeba już w nim siedzieć i pracować.
Jem lunch z widokiem na morze i ruszam obejść wyspę wokoło. Zajmie mi to poniżej dwóch godzin. Niestety, woda wzdłuż brzegu całej wyspy jest za płytka, nie da się swobodnie pływać. Zakładam jednak, że człowiek na wakacjach plażowych w lutym nie powinien za bardzo narzekać na swój los z takiego powodu.
Trzy godziny później udaje mi się dostać bilet i zniżkę. Pani nie rezerwuje mi biletu z Padangbai na Bali na Ubud, bo nie wiadomo, kiedy prom dobije do portu w Padangbai i czy zdążę na ostatni autobus. Dzień podróży będzie dniem improwizacji.
Na razie jednak zajmuję się pływaniem w ubraniu, czytam na plaży, piszę, jem posiłki z widokiem na morze, piję świeże soki z egzotycznych owoców i nie robię właściwie nic bardzo produktywnego poza żałowaniem, nie nie mam pełnego tygodnia, by spędzić go w ten sposób.

Opublikowano Bez kategorii | 6 komentarzy

Indonezja. Kuta na Bali

Pierwszą sprawą do załatwienia w Kucie, po tak długiej i nerwowej podróży, było jedzenie. Podchodzimy do jednego pana, ma menu bez cen. Jest to podejrzane, jeśli nie ma napisanych cen, znaczy, że są wymyślane na poczekaniu. To Marta pyta, ile ryż z kurczakiem, pan się zastanowił i prosi o dwadzieścia tysięcy. Ja się pytam, ile ryż z warzywami, pan się zastanowił jeszcze dłużej i prosi o dwadzieścia pięć.
Panu podziękowałyśmy. Za dużo się zastanawia.
Idę ulicą i patrzę: tam mają cennik!
I tam zjadłyśmy. Pani nawet rozumiała, co to znaczy wegetariańskie, wcale nie udawała.
Udałyśmy się na zasłużony wypoczynek.
Następnego dnia zjadłyśmy hotelowe śniadanie. Ja wyraziłam pragnienie zobaczenia Kuty. Poszłyśmy na plażę, bo musiałam ujrzeć na własne oczy legendarne balijskie śmieci na plaży. I rzeczywiście, cała plaża zasypana śmieciami, morze wyrzuca więcej na brzeg. Brzydziłam się wejść do wody, uciekałam przed falami.
Zjadłyśmy lody w McDonaldzie i proszę mnie nie krytykować, przynajmniej w tym przybytku można spokojnie zjeść i nie bać się, że sprzedawca oszukuje. Mimo to, należy być świadomym, że w podaną cenę nie jest wliczony podatek VAT.
Zrobiłam zdjęcia świątynkom hinduistycznym po drodze. Miejscowi mają zwyczaj umieszczać takie pudełka złożone z liści bananowca, wypełnione jedzeniem, na progu domu, wejścia do sklepu, do hotelu. Na zewnątrz przybytków stoją też kapliczki, prawie jak „domki dla ptaków” w Kambodży.
Kończą mi się pieniądze, ale boję się iść do kantoru, jako że ostrzegała mnie przed Kutą i jej kantorami para Turków. Mówili, że dwa razy byli w Kucie, w dwóch różnych kantorach. W każdym z nich pracownik wziął ich dolary i nie chciał dać rupii w zamian. Za każdym razem poszli na policję i kiedy wracali do kantoru w towarzystwie policjanta, pracownik bez słowa dawał odpowiednią ilość rupii. Obie sytuacje skończyły się dobrze, ale bałam się przechodzić przez to i postanowiłam poczekać do przejazdu na wyspę Lombok. Po raz pierwszy w życiu boję się iść do kantoru.
O nagabywaniu przez miejscowych nawet nie wspominam, ponieważ jest właściwe całym Indochinom. W każdej miejscowości turystycznej słyszy się pytanie, czy przypadkiem nie potrzeba mi taksówki, co minutę. Bali nie jest wyjątkiem, ani też się nie wyróżnia. Bardzo szybko staję się głucha na pytania: „Gdzie idziesz? Taksówka? Transport? Skąd jesteś? Gdzie idziesz?”
Nie nawykłam do tłumaczenia obcym ludziom na ulicy, gdzie idę. I nie mam zamiaru nawyknąć.
Kolejną ciekawostką jest forma grzecznościowa, którą używają w kontaktach ze mną. W Tajlandii czy Kambodży narzekałam na „lady” i „madam”, bo postarzali mnie za bardzo. Nie wiedziałam, że może być gorzej. W Indonezji do wszystkich turystów, nieważne, czy mężczyzn, czy kobiet, mówi się „sir”. Wszyscy zwracają się zatem do mnie „proszę pana”.
Dzień byłby dniem odpoczynku, ale musimy zorientować się, jak następnego dnia dojechać na wyspę Lombok. Niestety, nie jest to w Indonezji łatwe zadanie i zajmie nam całe popołudnie. Najpierw wyszukuję, skąd płynie prom i okazuje się, że z Padangbai, portu na wschodzie wyspy. Transport publiczny polega na przesiadaniu się dwa razy autobusami, najpierw trzeba się dostać na dworzec w Denpasar. Najpierw zajmuje mi parę godzin wybicie Marcie z głowy, żeby tak robić. Po pierwsze, zajmie to za dużo czasu. Po drugie, przy każdym kolejnym autobusie zostaniemy oszukane i nie zaoszczędzimy wcale albo nic, a nawet może wyjść drożej. „Ale popatrz się”- Marta mówi, pokazując mi mapę-„Przecież to półtorej godziny się jedzie, to powinno kosztować najwyżej dwadzieścia tysięcy, tak jak do Borobudur”.
Powinno, ale nie jestem w Indonezji od wczoraj, by myśleć, że będzie tyle kosztowało. Albo zapłacimy trzy razy więcej, niż miejscowi, albo zostaniemy na noc w szczerym polu. Ponadto, miejscowi najczęściej nie pokażą, gdzie jest autobus, bo uważają, że my turyści, nie powinniśmy nim jechać. Nawet jak sami nie czerpią z przemysłu taksówkowego korzyści, nie pokażą, gdzie jest autobus, byśmy wzięli taksówkę. Turysta ma brać taksówkę i płacić za nią podwójnie, przyjechał w końcu na Bali!
Udało mi się jej wybić podróż trzema autobusami z głowy.
Marta znajduje firmę przewozową, której autobus kosztuje siedemdziesiąt pięć tysięcy. Dzwonimy, podają swój adres w Kucie. Mają biuro około trzy kilometry od nas, nie wiemy dokładnie gdzie, za daleko, żeby tam iść rano i możemy nie znaleźć.
Idę zamówić autobus w hotelu. Jest podany cennik, autobus ma kosztować sto tysięcy. Chcę go zamówić na jutro, zajmuje się tym starszy pan, pracownik hotelu. Najpierw mówi, że powinnyśmy wykupić transport za trzysta tysięcy, autobus i szybka łódka na Lombok. Kręcę głową, nie, po prostu popłyniemy promem, który kosztuje tylko czterdzieści tysięcy. Pan niezadowolony, ale dzwoni do firmy przewozowej. Odkłada telefon i informuje mnie, że trzeba będzie zapłacić sto pięćdziesiąt, inaczej nas nie wezmą. Oczka już mu się świecą z chciwości, widać, że kombinuje, na ile nas tu się uda naciągnąć. Zaczynam być bliska rozpaczy. Czy uda nam się przejechać te pięćdziesiąt kilometrów i dostać na ten prom, jeśli na każdym kroku kłamią, oszukują i rzucają kłody pod nogi? Przecież cennik jest, dlaczego nie może być taka cena, jak w cenniku? W Wietnamie, Tajlandii, Kambodży, wszędzie były cenniki, można się było przejść od biura do biura i wybrać najtańszy. Niektórzy mieli za wysokie ceny, to szło się gdzieś indziej. Nie było jednak tak, że odmawiano transportu za podaną cenę, bo byli tak chciwi.
Pan, widząc moją minę, od razu spuszcza cenę do stu dwudziestu pięciu za osobę i mówi, że może jeszcze uda się coś spuścić. Mówię, że porozmawiam z koleżanką i idę do pokoju. Nie mija pięć minut, a pan posłał do nas chłopaka z pytaniem, czy zamawiamy ten autobus.
Dzwonię jeszcze raz do firmy przewozowej, bo Marta wpada na wspaniały pomysł- spytać się, obok którego większego obiektu są. Pani po drugiej stronie słuchawki podaje adres baru. Znajdujemy go na mapie, mamy tam tylko półtorej kilometra. Idziemy tam i pan już widzi, że stracił interes. Mówi nam, że za sto tysięcy też możemy jechać. Ja uprzejmie odpowiadam, ze teraz idziemy coś zjeść, a potem porozmawiamy.
Marta się na mnie rozzłościła, bo sama chciała mu powiedzieć, że idziemy zamówić tańszy autobus, żeby spuścił z ceny. Ja nie chciałam mu tego mówić, przyzwyczajona do chińskiej kultury tracenia twarzy. W Chinach taki pan by stracił twarz i byłby zły na nas, że przez nas stracił twarz. W Chinach trzeba bardzo uważać, żeby nasz rozmówca nie stracił twarzy, bo wtedy od razu staje się naszym wrogiem. Albo po prostu wcale nie wyniosłam tego z Chin, tylko z Polski? Myślałam, że jeśli nie udałoby się zamówić tamtego autobusu, ten byłby w zapasie, a jeśli panu już powiemy, że mamy tańszy i okaże się, że nie, jego cena znów skoczy do stu pięćdziesięciu.
W każdym razie i tak już nie chcę jechać z kimś, kto chciał mnie oszukać. Powiedzenie z mojego domu rodzinnego głosi, że chciwy dwa razy traci. Jakby nie chciał oszukać, dawno bym zamówiła ten autobus i miałby zarobek. A tak? Nie ma nic i na to zasługuje.
Doszłyśmy do biura firmy przewozowej i wyszło nas po sześćdziesiąt tysięcy w jedną stronę, bo kupiłyśmy powrotne i dali nam zniżkę. Ponadto, mogę najpierw pojechać do Ubud, kiedy będę wracać, a potem do Kuty, wliczone wszystko w cenę. Doskonały interes.
Jestem przekonana, że czytelnicy się zmęczyli, czytając to, ponieważ ja się zmęczyłam, pisząc. Tak upływają całe popołudnia wakacji na Bali. Tak się je spędza, zamiast wypoczywać. Szukając sposobu, jak przejechać pięćdziesiąt kilometrów i nie zostać oszukanym.
Kiedy wracałyśmy, minęła nas grupa chłopców, bawiąca się na ulicy. Krzyknęli w biegu: „Tourist! Money money money money!!!”
Dzieci jeszcze nie potrafią się przedstawić po angielsku, a już potrafią powiedzieć „turysta pieniądze”. To wmawia im się od dzieciństwa i w to wierzą. Trudno się dziwić, że jak podrastają, od razu na widok turysty zaczynają kombinować, jak tu wyciągnąć pieniądze.
Dzień zakończyłyśmy w knajpie, uczęszczanej bardzo wyraźnie tylko przez miejscowych, bo nie było nic napisane po angielsku i obsługa też nic nie mówiła. Były za to napisane ceny, bardzo tanie. Zjadłam sobie rybę z ryżem i warzywami za dziesięć tysięcy i popiłam pysznym sokiem z melona.
Dlaczego turyści w ogóle przyjeżdżają do Kuty? Nie mam pojęcia.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Indonezja. Yogjakarta- Bali

Usiadłam w pociągu, który wyglądał tak samo, jak polskie stare osobowe, ale miał gniazdka elektryczne. Prędko poznałam grupę czterech Polaków, w tym samym przedziale. Dołączył się do nich Francuz, Valentine. Zaczęłam od razu kombinować, czy nie moglibyśmy razem pojechać na Ijen, wulkan.
Wokół mnie od razu pojawili się pasażerowie. Nie można było siedzieć gdziekolwiek, trzeba było restrykcyjnie trzymać się rezerwowanych siedzeń. Zupełnie nie pasowało mi to do atmosfery polskiej osobówki. Panie sąsiadki z siedzenia otworzyły swoje śniadania, czyli tradycyjnie pakieciki z liścia i obie chciały się ze mną podzielić, żebym sobie nabrała trochę ręką, ale odmówiłam.
Podróż Yogyakarta- Banyuwangi trwa czternaście godzin. Jestem niemalże pewna, że nigdy nie jechałam tak długo pociągiem. Moja gospodyni z Dżakarty z, Susie, jakiegoś powodu uparła się, żebym wspinała się na wulkan Ijen jeszcze tej samej nocy po przyjeździe. Około dziewiątej wysiadłabym przed stacją Banyuwangi, złapała tam ojek do bazy wspinaczkowej na Ijen, poczekała tam do pierwszej w nocy, wspięła się na górę, zeszła i pojechała do Banyuwangi, a najlepiej to od razu prosto do Denpasar na Bali. Powiedziałam, że nie ma mowy, umrę ze zmęczenia. Susie chyba jednak czuła się trochę zraniona, że nie chcę słuchać jej rad, tak sumiennie napisanych na karteczce.
Podsłuchując rozmowę Polaków, dowiedziałam się, ku swojemu rozbawieniu, że to ta czwórka wegan, z której śmiali się koledzy leśnicy i ornitolodzy. Trochę jednak przesadzili, bo ta grupa jednak jadała sery. Nie przesadzili jednak całkiem, bo wegetarianizm i narzekanie na miejscowe jedzenie było głównym tematem konwersacji grupy.
Przysiadłam się do nich pogadać o Ijen. Tak sobie myślałam, że jeśli trzeba by było wypożyczyć samochód, to stać mnie tylko w większym towarzystwie. Wspólnie staramy się zebrać informacje o Ijen. Valentine wyjmuje swoje Lonely Planet po francusku i bardzo nieskładnie próbuje przetłumaczyć na angielski, co też tam piszą. Pomagam, bo czytałam to samo po angielsku, proponuję koleżance, że jej pokażę moją książkę.
-A po jakiemu masz, po angielsku?
-Tak.
-Nie ma po polsku, prawda?
Zdumiałam się. Nie szukałam nawet.
-No, nie ma.- westchnęła.
Proponuję moje LP drugiemu koledze.
-Ale nie, ja nie mówię po angielsku.
Trzymają się w czwórkę, w kupę, dwie osoby mówią coś trochę. Valentine nie mówi właściwie nic i przyłączył się do nich chyba ze strachu.
Wróciłam na swoje siedzenie i piszę opowieść o Yogyakarcie. Zatrzymaliśmy się na stacji, po może czterech godzinach drogi. Nadają komunikat. Pomyślałam sobie, ale by było zabawnie, jak informowaliby pasażerów o jakimś problemie czy zmianie, a ja bym nie zrozumiała.
I właśnie coś takiego się stało.
Pasażerowie w reakcji na komunikat zaczęli wzdychać, wznosić okrzyki i okazywać zniecierpliwienie. Następnie część z nich zaczęła się zbierać do wyjścia, a część została na miejscu.
Polacy podnieśli od razu krzyk i zaczęli się wszystkich pytać, czy mówią po angielsku i co się dzieje. Nikt im nie umiał wytłumaczyć.
A przecież nie trzeba. Jedyną ważną w tej chwili kwestią było to, czy mam zostać w pociągu, czy iść, a do tego nie trzeba angielskiego. Pokazałam pani obok mnie bilet z napisaną na nim stacją, do której jadę. Pani pewnym ruchem pokazała palcem, że mam zostać. Krzyczę to do Polaków, ale w popłochu nie słyszą. Jedna pani opanowała ich panikę, tłumacząc im po angielsku, żeby zostali w pociągu. Jej posłuchali.
To podchodzę do tej pani, kiedy zamieszanie już ucichnie i pytam się, co się stało. Wyjaśnia, że po drodze jest powódź i pociąg pojedzie inną drogą. Pasażerowie do miejscowości Surabaya muszą jechać transportem zastępczym. My dojedziemy naokoło i późno w nocy.
Tłumaczę to Polakom. Robią wielkie oczy, skąd wiem. Następnie uczynnie podzielili się ze mną polskimi gazetami. Mieli wielki wybór, lewicowy i prawicowy do porównania.
Przez parę ładnych godzin to piszę wpis na blogu, to jem mój prowiant, to czytam polskie gazety i nadrabiam zaległości w polskiej polityce. Ze smutkiem przeczytałam wywiad z panem Bogusławem Kaczyńskim, zmarłym przed paroma dniami. Czytam, to czatuję na komórce, którą to całe szczęście da się podładować. Znalazłam idealną wymówkę, dlaczego nie chcę się wspinać na wulkan dzisiaj, właśnie spóźnienie. Susie wciąż się nie poddaje, każe spytać pracownika pociągu, czy nadal staje tam, gdzie ona radzi mi wysiąść, żebym mogła się wspinać prosto po pociągu. Czy ty słyszysz? Tragedia się stała, pociąg zalało, a ty mi każesz się na wulkan dzisiaj wspinać. W końcu przestaję jej odpowiadać. Jedyny możliwy sposób na kogoś, kto wysyła mnie we wnętrze wulkanu bo dwudziestu godzinach w pociągu.
Piszę maila do hotelu, w którym mam rezerwację, dostaję odpowiedź, że ktoś wyjedzie po mnie na stację i numer telefonu, na który mam dać znać. Dzięki niech będą za internet mobilny.
Prędko nie tylko ja zgłodniałam, ale cały pociąg zgłodniał. Roznoszą i roznosili od samego początku jedzenie: kawę, herbatę, smażony ryż. Dwa razy wypiłam kawę, wcale niedrogo. W miarę upływu czasu pasażerowie wykupują coraz więcej. Ja wciąż się boję, że jest z mięsem, a właściwie jestem pewna, że jest, bo doświadczenie z Hue Nee z Yogyakarty nauczyło mnie, że dla miejscowych jedzenie bez mięsa to tak jak nie jedzenie. Coraz bardziej nie mogę patrzeć na ciastka, którymi ratuję się w chwilach głodu przez całą podróż. Planuję sobie, że na kolejne wakacje zabiorę kuchenkę.
Sąsiedzi Polacy podzielili się ze mną swoim jedzeniem: kawałkiem bagietki, z serem, z sałatką i nawet z keczupem. Smakuje mi to jak nic nigdy w życiu i od razu ich pokochałam i postanowiłam być ich przyjaciółką do końca mych dni.
Mówili, że w innym przedziale też są Polacy i wódkę tam piją, zapraszają.
Za głowę się chwyciłam. W Polsce by wódki nie pili, bo wstyd byłby nie z tego świata i karę by trzeba było płacić, ale jadą sobie za granicę i wódkę w pociągu piją. W muzułmańskim kraju. Ja chyba napiszę petycję do tych linii lotniczych, żeby przestały dawać te tanie bilety.
Inną obserwacją o podróżujących Polakach jest zupełny brak Polek podróżujących samotnie bądź w damskim towarzystwie. Tylko pary albo grupy mężczyzn. Koleżanka Marta z Indii jest wyjątkiem, wszak już tak długo mieszkała w Indiach.
Zaprzyjaźniłam się też z panią, która mówi po angielsku. Mówi, że mieszkała w Australii, bo jej mąż tam robił doktorat, a teraz wykłada w Denpasar. Jeździ bez przerwy na trasie Denpasar- Yogyakarta, bo swojej mamie pomaga i swojej córce też. To tak jakby ktoś narzekał, że jego rodzina mieszka daleko i nie ma czasu odwiedzać, bo ma do nich pięć godzin drogi. Tu są dwa dni drogi.
Opowiadała mi, jak miała raka i lekarze dali jej rok życia. Przemyślała to sobie i stwierdziła, że skoro został jej rok, to ona nie będzie chodzić na chemioterapię i uciekła ze szpitala. Podczas tego roku robiła wszystko, czego zabronili jej lekarze- jadła niezdrowo, przetworzone jedzenie, czekoladę, wszystko, czego nie wolno. Minął rok, dwa, trzy, sześć lat minęło od tego czasu. Nigdy nie czuła się lepiej i nie poszła do lekarza.
A mówiła mi to a propos nudli błyskawicznych o smaku kurczaka, które zaczęto roznosić w pociągu. Polacy zaczęli między sobą rozmawiać, jakie to obrzydliwe, wstrętne, jak ci ludzie mogą to jeść. No trudno, głodni są.
Jak już roznieśli jeden raz, drugi raz, zaczęłam żałować, że sama sobie nie kupiłam. Byłam głodna straszliwie.
Było już w okolicach ósmej. Pociąg planowo miał przyjechać o dziewiątej piętnaście, ale czekały nas jeszcze długie godziny drogi i wszyscy powoli więdliśmy z głodu, zmęczenia, niewygody. Ja napisałam już wszystko, co było do napisania, przeczytałam wszystkie gazety i zaprzyjaźniłam się z każdym w przedziale, z kim mogłam się dogadać.
Valentine patrzy się na zegarek i cieszy się:
-Jeszcze tylko godzina drogi! Godzina!
Patrzymy się po sobie i omawiamy to po polsku. Jak to, nie wie, że pociąg jest spóźniony? Rozumiemy, że nie mówi po angielsku, ale nie widział zamieszania, nie widział, jak ludzie wysiadali? Nie widzi, że wykupują jedzenie, jakby zbliżała się klęska żywiołowa?
-Weź mu to jakoś wytłumacz po angielsku.- szturchają mnie.
-Valentine- mówię.- pociąg jest spóźniony. Będziemy około pierwszej, drugiej w nocy.
-Nie!!!- Valentine wybuchnął śmiechem.
-No tak, prawdę ci mówię.
-Nie.- kręci głową. Ma minę mówiącą, że nie da się nabrać.
Poddałam się. Sprytny Valentine nie da się zrobić w konia.
Wszyscy byliśmy już strasznie głodni i wszyscy stwierdziliśmy, że koniecznie chcemy te nudle błyskawiczne. Ja tłumaczę sobie, że tam tak naprawdę nie ma kurczaka, tylko coś kurczakopodobnego z plastiku czy też styropianu. Koledzy wytłumaczyli sobie to chyba inaczej, że można zalać sam makaron. Kolega wraca z wagonu restauracyjnego i powiedział, że zostały dwa kubki na cały pociąg.
Pobiegłam w te pędy. Tak zachowuje się wygłodniały wegetarianin.
I za chwilę było mi głupio, bo roznosili te same nudle za darmo. Dawali też za darmo wodę. Byłam jednak tak głodna, że zjadłam dwa opakowania.
Mówię Polakom, że mam zarezerwowany tani hotel, może oni też by się dołączyli i potem razem pójdziemy na Ijen. To wybrali tłumacza swojej grupy, aby do niego zadzwonił, że on się dogada. To dzwoni. Tłumaczy naszą sytuację, pyta się, czy są wolne pokoje dla ich wszystkich. Właściciel chce wiedzieć, gdzie chcą dojechać, aby być pewnym, że nie ma żadnego nieporozumienia.
Popłoch.
-Ty wiesz, gdzie jedziemy?
-Nie. a ty?
-Nie.
-Nie.
-Kto wie?
-Julia wie.
-Julia!!! JULIA!!! Gdzie my jedziemy?
Biegnę na ratunek.
-Jedziemy do Banyuwangi.
-Gdzie?
-Ban-yu-wan-gi.
-OK.-kolega przy telefonie zwraca się do rozmówcy.- We go to Banialuki. Are you hotel in Banialuki? (jedziemy do Banialuków. Czy jesteście hotelem w Banialukach?)
Wrzasnęłam na niego:
-Banyuwangi!
Położyłam się spać i zostałam obudzona jak przyjechał pociąg, o drugiej. Pożegnałam z się z miłą panią. Właściciel hotelu przyjechał po nas samochodem. Zakończyła się najdłuższa podróż pociągiem w moim życiu.
Dnia następnego nastawiłam sobie budzik na parę minut przed dziesiątą, żeby zdążyć na darmowe śniadanie.
Schodzę na dół. Polacy zwracają się do mnie:
-A ty wiesz, co jest na śniadanie? Takie ohydne z mięsem, pakowane w plastik, odgrzewane, nie wiadomo, kiedy to zrobiono. Takie jak w samolocie.
Krzywię się cała, oni się śmieją. Przynoszą nam picie. Narzekają, że słodkie i ohydne. Przynoszą nam jedzenie i mówię głośne „Aha”. Przynieśli nam zwykłe, miejscowe śniadanie, czyli pakieciki, tylko zapakowane w plastik, a nie w liścia. Pytamy właściciela, czy to z mięsem. On mówi, że nie, w środku są takie małe kawałki smażeniny, ale są z kukurydzy, soi, tofu. Jem. Chłopacy też zjedli, dziewczyny zostawiły, bo się boją i brzydzą. Na pewno ich okłamują, źle to wygląda, na pewno dotknęło to mięsa, jest ogólnie nieczyste.
Mój kolega George, wcześniej wspomniany, jest wegetarianinem od może czterdziestu lat. Mimo to nigdy nie widziałam, aby przy chińskim stole, przy którym wszyscy wkładają swoje pałeczki i łyżki bezpośrednio do potraw, a potem do ust, robił komuś problemy, że dotyka pałeczkami mięsa, a potem warzyw, które on George będzie jeść. Nigdy nie wybrzydzał, że te warzywa są nieczyste. Tłumaczył mi, że on jest wegetarianinem, bo jest przeciwny zabijaniu zwierząt w rzeźniach, ale dla niektórych wegetarianizm to kwestia osobistej czystości. On nie chce jeść mięsa, to nie je, tyle go obchodzi.
Koleżanki natomiast opowiadziały mi, że nie jedzą potraw ugotowanych w garnku, w którym wcześniej było gotowane mięso. Ryknęłam mimowolnie śmiechem, bo taką samą zasadę mają koszerni żydzi- nie mogą jeść potraw gotowanych w garnku, w którym wcześniej ugotowano niekoszerne jedzenie. Koleżanka się nie obraziła, tylko dalej tłumaczyła mi, że jej punkt widzenia jest oczywisty, bo smak mięsa przechodzi na garnek, a potem na warzywa i wszystko czuć tym mięsem.
Ciekawa jestem, kim stanę się za parę lat wegetarianizmu. Wolę jednak być taka jak George, a nie głodować jak podróżuję, bo podają mi wprawdzie wegetariańskie jedzenie, ale nieczyste.
W międzyczasie towarzystwo stwierdziło, że picia nie będzie dotykać, bo słodkie i ohydne i ponarzekało sobie na miejscowe jedzenie, jakie wszystko jest ohydne. Nie mają przypraw, narzekają. Bo nie używają tutaj sosu sojowego. Protestuję i wymieniam przyprawy, jakie tutaj są, kręcą głową, nie ma przypraw i miejscowi w kółko to samo jedzą.
Staram się wyobrazić sobie sytuację odwrotną: wegetarianin z Azji przyjeżdża do Polski. Stawiają przed nim talerz pierogów ruskich (bez skwarek, z cebulą) i mówią mu, że to bezmięsne, można jeść bez obaw. Ten wegetarianin natomiast krzywi się, że jakoś to dziwnie pachnie, nie jak indonezyjskie jedzenie. Ten tłuszcz, którym jest polane, on nie ufa, mimo że kucharz mówi, że roślinny. A te kawałki cebuli? Wyglądają jak mięso. A poza tym ci Polacy wstrętne jedzenie mają, nie ma sosu sojowego. I cały czas jedzą te ziemniaki i ziemniaki, cebulę, nie ma to smaku, w kółko to samo. On następnym razem, jak będzie jechał do Polski, przywiezie konserwy z domu i nie będzie już zdany na to wstrętne polskie jedzenie.
Ja bym się śmiertelnie na takiego wegetarianina obraziła.
Koleżanki się pytały, jak daję radę sobie z jedzeniem w Chinach. Powoływały się na znaną podróżniczkę, której imienia niestety zapomniałam, która była wegetarianką i zjeździła autostopem cały świat. Z Chin szybko uciekała, bo nie miała co jeść. Zdziwiłam się niezmiernie, bo przecież jest tyle przeróżnego jedzenia w Chinach. Może potrzebne jest doświadczenie, żeby wiedzieć, co jest czym. Na początku też kupowałam ciastka i ku mojemu obrzydzeniu okazywało się, że są z mięsem.
Dostałam od koleżanek ich śniadania, których nie tknęły ze strachu i obrzydzenia, choć były bezmięsne. Poszłam spać. Obudziłam się w porze lunchu, zjadłam je i poszłam spać. Obudziłam się w porze kolacji i postanowiłam iść na plażę.
Idę na plażę wzdłuż drogi. Po jakichś dwóch kilometrach widzę centrum handlowe i postanawiam kupić sobie owoce. W Indonezji, gdzie owoców jest zatrzęsienie, nie jest łatwo je kupić. W małych sklepach spożywczych ich nie ma, a straganów jest niewiele. Najpewniejsze są hipermarkety.
Wchodzę tam i spotykam Polaków. Mówią, że właściciel hotelu zaraz po nich przyjedzie.
No to już nie pójdę na plażę. Robię tylko szybko zakupy. „Zaraz przyjedzie” oznaczało, że mieliśmy też czas zjeść kolację w postaci wegetariańskiej pizzy zakupionej w piekarni. Dziewczyny pobiegły wykupić wszystkie kawałki.
-Biedne dziewczyny, nie mają co jeść.- mówi ze smutkiem kolega.
-No jak są takie przewrażliwione.- wzruszam ramionami.
-Nie przewrażliwione, tylko tutaj to wszystko jest z mięsem!
No właśnie nie.
Ponadto opowiedzieli mi o swojej wyprawie na miasto i jak im się podobało. Natrafili na scenę przygotowywaną pod koncert heavy-metalowy. Jako że jeden z nich sam jest dźwiękowcem, podszedł do ekipy sobie popatrzeć, co tam ustawiają i indonezyjska ekipa bardzo się ucieszyła, że z Polski są, bo Behemoth!
Jak na razie Indonezja wygrywa z Chinami muzycznie. Bo mają muzykę.
Właściciel odwiózł nas do hotelu. Poszłam spać. Niesamowite, ile ja potrafię spać.
Wstałam pół godziny po północy, gotowa na wspinaczkę na Ijen.
Nigdy nie byłam na wulkanie. Przed wyjazdem dostaliśmy latarki i maski gazowe. Maska gazowa wydała mi się fanaberią.
Trafiłam do innego samochodu, niż Polacy, z parą dziewczyn z Holandii i z parą z Turcji. Jedziemy nocą. Droga trudna, w Lonely Planet pisali, że możliwa tylko w samochodzie z napędem na cztery koła. Polacy natomiast mieli pomysł, żeby podjechać sobie na skuterach, bo tak czytali na blogach podróżniczych, że inni Polacy tak robili.
Ludzie, nie czytajcie tylu blogów podróżniczych.
Samochodem w każdym razie dojechaliśmy bez problemu pod bazę, żywą turystami gotowymi na wspinaczkę. Kupiliśmy wejściówki po sto pięćdziesiąt tysięcy na głowę, a w Lonely Planet sprzed roku pisało, że jest piętnaście od osoby. Nawet mnie to nie zdziwiło, że podnieśli cenę dziesięć razy i nawet już nie chciałam wiedzieć, ile płacą miejscowi.
W bazie unosi się dziwny swąd. Okazuje się, że nie od oparów wulkanu, tylko o plastikowych butelek palonych na wielkim ognisku. Jak widać, te piętnaście dolarów od osoby nie wystarcza im na wywózkę butelki od osoby. Lepiej spalić.
W Indonezji mam ogromny problem z wyrzucaniem śmieci. Po raz pierwszy spotkałam się z krajem, gdzie ciężko o kosz na śmieci. Czasem zbieram śmieci godzinami w reklamówkach i nie mam gdzie wyrzucić. A nawet, jeśli kosz jest, to nie wiadomo, co też się z tymi śmieciami stanie. W Lonely Planet głoszą, by podróżować rozsądnie, ekologicznie i nie niszczyć Matki Indonezyjskiej Ziemi. Nie używać wody butelkowanej, nie śmiecić. I co z tego, skoro sami Indonezyjczycy wyrzucają śmieci, gdzie popadnie. Ich pięknie plaże wyglądają jak wysypiska śmieci.
Podobnie z olejem palmowym, mogę być przeciwna i nie kupować produktów zawierających go, i co to da, skoro sami używają go do produkcji niemalże wszystkiego.
Razem z Turkami mieliśmy podobne myśli i znieśliśmy do miasta nasze butelki po wodzie. A pani i tak stwierdziła, że to nie ma sensu, bo wrzucą je i tak do rzeki. Najlepiej zawieźć do Turcji, zażartowała.
Tymczasem idziemy już na wulkan, zupełnie prostym szlakiem. Musiał wić się wokół góry, bo nie był ani trochę stromy. Oświetlaliśmy sobie drogę latarkami. Mimo że był środek nocy, nie czułam zmęczenia, bo przecież przespałam cały dzień.
Doszliśmy do schroniska po drodze, odpoczęliśmy, zostawiliśmy zmęczone Holenderki z tyłu i idziemy dalej. Nagle uderzył nas potworny zapach.
Jest powód, dla którego siarka kojarzona jest z diabłem. Powód jest taki, że śmierdzi potwornie. Poza tym albo jestem przewrażliwiona, albo naprawdę czuć było chlorowodór, czyli zapach zgniłych jaj. Już wiedziałam, że maska to nie fanaberia i ją założyłam. Pomagała tylko trochę.
Doszliśmy do brzegu krateru z napisem informującym, że schodzenie do wnętrza jest surowo zabronione i zrobiliśmy, co wszyscy, czyli zaczęliśmy schodzić do wnętrza. Podobny napis wisi w biurze sprzedającym bilety, a wszyscy kupują je, by zejść do wnętrza. Czyli dopóki jest napis, jest dobrze. Państwo prawa.
Po drodze wciąż jeszcze ciemno i dym coraz gęstszy. Mijają nas idący w górę panowie z dwoma koszami przewieszonymi przez ramię niczym szale wagi, wypełnionymi żółtymi kamieniami. Zgadłam, że to siarka, wydobywają, bo to bardzo cenne. Wynoszą to w środku nocy, bo jest zimno. Przykro się robiło na ten widok, bo to nadludzki wysiłek, ale ci panowie się mniej lub bardziej na to zgodzili. Przypominały mi się natomiast książki historyczne mówiące o rdzennych mieszkańcach Ameryki Łacińskiej, wykorzystywanych przez Hiszpanów do pracy w kamieniołomach, którzy bez wyjątku od tego wysiłku pomarli. Brzmi to mało smutno, jeśli czyta się to w książce, można odłożyć i obejrzeć telewizję. O wiele łatwiej sobie wyobrazić ich straszną śmierć, kiedy widzi się na własne oczy trud takich pracowników.
Kiedy mijamy panów, stajemy i usuwamy się z drogi, by dać im dużo miejsca i nie zahaczyć o kosze. Każdy z nich usiłuje nam sprzedać wyrzeźbione kawałki siarki na pamiątkę.
Schodzimy mozolnie. Z braku innej rozrywki wyobrażam sobie dla zabawy, że schodzę do piekła.
Po drodze koleżanka Turczynka wróciła się, bo miała problemy z maską gazową i dusiła się. Zostałam sama z kolegą Turkiem. Tylko wybrani zeszli na sam dół piekła.
Na dole, w gęstych kłębach dymu i w tłumie, mogliśmy podziwiać rury, z których wypływała ciekła siarka. Przyszliśmy podziwiać piękne widoki i niebieskie ognie, podziwialiśmy natomiast tylko gęsty dym. Nie wiem, czego się spodziewałam we wnętrzu czynnego krateru, przejrzystego powietrza i widoków? Lekcja płynąca z tego doświadczenia: wulkany śmierdzą siarką i wydobywa się z nich dym.
Wracając, zobaczyliśmy niebieskie ognie. Jest to zjawisko wyjątkowe, można je zaobserwować tylko na Islandii i w wulkanie Ijen. Nie był to spektakularny widok, ale przynajmniej mogę powiedzieć, że przyjechałam je zobaczyć i widziałam.
Zebraliśmy się na szczycie i poszliśmy powoli na dół. Świtało po drodze, ale pięknych widoków nie było, bo zasnute były dymem. Mimo to mijaliśmy całe tabuny turystów, również z Polski, stojących uparcie na lodowatym wietrze, by zrobić sobie idealne selfie.
Swoją drogą, ludzie wyglądają naprawdę idiotycznie, jak robią sobie selfie i uśmiechają się do telefonów.
Zjechaliśmy na dół, Holenderki wypiły herbatę. Nauczka dla wszystkich, nie umiejących stosować tego, co w nauczaniu angielskiego nazywamy „grading the language”, czyli dostosowanie języka do poziomu rozmówcy. Koleżanki powiedziały: „Nie, nie chcemy herbaty, bardzo dziękujemy, już wypiłyśmy herbatę wcześniej dzisiaj.” Po czym pan usłyszał tylko „herbata”. I sprzedał im po kubku.
Spakowaliśmy swoje śmieci i pojechaliśmy dalej na wycieczkę. Pierwszym przystankiem była plantacja kawy, gdzie mogliśmy zobaczyć drzewka kawowe oraz luwaki. Luwaki to takie zwierzątka, które jedzą ziarna kawy, wydalają je, tworząc w ten sposób bardzo drogą i ponoć najpyszniejszą kawę świata. Same zwierzątka były ładne, takie małpko-szopy. Pozwolili nam też nakarmić kozy, wychodząc z założenia, że turysta to dziecko i się ucieszy. W moim przypadku bardzo się nie pomylili.
Następnym przystankiem była plantacja kauczuku, gdzie mogliśmy zobaczyć naturalny kauczuk. My podnieśliśmy grudkę z ziemi, obmacaliśmy, powąchaliśmy, ścisnęliśmy w dłoniach i rzuciliśmy z powrotem na ziemię, ale pan kierowca od razu podniósł i sobie wziął. Pewnie cenne.
Ostatnim przystankiem było miejsce, w którym napijemy się kawy z luwaka za darmo. Nas, doświadczonych turystów, od razu złapała podejrzliwość, czy oby na pewno za darmo. Wszak kawa przepuszczona przez przewód pokarmowy luwaka bezcenna jest. Dopytujemy się. Tak tak, za darmo. Trochę odetchnęliśmy, jak zawiózł nas do siebie do domu, bo rzeczywiście, w domu nie powinno się płacić.
Powitał nas wiekowy ojciec pana kierowcy, w majtkach i podkoszulku. Pan, okazało się, miał ojca Holendra i matkę Chinkę. Porozmawiał płynnym holenderskim z koleżankami, a za chwilę ze mną po chińsku i pokazał mi zdjęcia rodziny z Chin. Poczęstował nas nie tylko kawą, ale też awokado ze swojego ogrodu. Po raz pierwszy spotkałam się ze zwyczajem jedzenia awokado osobno, bez chleba, bez sałatki. Dał nam w prezencie awokado, które miało dojrzeć za trzy dni, a dojrzało znacznie później. Mozolnie targałam je przez setki kilometrów i zjadłam tydzień później i dwie wyspy dalej.
W końcu okazało się, w jakim celu była wizyta. Pan planował otworzyć hotel w swoim domu, tak zwane homestay i potrzebował reklamy. Zrobiliśmy sobie zdjęcie z panem, zadowoleni goście. Nie ma sprawy.
Kawie z luwaka nie wystawiam zbyt entuzjastycznej recenzji. Jeśli komuś by przeszło do głowy pić kawę przetrawioną przez niby to kota, niby to małpę, i płacić za to dużo pieniędzy, to może, ale niech nie oczekuje cudów.
Podczas wizyty u pana w ogrodzie, napisała do mnie moja następna couchsurferka. Prosto po wycieczce miałam jechać do Denpasar, na Bali. Hosta szukałam już od ponad tygodnia. Napisałam, tak jak poprzednio, prośbę o goszczenie mnie do hostów i też prośbę otwartą. Parę osób chciało mnie gościć i wybrałam jedną dziewczynę, wydawało mi się, że wybrałam bardzo dobrze. Odpowiadała na moje wiadomości, komunikowałam się z nią na bieżąco na temat moich planów i ustaleń w podróży.
Tego samego poranka, kiedy miałam jechać do Denpasar, napisała do mnie, że dzisiaj ma zamiar wypożyczyć skuter dla siebie na cały miesiąc i chciałaby, ażebym się dołożyła. Wypożyczenie na miesiąc kosztuje sześćset tysięcy, więc ona chce, żebym jej zapłaciła sto tysięcy. Zapaliła mi się czerwona lampka w głowie. Będę w jej domu przecież tylko jeden wieczór, potem cały dzień i wyjeżdżam następnego dnia rano. Dlaczego mam płacić jedną szóstą miesięcznego wynajmu skutera? Będę tylko jeden dzień.
Wzięłam wdech, wydech i zapytałam się, czy odbierze mnie ze stacji. Wcześniej mówiła, że nie może, ponieważ nie ma żadnego pojazdu. W porządku, nie musi mnie odbierać, to przecież nie jest obowiązek. Ale jeśli dokładam się do wynajmu, i to tak dużo, już mogę o to prosić.
Nie odbierze mnie, bo nie wie, gdzie jest stacja, wie tylko, gdzie jest lotnisko. Ale być może (znowu azjatyckie maybe) odwiezie mnie, jak będę wyjeżdżać.
Zaraz. Po co mi ten skuter, jeśli jedynym miejscem, gdzie chcę się dostać, jest stacja i z powrotem, a tam mi nie pomoże się dostać? I wystąpił błąd logiczny: jeśli nie wie, gdzie to jest, dlaczego da radę odwieźć mnie, gdy będę wyjeżdżać, a nie wtedy, kiedy będę przyjeżdżać?
Nie czułam się dobrze z prośbą o pieniądze. Chętnie bym się dołożyła, ale to za dużo pieniędzy jak na wynajem skutera na dzień. Porozmawiałam z koleżankami Holenderkami, które wróciły z Bali, mówią, wynajem skutera to sześćdziesiąt tysięcy dziennie, benzyna osiem za litr. Na dwie osoby połowa. Niewątpliwie, koleżanka mnie naciąga. Zwłaszcza, że kiedy jej tłumaczyłam, że dla mnie to dużo pieniędzy, odpisała, że prosi mnie o nie, żeby dla niej było taniej. W tym momencie rozmowy była chyba najbardziej szczera.
Odwołuję moją wizytę, tłumacząc, że nie mogę jej dać tych pieniędzy, a ponieważ o nie poprosiła, czuję się niezręcznie, korzystając z jej gościnności.
Odpisała, że chciała dla mnie dobrze. Chciała wynająć skuter, abym mogła wszędzie jeździć, bo na Bali nie ma transportu publicznego. Wypożyczenie skutera to sześćdziesiąt tysięcy dziennie, więc sto za dwa dni to dla mnie prawdziwa okazja. No tak, ale ona nie jest wypożyczalnią, wynajmuje ten skuter dla siebie. Chętnie się dołożę, ale nie tyle.
Potem napisała kolejną wiadomość dlaczego nie może odebrać mnie ze stacji. Ma stary telefon komórkowy, tłumaczyła. Nie działa na nim google maps, działa tylko whatsapp. Dobrze, ale po pierwsze, smartfony wynaleziono niedawno, ogromna część ludności świata nadal ich nie ma, a potrafi znaleźć dworzec we własnym mieście. Poza tym, ma couchsurfing, więc ma też komputer, ergo, ma dostęp do map. Ponadto, jeśli nie umie nigdzie pojechać, jak korzystałybyśmy ze skutera?
Grunt, że po raz pierwszy couchsurfer chciał mnie naciągnąć na pieniądze i mam nadzieję, że będzie to ostatni raz. Znamienne jest, że zdarzyło się to na Bali.
Poza tym, inna couchsurferka na Bali napisała, że chętnie mnie ugości, ale pod jednym warunkiem: mam udzielić jej pracownikom lekcji angielskiego. Nawet nie odpisałam, bo nie znalazłam słów. Couchsurfing nie powinien polegać na ciągnięciu korzyści materialnych z gości. Jeśli ktoś ma inne wyobrażanie o couchsurfingu, chyba nie rozmawiamy tym samym językiem i lepiej od razu przerwać komunikację.
Powtarzam, znamienne jest, że takie dwa przypadki zdarzyły się właśnie na Bali.
Napisałam do Marty, z zapytaniem, gdzie jest. Okazało się, że w Kuta, na Bali, zameldowała się w hotelu. Od razu pytam, czy się nie mogę dołączyć. Oczywiście, mogę. Rozmawiamy, jak by tam można było się do niej dostać. Tłumaczy mi, że Kuta jest zaraz obok lotniska w Denpasar, jej hotel jest oddalony o jakieś dwa kilometry. Jak dojadę na lotnisko, ona po mnie przyjdzie. Postanawiam tak zrobić.
Jestem już dosyć mocno roztrzęsiona całą sytuacją, a jeszcze nie dotarłam na Bali.
Właściciel hotelu odwozi nas osobiście na prom i wyjaśnia mi, jak dostać się do Kuty. Jeśli ktoś by przypadkiem zawitał do Banyuwangi, to hotel pana zwie się Permata Indah Permai. Takich uczynnych przedsiębiorców należy wspierać i polecać.
Jestem bardzo niespokojna. Na Bali nie ma transportu publicznego, a taksiarze na pewno nie są uczciwi. Znowu czuję się samotna i przerażona.
Omawiam na promie sytuację z parą z Turcji, opowiadają o swojej drodze z Kuty na Banyuwangi. Muszę dostać się na dworzec Ubung w Denpasar, a stamtąd znaleźć autobus na lotnisko. Tego tylko nie są pewni, czy będzie jakiś. Dowiem się, kiedy dojadę.
Prom dobił do brzegu i za poleceniem pana z hotelu idziemy na dworzec, nie słuchamy panów, co nas nagabują na promie. Na stacji tylko nie jest ani trochę uczciwiej, bo napadło nas więcej panów i agresywniej, a okienek z biletami nie widać. Zgadzam się w końcu na autobus do Denpasar za pięćdziesiąt tysięcy, głównie dlatego, bo autobus odjeżdża za pięć minut, mniej dlatego, bo jest klimatyzowany. Rozstajemy się z parą i życzymy sobie nawzajem powodzenia w radzeniu sobie z balijską rzeczywistością.
Siadam z przodu autobusu, nauczona tak z czasów wycieczek szkolnych, chorób lokomocyjnych i awiomarinu, że z przodu nie powinno mi być niedobrze.
Kierowca i pasażerowie z przodu palą jednego papierosa za drugim przez całą drogę. Ponieważ autobus jest klimatyzowany i więcej za to zapłaciłam, nie mogę otworzyć sobie okna.
Witamy na Bali, w egzotycznym raju.
Krajobraz za oknem piękny. Bali to naprawdę raj. Pola ryżowe, palmy, góry, świątynie hinduistyczne, ołtarzyki.
I nawet taki raj potrafi zniszczyć ludzka niegodziwość.
Przed wyjazdem pytam się kierowcy, jak transportem publicznym dojechać na lotnisko, powiedział, że bardzo łatwo, najpierw bemo, czyli balijskim odpowiednikiem angkotu, to kosztuje dziesięć tysięcy, a potem autobusem publicznym, to kosztuje trzy.
Dojechaliśmy nie na dworzec, tylko pod sklep. Zupełnie nie wiedziałam, gdzie mam iść. Pytam się kierowcy, twierdzi nagle, że na lotnisko można tylko taksówką, on o żadnym publicznym transporcie nie słyszał. Pytam się instynktownie młodej dziewczyny, pomoże. Znalazła dla mnie bemo i dogadała się z kierowcą. Zawiezie mnie, ale za dwadzieścia tysięcy, nie mniej. Dziewczyna próbowała tłumaczyć, że jest moją koleżanką, ale nie pomogło. Biały człowiek ma płacić więcej. Umówili się, gdzie ma mnie wysadzić, miał pojechać na przystanek zaraz obok lotniska, przystanek autobusu Swargita. Stamtąd mogłabym nawet dojść.
Wsiadam i jedziemy. Już jest ciemno. Boję się. Pan przejechał się po mieście pięć minut i stanęliśmy obok jakiegoś przystanku, mówi, że to tu. Wysiadam, nie mam wyjścia, choć mu nie wierzę. Od razu upomina się o pieniądze. Problem w tym, że nie mam drobnej dziesiątki. Mówię mu, że dam mu dwadzieścia, ale ma mi wydać dziesięć. Zaczyna wrzeszczeć, że nie ma mowy, mam płacić dwadzieścia. To ja też wrzeszczę, że dlaczego wszyscy płacą dziesięć, a ja mam płacić dwadzieścia.
-You come to Bali you come to Bali! You pay!- wrzeszczy pan.
Że przyjechałam na Bali, to mam płacić.
A współpasażerowie? Pan zaczął na mnie wrzeszczeć, że inni płacą po dwadzieścia pięć za osobę, a ja tylko dwadzieścia. Powiedziałam mu, że kłamie, to zaczął zbierać pieniądze od pasażerów, żeby mi pokazać, ile płacą. Wymachuje pieniędzmi i wrzeszczy. Pasażerowie chętnie dają pieniądze i się ze mnie śmieją. Nikt nie postawi się, nikt nie odezwie w mojej obronie.
To daję mu te dwadzieścia, informując go, że chciwość i kłamstwo to ogromne grzechy i niech ma te dziesięć więcej, ale niech wie, że to grzech.
Pan odjeżdża, a ja się wspinam na platformę przystanku.
Patrzę na GPS i oczywiście jestem trzynaście kilometrów od lotniska. Jest ciemno, nie wierzę, że autobusy jeżdżą o tej porze, bo nawet na Jawie nie ma już transportu publicznego wieczorem. Obok są jakieś sklepy, mogę prosić o pomoc tam ewentualnie. Na razie czuję ogromną gulę strachu w gardle.
Ja wiem, że narzekałam na Tajlandię, ale nawet tam cena za transport publiczny jest równa dla wszystkich. Na Bali jest kilkakrotnie wyższa, a jak widać, nie wolno mi nawet jechać publicznym autobusem. Podczas ponad trzech lat w Azji kierowcy autobusów wysadzali mnie na tym przystanku, na którym potrzebowałam. Na początku w Chinach nie umiałam przecież po chińsku, pokazywałam tylko na karteczce, kiwali głowami, pamiętali o mnie i pokazywali mi, gdzie wysiąść. Tutaj pan policzył sobie dwa razy więcej, to samo w sobie jest krzywdzące, ale nie to jest najgorsze. Najgorsze jest to, że wysadził mnie w nieznanym mieście w nocy daleko bardzo od miejsca, gdzie miałam się dostać. Dlaczego nie zawiózł? Dlaczego chciał, żebym była w niebezpiecznej sytuacji?
Proszę sobie wyobrazić, że w Europie nie pozwolimy Azjatom na korzystanie z transportu publicznego albo podwoimy ceny dla nich. Nigdy nie stanie się coś takiego. Na szczęście. Ja bym tak jednak zrobiła, ale tylko temu panu.
To tyle na temat bycia dobrą katoliczką i o nadstawianiu drugiego policzka.
Na razie wciąż jestem na przystanku, wokół śmigają samochody i motory, ale żadnego autobusu. Piszę do Marty i czuję się bezradna, nie znoszę być tak zdana na pomoc innych, przerażona. Otwieram aplikację gojek, czyli aplikację do zamawiania taksówek motocyklowych i sprawdzam, czy da się jej używać w Denpasar. Kiedy tak kombinuję, wpatrzona w komórkę, nadjeżdża autobus, otwierają się drzwi i wita mnie w nich uprzejma pracownica autobusów miejskich, odpowiednika transjakarty i transjogji, gdzie cena jest równa dla wszystkich i pracownicy pomagają. Poczułam się, jakby nadjechał Kotobus, jakbym ujrzała Hogwart Express po raz pierwszy. Poczułam się jak w domu.
Pakuję rzeczy do środka, pani powie, jak się przesiąść na lotnisko. Pytam się, do kiedy jeżdżą autobusy, skoro mam się jeszcze przesiąść. Pani mówi, do ósmej. Patrzę na zegarek, dopiero siódma dziesięć, nie ma problemu.
Przejechałam przez całe miasto, mam się przesiąść na przystanku. Patrzę na GPS, jestem tuż obok lotniska. To tu miał mnie dowieść pan kierowca bemo. Tutaj, dwanaście kilometrów dalej, niż dowiózł.
Wsiadłam do kolejnego autobusu i dojechałam. Czekała już na mnie Marta i przeszłyśmy na piechotę do hotelu, ignorując zaczepki co parę metrów, czy chcemy taksówkę.
Okazuje się, że na Bali jest inna strefa czasowa. O czym wiedziałam, ale zapomniałam. Było już zatem po ósmej i miałam ogromne szczęście, że udało mi się jeszcze złapać autobus. Kierowca bemo wysadził mnie zatem samą po ciemku tam, gdzie teoretycznie mogłam czekać na autobus do rana. Dlaczego? „You come to Bali!” Przyjechałam na Bali, to mam za swoje.
Marta opowiada mi o swoich przygodach. Po tym, jak rozstałyśmy się w Borobudur, chciała pojechać na wulkan Dieng. Zapytała się panów na stacji, mówią, że to powinno kosztować jakieś siedem tysięcy. Wsiada zatem do autobusu, pyta się dziewczynki obok, ile autobus kosztuje. Bardzo miło wyglądała dziewczynka. Nie umiała powiedzieć po angielsku, ale wyciągnęła banknoty z portfela, żeby pokazać i pokazuje dwadzieścia tysięcy. Marta na to kręci głową, że nie, pokazuje na palcach, ma być siedem. Na co dziewczynka podeszła porozmawiać z kierowcą. Kierowca odwrócił się i powiedział Marcie, że ma płacić dwadzieścia. Ta chwyta się ostatniej deski ratunku, pyta się reszty pasażerów, ci zgodnie twierdzą, że ma być dwadzieścia. Kiedy, nie mając wyjścia, zapłaciła, wszyscy ryknęli śmiechem.
Tu nie o pieniądze wcale chodzi. To o ten śmiech. O to, że oszukiwanie turystów sprawia tym ludziom radość. To jest przyjemne. Ja rozumiem, że ludzie oszukują i kradną dla zysku. Ta dziewczynka jednak nic nie zarabiała na tym, że Marta zapłaciła więcej, ona po prostu chciała dla własnej przyjemności ją oszukać.
Dziewczynka sama zapłaciła sześć tysięcy i wysiadła tam gdzie Marta.
Po raz pierwszy spotykam kraj, gdzie współpasażerowie nie pomagają, a robią jeszcze więcej krzywdy, dla czystej rozrywki.
Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że Marta przyjechała do następnej miejscowości za późno i nie było już żadnego autobusu. Została przyjęta w gościnę przez miejscową rodzinę. Nakarmili ją, pomogli, a nawet dali naszyjnik na pamiątkę, by nigdy ich nie zapomniała, byli przemili.
Są tacy i tacy ludzie w Indonezji. Ale bardzo smutne, że ci, którzy są chytrzy, tak psują tę rajską wyspę.

Opublikowano Bez kategorii | 10 komentarzy

Indonezja. Yogyakarta

Susie powiedziała mi, że zwykle załatwia nocleg w Yogyakarcie swoim gościom u swoich koleżanek. Rozmówiła się ze swoją koleżanką ze studiów, Hue Nee (czytamy: Yuni, tak jak czerwiec). Poinformowała mnie, że Hue Nee jest muzułmanką, nosi hidżab, ale jest bardzo tolerancyjna. Ponadto, nie ma własnego mieszkania, tylko wynajmuje pokój, więc będzie trochę skromniej. Jeśli mi to wszystko nie przeszkadza, Hue Nee mnie zaprasza.
No oczywiście, że mi nie przeszkadza.
Po ośmiogodzinnej podróży pociągiem wysiadłam razem z wielkim tłumem w Yogyakarcie. Yogyakata, nazywana też Jogja, kolejna mekka turystów w Indonezji. Przy stacji parking z uklepanej ziemi, motocykliści, taksówkarze i riksiarze nie dają spokoju. Tuż obok stacji stoją dwa pięciogwiazdkowe hotele, wśród baraków z blachy. Tam stanęłam i zaraz podeszła Hue Nee z wielkim uśmiechem. Przyjechała po mnie na motorze. Pojechałyśmy do niej do domu.
Jest to zwykły, prosty dom. Jest w nim sporo drzwi z drewna, każde otwiera się wprost do pokoju, a każdy zajmuje inny lokator. Wyszłyśmy po schodkach na pierwsze piętro, na balkon. Walają się wszędzie jakieś stare graty, które należałoby wyrzucić parę lat temu. Nawet z moim upodobaniem do chaosu poczułam potrzebę powkładania tego w worki foliowe i wyniesienia na śmieci. Na balkonie rosną papryki chili w doniczce.
Hue Nee otworzyła drzwi do swojego pokoju. Jest to mały pokój, z materacem na podłodze i prowizorycznymi sprzętami zamiast szaf. Z mebli tylko mały stolik. Na podłodze nie beton, ale jakiś rodzaj cieplejszej wylewki. Sufit z dykty, goła żarówka u sufitu, zwisają pajęczyny wysoko. Wszystko czyste, oprócz tych pajęczyn i schludnie poukładane.
Obok tego pokoju jeszcze dwa, w jednym mieszkają dwie studentki, w mniejszym jedna. Na te cztery osoby jest jedna łazienka na piętrze, Hue Nee poleca, żebym się umyła, zanim pójdziemy coś zjeść.
Wybierałam ubrania na zmianę i spytałam się, jak powinnam się ubierać w tym domu, gdzie wszyscy lokatorzy są muzułmanami. Hue Nee powiedziała, że tak, jak mi wygodnie. Pokazałam krótkie spodenki gimnastyczne i spytałam, czy w to też mogę się ubrać. Tak, zapewniła mnie, w mieście ludzie mają bardzo otwarte umysły i mogę ubrać, co chcę.
Zamknęłam się w łazience. Wygląda to następująco: kucana toaleta. Obok niej głęboki basen z wodą. W basenie plastikowy czerpak. Myślałam nad tym chwilę, obejrzałam łazienkę i upewniłam się, że mam pobierać wodę tym czerpakiem i się polewać. Jest też do spłukiwania toalety. Jak jej ubywa w basenie, dolewa się z kranu.
Tak też robię.
Potem okaże się, że w jednym pokoju na parterze mieszka cała rodzina. Państwo mają małą córeczkę, niemowlę i pani jest w zaawansowanej ciąży. Dziewczynka ma chyba zajęczą wargę. Jest urocza, bardzo chce się witać, znanym mi już gestem: podaje mi rękę i przykłada sobie do policzka.
Ja naprawdę w Azji spałam w gorszych warunkach. Nagle jednak zaczynam się potwornie przejmować, że wykorzystuję biednych ludzi. Tacy biedni, a ja ich wykorzystuję. I męczy mnie ta myśl.
Wraz z upływem czasu dotrze do mnie, że przeżywam po prostu szok kulturowy. Hue Nee nie jest biedna. Ma i własny sklep i jest nauczycielką biologii. Studentki też nie są biedne. Tak właśnie mieszka w Indonezji nie biedota, a klasa średnia. To taki odpowiednik wynajmowania pokoju w Warszawie czy Krakowie czy innym mieście, do którego przyjechało się do pracy albo studia. To nie jest bieda. Przed przyjazdem upewniano się tylko, czy warunki mi nie przeszkadzają. Kiedy okazało się, że nie, zostałam zaproszona. Bo Hue Nee chciała mnie zaprosić.
Przebieram się, a ona pokazuje mi na tablecie zdjęcia z innymi couchsurferkami, które przyjechały od Susie. I z samą Susie też. Poczułam się lepiej.
Poszłyśmy najpierw coś zjeść. Po zapytaniu, jaką mam dietę i po dowiedzeniu się, zabrała mnie do tradycyjnego miejsca, gdzie miejscowi lubią spędzać czas. Akurat było dosyć wyludnione, bo był poniedziałek. Je się pakieciki z ryżem, wybrałam jeden z rybą i jeden z grzybami. Do tego można wybrać przekąski, wzięłam jajka z przepiórek, gotowane chyba tak jak w Chinach, jak jajka herbaciane, i jakieś smażone kotlety z tofu.
Zapoznajemy się i bardzo ją od razu polubiłam. Rozmawiamy o zainteresowaniach. Ona bardzo lubi poznawać ludzi, podróżować. Ma trzydzieści siedem lat. Parę lat temu zwiedziła sama całą Indonezję na couchsurfingu, co oczywiście nie wszystkim się podobało, że kobieta sobie tak sama swobodnie podróżuje. Uważa, że na świecie powinna być różnorodność i ludzie powinni mieć różne kultury i wierzenia. Bardzo się cieszy, że może porozmawiać z kimś o innej religii i z innego kraju, to bardzo ciekawe.
Choć po angielsku nie mówi jak anglistka, ale mówi dobrze, swobodnie możemy się porozumieć.
Okazuje się, że jest bardzo zadowolona ze swojego poziomu zasobności, a powiedziała mi to przy okazji rozmowy o małżeństwie. Na całym świecie mogę bardzo łatwo złapać kontakt z kobietami. Wystarczy zapytać, jak tam praca, a czy wyszła za mąż, a czy chciałaby, a dlaczego nie, a dlaczego tak, co tam sobie planuje. Na Zachodzie już nie wypada, ale tutaj to nie jest sprawa prywatna, można to omówić z nieznajomą.
W każdym razie ona jest bardzo zadowolona ze swojego życia i zarobków. Przydałoby się tylko więcej jakby wychodziła za mąż, bo wiadomo, to kosztuje, a dzieci jeszcze więcej. Bardzo chciałaby mieć dzieci, ma moim zdaniem lekką obsesję. Chodzi na kursy przygotowawcze dla matek, żeby już się przygotować. Ma też sklep z produktami dla dzieci, bo tak uwielbia dzieci.
Tylko męża nie ma, o tym porozmawiamy później.
Na razie rozmawiamy o biednych ludziach. Opowiadam jej, jak my pomagamy bezdomnym w Polsce. Ona mi mówi, że w Indonezji każdy ma dom, bo przecież to tanie. Wskazuje na tradycyjny dom, w którym jest restauracja: taki dom kosztuje dwieście tysięcy. Tak, tłumaczę, ale to nie jest dobry dom, nie ma ścian. Oponuje, że bardzo dobry. Staram się jej uświadomić, że w takim domu w Polsce w zimie czeka mieszkańców śmierć. Dom nie ma ścian. Powtarzam kilka razy, nie wierzy mi. Dopiero, kiedy dokładnie wyjaśniłam, ile jest stopni w Polsce w zimie, dociera do niej. Nigdy nie pomyślała o tym, to abstrakcja. Natychmiast oświadcza, że jest bardzo szczęśliwa, że mieszka w Indonezji.
Jest bardzo zadowolona ze swojego życia.
Potem jedziemy na koncert jazzowy za darmo. Studenci zrobili bardzo dobre jam session. Nie słyszałam jeszcze jam session w Azji i sprawiło mi ogromną radość, że coś takiego się odbywa. Była i skrzypaczka, i saksofonista, pianista, basista, perkusista. Najbardziej utalentowani wydawali mi się śpiewak i skrzypaczka.
Pomiędzy numerami konferensjerzy zagadują widownię, dając muzykom czas na przygotowanie. Każdy obcokrajowiec, w tym ja, został wypytany skąd jest, jak ma na imię, co robi, jak mu się podoba i ile tu zostaje. Przypomniał mi się mem internetowy, którym dzieliły się jakiś czas temu koleżanki, które mają małe dzieci. Mem pokazywał kartkę, którą powinna nosić ze sobą każda nowo upieczona matka. Napisane było na niej mniej więcej to: „Tak, dobrze się czuję. Dziewczynka. Ma dwa miesiące. Karmię piersią. Tak, wiem, że to zdrowo”.
Ludzie uwielbiają zadawać pytania i zawsze te same. Ja powinnam napisać sobie kartkę: „Jestem z Polski. Polska jest zimniejsza niż Indonezja. Polska nie jest taka sama jak Indonezja. Jestem tu na trzy tygodnie. Bardzo mi się podoba Indonezja. Tak, jadłam miejscowe jedzenie. Tak, pyszne. Byłam w Dżakarcie, potem pojadę na Bali”.
Oprócz tego żart toczy się przez dłuższy czas wokół tego, że jest dzień noworoczny roku chińskiego, a nikt nie umie po chińsku. Próbują i się śmieją i składają sobie życzenia Gong xi fa cai. Jeśli reszta była podobnie śmieszna, to wiele nie straciłam.
Hue Nee stara mi się tłumaczyć mi żarty:
-Bo Holland Bakery to popularna piekarnia.
Aha. Pomogłoby mi to, jakbym zrozumiała cokolwiek poza „Holland Bakery”.
-Przepraszam. W innym języku może nie śmieszne.-mówi Hue Nee.
Obawiam się, że ogólnie nie bardzo śmieszne, bo widownia siedziała dosyć spokojnie, podczas gdy chłopaki dusili się ze śmiechu do mikrofonów.
Przynajmniej oni dobrze się bawili.
Hue Nee następnego dnia wstaje o piątej, nie modli się jednak, bo ma okres. Ja dostałam klucz i spałam do ósmej. Wyruszyłam zwiedzać stare miasto, które jest oddalone o jakieś dwa kilometry. Dzięki aplikacji mogę tam bezbłędnie dotrzeć i wrócić. Z jednej strony polegam za bardzo na technologii, a z drugiej, nie oszukujmy się, bez technologii jest mi trudno. Spotkałam tylko jedną osobę w życiu spoza mojej rodziny, która miała podobnie kiepską orientację w terenie, co ja. To był jeden z moich studentów. Jak szliśmy gdzieś razem, potrafiliśmy iść w złą stronę przez pół godziny, albo czekać na złym przystanku przez parę kwadransów.
No ale mimo to, zwiedziłam sporo krajów zanim odkryłam aplikację i GPS. Teraz problemem jest to, że nie mam dodatkowej baterii, bo mi ją wszak na lotnisku zabrali, i jak mi się rozładuje telefon, to nie wrócę do domu.
Wychodząc z domu, zabieram wielką torbę brudnych ubrań. Myślę, może na starym mieście zostawię. Tymczasem da się zostawić już zaraz koło domu, jest pralnia „Julia”. Kiedy wypisują kwitek i pytają, jak mam na imię, z dumą mówię, wymawiając po angielsku przez „dż”, że Julia. To napisali moje imię „Xulia”.
Dlaczego nie wiedzą, jak się wymawia nazwę ich pralni? Teraz przypominam sobie, że koleżanka z Indonezji mówiła mi, że oni mają imię „Yulia”, czytane jak po polsku.
Na razie idę przez stare miasto, które wygląda, jakby się delikatnie waliło. To nie jest majestatyczna krakowska starówka, ale przyjemne. A raczej byłoby przyjemnym miejscem do relaksu, gdyby nie riksiarze i sprzedawcy pamiątek, którzy spokoju nie dają. Zachowują się jak pijawki i od razu przepraszam za porównanie ludzi do pijawek, ale po Malezji takie porównanie nasuwa mi się samo. Czekają przy drodze bez ruchu, a jak się przechodzi koło nich, krzyczą, zaczepiają, gwiżdżą i zaganiają mnie ruchem dłoni, który być może tu jest normalny, ale dla mnie tak się zagania konie do zagrody. Niektórzy idą za mną i nie dają spokoju, gdzie idziesz? A po co? A rikszę? Tania jest riksza! I tak bez końca.
Czuję się obserwowana. Jak przysiadam zjeść sobie chrupki, patrzą się. Zakrztuszę się nimi, komentują: o, ostre! Haha! Skąd jesteś?
Jak skończę jeść chrupki, komentują, że mimo że ostre, to zjadłam i dobrze się czuję. Ale muszę napić się wody.
PRZESTAŃCIE SIĘ NA MNIE PATRZEĆ.
Jak wstanę po zjedzeniu chrupek, oni pokażą, zaprowadzą, podwiozą rikszą.
NIE.
Najpierw zwiedzam pałac sułtana.
Uwaga, jestem znów nieprzygotowana. W pałacu siadam sobie na stopniu i czytam i okazuje się, że sułtan nadal tu mieszka. Zaskoczyło mnie to. Jego służba przechadza się w sarongach.
Na dziedzińcu codziennie jest przedstawienie. Muzyka tradycyjna grana przez służbę jest jednak bardzo monotonna dla mojego ucha. Szkoda, że sułtan nie jest fanem jam session i nie zarządził obowiązkowego szkolenia gitarowego dla swoich pracowników.
Dowiem się później od Hue Nee, że oni zarabiają śmiesznie mało, po dziesięć tysięcy miesięcznie. Mają jednak zapewniony wikt i opierunek, a praca dla sułtana to ogromny zaszczyt. Tę pozycję dziedziczy się, nie można zostać zatrudnionym inaczej.
W pałacu zaczepia mnie jeden człowiek i pyta, czy nie chcę zobaczyć, jak się robi kukiełki na przedstawienie. No pewnie, chcę. To mnie prowadzi i kieruje się do wyjścia z pałacu. Staję i protestuję. Ten tłumaczy, że tutaj mieszka służba, tymi drzwiami mogę sobie później wrócić. Kręcę głową, mówię, że ktoś na mnie czeka i odchodzę. Później się oczywiście zabłąkam i ci sami ludzie zaczną mnie zaczepiać:
-Ej, co, szukasz swojego przyjaciela?
Oczywiście, wszyscy już wiedzą, kim jestem, obserwują mnie i wiedzą, jaką wymówką się wykręciłam. I ku mojemu zawstydzeniu widzą, jak wszędzie się gubię. Nie cierpię być obserwowana. Nie wiem, czy kiedykolwiek ci wszyscy nagabujący z Wietnamu, Tajlandii, Kambodży i Indonezji zrozumieją, że w świecie Zachodu obowiązuje jedna nienaruszalna świętość: sfera prywatności. To nie złośliwość, oni po prostu sfery prywatności w naszym rozumieniu nie mają i nie rozumieją, że jej naruszenie powoduje dyskomfort.
Potem ruszam do Taman Sari, ruin starego pałacu, w części odnowionego. Pytam się jakichś ludzi siedzących na ławce, w którą stronę. Natychmiast jeden pan wstaje, on zaprowadzi. Bardzo mu dziękuję, odmawiam. Pan mi tłumaczy, że on nie chce pieniędzy. On jest pracownikiem sułtana (tu wyciąga i daje mi do ręki legitymację), ma dzisiaj dzień wolny, to chce pokazać. Rzeczywiście, oprowadził mnie i rzeczywiście, nic nie chciał.
Jak widać, wszędzie są prawdziwie uczynni ludzie.
Najpierw idziemy przez ruiny, są bezpłatne. Pokazuje mi, jak zniszczyły pałac trzęsienia ziemi. Potem kierujemy się do płatnej części. Podchodzę kupić bilet. Kosztuje piętnaście tysięcy, podaję pani pięćdziesiąt i dostaję z powrotem dwadzieścia. No chyba trochę za mało, prawda? Mówię pani. Ta uśmiecha się, chwyta za głowę, przeprasza, pomyliła się. Dostaję jeszcze piętnaście. Coś mi się jednak wydaje, że pani sobie znalazła sposób na zarobienie na boku, czyli wykorzystywanie faktu, że obcokrajowcy nie orientują się w banknotach. Wydanie z pięćdziesięciu nie jest przecież czymś, co pani na kasie robi rzadko i wciąż się w tym gubi.
Chyba że ma taką orientację w pieniądzach, jak ja w terenie. Ale jak już wspominałam, mało ludzi ma.
Pan pokazuje mi pałac, baseny. Pokazuje mi, że w jednym kąpały się konkubiny czy też żony sułtana, a on się przyglądał z wieży. On miał swój prywatny basen. Poza tym oglądamy sypialnię, garderobę. Na dziedzińcu pokazał mi, jak inny pracownik robił kukiełkę. Bardzo misterna praca: pan rzeźbił dłutem w skórze bawoła. Potem pokazali mi, jak rzuca cień na ziemię. Potem sklep z malowidłami z batiku, które oczywiście sprzedawca chciał mi sprzedać za dwieście tysięcy, jak go wyśmiałam, spadło do siedemdziesięciu. Jak wytłumaczyłam, że naprawdę nie mam pieniędzy, rozpaczliwie pytał, czy nie mam karty kredytowej. Jak tłumaczyłam, że nie mam miejsca w plecaku, zwijał obrazek i pokazywał, że zajmuje mało miejsca. Nie ma jak się grzecznie wykręcić.
Ale pan, który mnie oprowadzał, nic nie chciał.
Po wyjściu przeprowadził mnie wąskimi uliczkami, gdzie stoją kolorowe domki pracowników sułtana. Prawie każdy ma klatkę ze śpiewającym ptaszkiem. Mówił, że po południu będzie konkurs śpiewu ptaków, będą ze sobą rywalizować. Natychmiast zaczęłam podejrzewać, że ptaki się w ten sposób męczą.
Tłumaczył mi, że każdy chce mieć tu takiego ptaszka, relaksują się ich śpiewem po pracy.
Pokazał mi też, który to jego dom, pokazał sklep, gdzie pracuje jego brat. Mówił, że rodzice też pracują dla sułtana i grają muzykę. Jak jego mama przejdzie na emeryturę, może też będzie grać, zastąpi ją.
Ładnie się mu ukłoniłam i się pożegnaliśmy.
Posiedziałam trochę w ruinach i popatrzyłam się na to, co według mnie jest współczesnymi ruinami miasta, a według Indonezyjczyków porządnymi domami.
I wróciłam do domu, była już druga. Hue Nee na mnie czekała i zawiozła mnie na lunch. Zjadłam tanią zupę z nudlami, a w niej dużo jajek. W Azji je się kilka jajek dziennie przynajmniej. Ktoś mi mówił, że różne rasy mają różne zapotrzebowanie na jajka, podobnie jak mają różną tolerancję na alkohol. Azjaci mają najwyższe zapotrzebowanie na jajka i najniższą tolerancję na alkohol. Współczuję weganom, którzy postanowią wybrać się do Azji.
Później Hue Nee musiała uczyć. Ubrana byłam w swoje spodenki gimnastyczne i poprosiła, żebym się przebrała. Jej nie przeszkadza, sąsiadom też nie, uczniom też nie, ale rodzice uczniów mogą się oburzyć. Kiedy wyjaśniłam, że wszystko jest w praniu, pożyczyła mi sarong.
Czekałam na nią w szkole. Internet i różne sprawy do załatwienia pochłonęły mnie tak, że nie zauważyłam, jak minęły te dwie godziny. Podczas tych dwóch godzin tylko raz zrobiłam z siebie idiotkę. Recepcjonistka powiedziała coś, co brzmiało jak moje imię i podsuwała komuś krzesło. Jako że wyrwała mnie z mojego świata, zrozumiałam, że podaje je mnie i chciałam usiąść. Okazało się, że rozmawiała z kimś zupełnie innym. Potem się z tego śmiałyśmy, że ona nie umie po angielsku, a ja po indonezyjsku. Zrozumiała, że to niemożliwe, żebym po pięciu dniach już rozumiała indonezyjski.
Po lekcji Hue Nee i jej uczniowie wylali się na korytarz. Żartowała z nimi i ich żartobliwie szturchała. Wydało mi się to niepokojąco ciekawe. Ja nie szturcham swoich uczniów. Ona tłumaczy, że jej uczniowie to przyjaciele.
Pojechałyśmy na Maliboro Road, czyli główną ulicę targową, gdzie sprzedaje się batik. Batik bowiem (i tu znów jestem nieprzygotowaną turystką) pochodzi z Indonezji. Całe życie pewna byłam, że z Indii. Mało tego, został wpisany na listę niematerialnego dziedzictwa ludzkości UNESCO.
Są to ubrania z pięknych, wzorzystych tkanin. Hue Nee zaprowadziła mnie do swojego ulubionego sklepu i oszalałam z radości. Warto zwiedzać z kimś miejscowym- nigdy nie weszłabym do tego sklepu, bo jest najdroższy. Tymczasem, w głębi jest wielka sterta tańszych ubrań, a wszystkie są znacznie lepszej jakości niż wszystko dostępne na Maliboro Road. Jak szalona przymierzam bluzki, nie udaje mi się znaleźć właściwej dla mnie, ale za to kupuję sobie sukienkę, w której będę zwiedzać następnego dnia i wiele innych dni do końca podróży.
Zjadłyśmy następną kolację. Zamawianie było trudne, chciała mi wytłumaczyć, czym są poszczególne dania i nie umiała po angielsku. Powiedziałam jej, że jej ufam, niech po prostu zamówi coś bez mięsa. To jadłyśmy pyszne ryby, z ryżem, rękami. Była też ostra pasta z pomidorów i warzywa z sosem tamaryndowym. Zdejmuje się buty i siedzi na ziemi na matach, przy niskich stolikach. Pochwaliła mnie, że tak ładnie jem, zjadłam wszystko do ostatniej odrobiny ryżu.
Wieczorem Hue Nee pokazuje mi kolekcję swoich ubrań z batiku. Chciałam jej zrobić zdjęcie z batikiem ze wzorem w Hello Kitty, na co zaczęła się chować w popłochu. W domu nie nosi chusty, zaraz szybko ją nałożyła i pozwoliła mi dopiero zrobić zdjęcie.
Następnego dnia chciałam jechać do świątyni Borobudur, więc wstałam razem z Hue Nee o piątej. Podwiozła mnie kawałek na przystanek. Dogadała się z miejscowymi, który autobus i że maksymalna cena to piętnaście tysięcy, nie płacić przypadkiem więcej. Powiedziała, że jak wrócę, żeby dać znać, ona po mnie przyjedzie. Odmówiłam, mówię, że blisko, naprawdę sobie podejdę, nie będę jej przecież zawracać głowy.
Potem tłumaczy mi, że autobus nie jest klimatyzowany. Poirytowałam się całkiem. Ja wiem, że jestem z Europy, ale nie oznacza to, że jestem milionerką i wymagam klimatyzowanego autobusu. Dam radę przemieszczać się tak, jak miejscowi.
Hue Nee, wytłumaczyła mi, że ona myśli nie w ten sposób. Oni, Indonezyjczycy, nie jechaliby tym autobusem, jeśli robiliby sobie wycieczkę do Borobudur. Tylko samochodem, a jakby nie mieli, to by wynajęli.
Nigdy, nigdy nie przyszłoby mi to do głowy. Ci wszyscy riksiarze też zamęczają, bo myślą swoimi kategoriami. Indonezyjczykom nie chce się chodzić nawet poniżej kilometra. Oni wynajmą rikszę. Europejczycy chodzą i miejscowi patrzą się nas jak na wariatów. Nie rozumieją, że można chodzić i nie jechać rikszą.
Wszystko to potwierdziło się, kiedy rozmawiałam już w Ningbo z koleżanką z Indonezji. Przez całe swoje życie nie jechała publicznym transportem w swoim kraju. Rodzice jej zakazali, przysłaliby po nią samochód z kierowcą, jeśli nie byłoby taksówek, ale na pewno nie wolno by jej było jechać autobusem. Nie mieści jej się w głowie, że turysta może chcieć jechać transportem publicznym. Według niej, sama jestem winna tym wszystkim nieprzyjemnym sytuacjom, które mnie spotkały w autobusach w Indonezji.
Wsiadłam do autobusu. Jest pan do zbierania opłat, podaję mu piętnaście. Ten nie, że ma być dwadzieścia. Podnoszę krzyk na cały autobus, pytam się, ile trzeba płacić. Jedna pani potwierdza, że dwadzieścia, to daję dwadzieścia.
Po mnie wsiada inna turystka. Płaci dwadzieścia pięć.
Dojechaliśmy po około dwóch godzinach. Na stacji pyta się mnie turystka, czy też do Borobudur, potwierdzam i oferuję, że nas zaprowadzę, bo mam fantastyczną aplikację. Idziemy, oczywiście chodzi za nami pan i nie chce słyszeć, że nie chcemy rikszy. Rozmawiamy sobie po angielsku. Mam myśl, że może jest z Polski, ale ją odganiam, bo zwykle umiem rozpoznać polski akcent.
No to okazuje się, że koleżanka jest z Polski.
Ma na imię Marta i mieszka w Indiach. Jest oburzona, że oszukuje się tu na transporcie publicznym. Jakim prawem cena dla miejscowego za autobus publiczny to piętnaście, a białego dwadzieścia pięć? Z jakiej przyczyny? Mówi, że w Indiach oszukuje się na potęgę, tak, ale tak jak wszędzie w Azji oszukują: taksówkarze, riksiarze, holelarze, owszem. Ale nie oszukuje się na transporcie publicznym i jedzeniu. Jak turysta chce gdzieś dojechać sam publicznym transportem, miejscowi pomogą.
No to jesteśmy oburzone.
Doszłyśmy do Borobudur. Bilet wstępu: trzydzieści tysięcy dla miejscowych. Dwieście osiemdziesiąt tysięcy dla obcokrajowców.
Usiadłyśmy z wrażenia.
Marta powiedziała, że to o trzydzieści złotych droższe, niż Taj Mahal.
Rzuciłam potokiem przekleństw na wszystkich, którzy są temu winni. I wszystkich, którzy mnie naciągają. Nie jestem bogata. Zarabiam tyle, ile nauczycielka w Indonezji.
No ale jestem biała.
Dylemat za to następujący: po co jechać do Yogyakarty, jeśli nie pojedzie się do Borobudur? Można sobie od razu kupić bilet lotniczy do Bali. A że Borobudur jest z klasy najlepszych zabytków w Indonezji, po co w ogóle jechać do Indonezji?
Nie wiem.
No to kupiłyśmy sobie bilety, ja łączony na Borobudur i Prambanan, za czterysta dwadzieścia tysięcy. Można za to kupić dwa domy.
Zwiedzamy. Ja bardzo dokładnie oglądam każdy relief, bo mnie to zawsze cieszy. Niemniej, wygląda to na taką mniejszą świątynię w Angkorze, której nie chciałoby mi się nawet zwiedzać. Marcie wygląda to na taką małą zapuszczoną świątynkę, do której może się iść pomodlić w Indiach za darmo.
Jesteśmy już obie zbyt rozpieszczone przez Azję, ale jakby ktoś przyleciał z Polski prosto do Indonezji, umierałby z zachwytu.
Mimo to dzwony na szczycie są piękne i oryginalne. Roztacza się stamtąd piękny widok na góry.
Indonezyjczycy są dziesięć razy bardziej natarczywi od Chińczyków, jeśli chodzi o robienie zdjęć z turystami. W Chinach się zdarza, w Indonezji chce takie zdjęcie każdy. Musiałyśmy odmawiać, bo nie byłybyśmy w stanie zobaczyć nic. Ja się zwykle lituję nad dziećmi. Mężczyznom odmawiam zwykle. Zwłaszcza, że nawet jeśli są w towarzystwie, chcą mieć zdjęcie sami ze mną. Oczywiście, bo będę później w opowieściach ich dziewczyną. Wszyscy jednak będą pokazywać to zdjęcie i opowiadać bajki, że spotkali obcokrajowca, rozmawiali, zaprzyjaźnili się.
Siedzimy sobie na szczycie świątyni i jemy banany. Pani nas szturcha od tyłu i pokazuje naprzód, patrzcie się w obiektyw, błysk! Zdjęcie zrobione. Bez pytania, zapowiedzi. Jak jemy banany.
-Bo my jesteśmy dla nich takimi małpkami.- skomentuje Marta.
Nic, rozdzielamy się po zwiedzaniu, Marta pojedzie gdzie indziej. Znalazłam autobus do Jogji, pytam ile. Dwadzieścia pięć. Mówię nie, to kierowca proponuje dwadzieścia. Dobra.
Siadam, jedziemy i pobierający opłatę mówi, że ma być dwadzieścia pięć. On o żadnym dwadzieścia nie słyszał.
Marta mówi, że chodzi o zazdrość. Miejscowi uważają, że biali nigdy nie chorują, nigdy nie są nieszczęśliwi, są bogaci, to mają moralny obowiązek dać się naciągnąć. Ja myślę, że tu chodzi o władzę. Bo taki pan, któremu się w życiu bardzo nie powiodło, ma przez tę chwilę władzę, żeby coś wymusić. Bo co ja zrobię, wyskoczę z biegnącego autobusu w las? W tym autobusie to on jest panem. Albo chodzi o kombinację dwóch rzeczy? O cokolwiek nie chodzi, moja koleżanka z Indonezji powiedziała, że sama jestem sobie winna, ona jeździ tylko taksówkami.
Na szczęście turyści Chińczycy też się kłócili, że miało być dwadzieścia i tyle zapłaciliśmy.
Po drodze zerwał się deszcz. Jest teraz w Indonezji pora deszczowa. Na razie się cieszę, bo to zupełnie poza sezonem, hotele są tańsze i wolne miejsca.
Autobus zatrzymał się na głównym dworcu autobusowym i nie pojedzie dalej, tam gdzie wsiadłam. Mogłabym napisać do Hue Nee, ale wolałam jednak sobie poradzić. Odkryłam miejscową wersję autobusów miejskich, podobna zasada jak w Dżakarcie: płaci się przy pierwszym wejściu, potem można się przesiadać ile się chce za darmo. Pracownicy są na każdym przystanku i dodatkowo w autobusie. Wykrzykują, gdzie można dojechać, jak zbliża się autobus. Ci w autobusie wykrzykują, jak autobus zbliża się do przystanku. Wszyscy są mili i wyjaśnią, jak gdzieś dojechać. Jest to oficjalna firma, dają rachunek za bilet, nikt nie oszukuje.
Spotkałam trójkę Polaków. Podobnie, jak w Malezji, sami Polacy. Ja się pytam, kto zrobił promocję na loty w tę część świata w lutym?
Panowie rozmawiają ze mną luźno, jeden ornitolog, jeden nauczyciel, jeden leśnik. Rozmawiamy o jedzeniu. Śmiali się, bo spotkali czwórkę Polaków- wegan. Powiedzieli, że jak zobaczę czwórkę głodnych ludzi snujących się po mieście, to na pewno oni. Nie dają rady nic zjeść, są załamani. To chyba lekka tortura być weganinem. Przy każdym posiłku trzeba się pytać, czy przypadkiem to jedzenie nie dotknęło w jakiś sposób jajka, czy nie dodano mleka, czy nie dodano miodu. To musi być straszne.
Potem rozmawiamy o mięsie i pan leśnik obalił moje poglądy na dziczyznę. Zawsze myślałam, że sarny trzeba odstrzelić, bo jest za mało wilków. A jak już się je w dobrej sprawie odstrzeli, można już by zjeść. Przewrócił na to oczami. Mówi, że to propaganda rozpuszczana przez myśliwych i bzdura. Po pierwsze, wilków jest coraz więcej, a po drugie, są inne metody selekcji naturalnej, na przykład głód w zimie. Sarny nam nie zagrażają.
No to znalazłam kolejną rzecz, której jestem przeciwna, niczym Phoebe z Przyjaciół.
Leje wciąż jak z cebra, idę do domu i jestem przemoczona. Zatrzymuję się w pralni, odebrać rzeczy sporo po ustalonym terminie. Pranie wciąż wisi, no rozumiem, powietrze jest wilgotne. Dziewczyna proponuje, że mi wszystko wyprasuje, macham ręką, nie trzeba. Ściąga i pakuje. Daję jej ustaloną kwotę, ta wydaje mi tysiąc, który mi się wcale nie należy. Pomyślałam, że to może za brak prasowania. I proszę, jak można być uczciwym.
Z Hue Nee nie chce nam się nigdzie iść. Leje. Zaprosiła nas jednak jej koleżanka do domu. Mówię, ja jestem zmęczona, ale ty idź, jeśli chcesz posiedzieć do późna. Nie, ponieważ koleżanka zaprosiła też mnie i zaprosiła specjalnie dla mnie jakichś obcokrajowców. Posiedzimy krótko. Ok.
Wcześniej poszłyśmy na kolację, mała miejscowa knajpa, dobre jedzenie. Całe szczęście, że jestem z kimś miejscowym. Zabiera mnie tam, gdzie sama jada, taniej, lepiej, nie męczą mnie. Przyjemnie.
Hue Nee tuż po jedzeniu rzuciła się bawić z dzieckiem właścicieli. Ja nie rozumiem, jak można tak bardzo lubić dzieci.
Hue Nee prosi mnie, abym pokazała jej zdjęcia z Borobudur. Ogląda i pokazuje, jak reliefy zbudowane są z różnych kamieni stopionych ze sobą. Tłumaczy, że potrzeba bardzo wysokiej temperatury, aby scalić ze sobą te substancje. Nie wiadomo, skąd budowniczy w ósmym wieku wzięli taką rozwiniętą technologię. Dlatego istnieje teoria, że Borobudur zbudowały dżiny.
Nie rozumiem bardzo długo. Okazuje się, że muzułmanie wierzą w istnienie dżinów. Pytam się, czy to anioły, ale nie. Są to inne istoty, my ich nie widzimy, ale żyją razem z nami w świecie.
Pojechałyśmy do jej koleżanki. Wchodzimy do pokoju. Goła podłoga, na niej dywanik. Cała rodzina siedzi na dywaniku. Z boku jakieś krzesła. Oprócz tego komputer i telewizor. To całe umeblowanie. Witam się, mówię im Assalam Alejkum, siadam na krześle, nie wiem, co dalej zrobić. Rodzina w składzie: pani gospodyni, jej mąż, ich dwuletni synek, siostra męża, jej może dwunastoletnia córka. Zapraszają, siadaj z nami na dywaniku, nie siedź tam sama. Gospodyni dosuwa jeszcze kołdrę, żebym miała więcej miejsca. Zapoznajemy się. Mąż i jego siostra mówią trochę po angielsku, ale tylko trochę. Po ustaleniu, kim jestem, co robię, że w Polsce jest zimniej niż w Indonezji, że Polska nie jest taka sama jak Indonezja, i że pada deszcz, nie mamy dużo więcej wspólnych tematów. Okazuje się, że siostra męża ma męża Szweda, mieszkają w Szwecji, przyjechali tu tylko na wakacje. Jej córka umie mówić tylko po szwedzku.
Poza problemami językowymi, scenka prawie jak z Polski. Siedzi sobie rodzina, rozmawiają, dzieci się nudzą. Pani położyła jedzenie na dywanie, jemy. Najpierw takie słodkie kulki, chyba z miodu, potem zwykłe w Indonezji prażone placki z ryżu. Jadłam już wiele razy, ale musiałam podziwiać, że są z ryżu i zachwalać. Jedliśmy owoce i tłumaczyli, co to za owoce. Bardzo się cieszyli, że mogą się podzielić czymś z gościem zza granicy.
Hue Nee z miłością w oczach bawi się z dzieckiem. Ja wzdycham. Dzieci są takie nudne.
Jak już miałyśmy iść, kiedy przyjechała młodsza siostra męża i jeden Szwed. Myślałam, że to mąż starszej siostry i ojciec dziewczynki, ale wyglądał trochę za młodo. Okazało się, że to mąż tej właśnie młodszej siostry. Obie mają mężów Szwedów. Młodsza siostra przyjechała w odwiedziny do starszej do Szwecji na parę tygodni, od razu go poznała. Miesiąc później przyjechał w odwiedziny do niej, do Indonezji. Potem ona już wyjechała na zawsze do Szwecji i się pobrali. Z nią porozmawiałam sobie bardzo miło, ładnie mówiła po angielsku. Była bardzo ciekawa, a polski to podobny język jak szwedzki? Bardziej podobny do rosyjskiego, tłumaczę, Szwed w tle kiwa głową, ona zafascynowana. Wygląda może na osiemnaście lat, a ma dwadzieścia siedem. Pracuje i też się uczy. Zaczęła rozmowę ze mną tradycyjnymi przeprosinami, że mówi źle po angielsku. Zakrywam uszy i tłumaczę, że słyszę to sto razy dziennie i fajnie byłoby usłyszeć coś innego dla odmiany. A ona mówi po angielsku zupełnie dobrze. W Azji chyba jest grzecznie pokazać swoją skromność i na samym początku przeprosić rozmówcę, że słabo mówi się po angielsku.
W domu rozmawiamy z Hue Nee. Nie dzieliłam się wcześniej na blogu moimi przemyśleniami związanymi z popularnością małżeństw w zestawie mężczyzna z Zachodu- kobieta z Azji. Przemyślenia te mogą się wielu bardzo nie spodobać. Też nie chcę, by ktoś odniósł wrażenie, że zdaję się mieć regułę na wszystkie małżeństwa, bo oczywiście, że nie mam. Mam tylko opis mody i skąd według mnie się bierze.
Moja dyskusja na ten temat z Hue Nee była jednak tak ciekawa, że muszę to zamieścić.
Chciałam przede wszystkim wyjaśnić jej, jak ja to widzę i spytać, czy ona, jako Azjatka, się ze mną zgadza, bo może się mylę. Okazało się, że nigdy się nad tym nie zastanawiała, ale podzieliła się swoimi przemyśleniami na temat indonezyjskich kandydatów na męża.
Z moich obserwacji wynika bardzo jasno, że my, kobiety Zachodu, jesteśmy wychowywane bardzo inaczej. Kształcimy się, jesteśmy świadome naszych praw, mamy własne zdanie. Mamy też doświadczenia z mężczyznami przed małżeństwem i owocuje to w pewności siebie i w wymaganiach wobec partnera. Chcemy, żeby partner szanował nasze zdanie, żeby nam pomagał. Nie dajemy się do niczego zmuszać. Krytycznie podchodzimy do nowo poznanych mężczyzn, ciężko nam zaimponować.
Kobiety są w Azji wychowywane inaczej. Dbają o dom, usługują mężowi, zgadzają się z mężem. Nie sprzeczają się. Nie wymagają. Podporządkowują się. Małżeństwo jest ważne. Mąż, dzieci, to wszystko jest tu wciąż treścią życia dla większości kobiet, porażka na tym tle to porażka życiowa. Wiele celowo nie kształci się ani nie zajmuje karierą, bo to zmniejsza ich szanse na zawarcie małżeństwa. Żona wszak powinna być mniej wykształcona od męża i mieć niższą pozycję.
W Chinach się to powoli zmienia, dziewczyny teraz coraz więcej chcą korzystać z życia, poprzez podróże, kształcenie się, poznawanie ludzi. Nie widzą swojej wartości tylko przez pryzmat małżeństwa. Niestety, wciąż dużo dziewczyn boi się nawet robić magistra po licencjacie, bo to wszak najlepszy czas, by znaleźć męża, i jak się go przegapi, będzie się dwudziestosześcioletnią starą panną! Odradza się też Chinkom robienie doktoratu, bo przecież nikt za mądrej kobiety nie będzie chciał.
Ale przede wszystkim, Azjatki podziwiają mężczyzn z Zachodu. Taki człowiek wydaje im się dwa razy przystojniejszy i inteligentniejszy, niż jej rodacy. I to szansa wyjechać za granicę.
My, kobiety Zachodu, zdobyłyśmy po latach walki swoją pozycję. Domagamy się podziału obowiązków w domu, pomocy w opiece nad dziećmi. Mamy swoje opinie, podejmujemy decyzje razem z partnerem. I nie podziwiamy mężczyzn z Zachodu, to dla nas zupełnie normalny człowiek.
Po co taki facet ma się żenić z kobietą z Zachodu? To nie ma dla niego najmniejszego sensu. Coraz więcej jest małżeństw Francuzów, Niemców, Norwegów z Azjatkami. I często jest tak, jak widziałam w tej rodzinie: jedna siostra znajduje męża za granicą, zaraz następnej się udaje.
Oczywiście nie chcę obrażać tych dziewczyn. Są często bardzo mądre i bardzo miłe. Są z biedniejszych krajów i na pewno chcą poprawić swój los. Też bym chciała i pewnie zrobiłabym to samo na ich miejscu. Przede wszystkim, dostają szansę na lepsze warunki życia, na dobrą pracę, ciekawe wykształcenie. Tak jak ta dziewczyna, wyjechała do Szwecji, może się uczyć, rozwijać, ma lepszą pracę, a jej mąż ma żonę, która mu się podoba. Wszyscy są szczęśliwi.
Oprócz kobiet z Zachodu mieszkających w Azji. Nie da się konkurować z Azjatkami. A co ciekawe, związki z Azjatkami kończą się małżeństwem, bo panowie zdają sobie sprawę, że inaczej nie da się kontynuować związku.
Hue Nee słucha, nigdy o tym tak nie myślała. Ona nie jest taka, mówi mi. Opowiada mi, jakie problemy ma jak dotąd ze znalezieniem męża. Przede wszystkim, dotychczasowym kandydatom mówiła, że ona wprawdzie będzie się sama zajmować gospodarstwem domowym i dziećmi, nie wymaga żadnej pomocy, ale czasem będzie mieć gorszy dzień i dom nie będzie wysprzątany na czas. Nie chce wtedy awantury, mąż powinien to zrozumieć. Też chciałaby, aby mąż czasem zajął się dziećmi i pozwolił jej gdzieś wyjść. Tak raz w tygodniu.
Wszyscy mówili jej, że taka żona jest za droga. Nie opłaca się.
Wymaga też, aby przyszły mąż zrobił test na HIV, jeśli wcześniej miał kontakty seksualne. Żaden się nie zgadza. Są oburzeni takim wymaganiem.
Chce też brać udział w podejmowanych decyzjach. Mówi, że wszystkie kobiety w Indonezji po prostu robią to, co mąż zadecyduje. Ona i Susie się na to nie zgadzają i dlatego są same.
Powtarzam: na jej miejscu spakowałabym się, wyjechała do starszej siostry mieszkającej za granicą i poszukała męża.
Tłumaczy mi, że takie traktowanie kobiet jest bardzo sprzeczne z prawami islamu. W islamie kobieta jest równa z mężczyzną, to jest bardzo wyraźnie napisane. Mamy też przykład z życia Proroka, który bardzo szanował swoje żony. Aby nie sprawiać im kłopotu, sam po sobie sprzątał, gotował, naprawiał swoje ubrania. Zawsze pyta się tych mężczyzn, dlaczego twierdzą, że są muzułmanami, a żyją w sprzeczności z prawami islamu.
Chyba nie chcą takiej żony, co zadaje im pytania. Zwłaszcza takiej, która czegoś wymaga.
Potem powiedziała mi, że w islamie jest nawet prawo, które mówi, że mężczyzna może zakończyć akt miłosny dopiero wtedy, kiedy żona osiągnie satysfakcję.
Pytam się ze trzy razy, czy to jest prawo i czy to właśnie jest zapisane w świętych księgach, a ona bardzo poważnie potwierdza, że tak jest napisane w biografiach Proroka. Zwijam się ze śmiechu. Już wiem, dlaczego mężczyźni w Europie tak się boją praw islamu.
(Dla ewentualnych trolli: to był żart.)
Jest taki odcinek Futuramy, kiedy światu znów grozi zagłada. Jeden mieszkaniec Ziemi zbudował na tę okazję homoseksualną arkę Noego. Kiedy reporter zapytał się, jaki ma sens ratowanie dwóch samców jednego gatunku, Noe- gej odparł: „Hej, dajcie mi spokój, są fragmenty Biblii, które mi się podobają, i te, które mi się nie podobają!!!”.
I tak właśnie każda religia wyraźnie zaznacza, że kobieta jest równa mężczyźnie, a wciąż dosłownie w każdej religii wielkie głowy potrafią udowodnić, że wcale nie i ignorować te właśnie fragmenty świętych ksiąg, które nie są im po myśli.
Potem chcę porównać Polskę i Indonezję i pytam się o edukację seksualną. Hue Nee mówi, że w islamie trzeba dzieci wyedukować wcześnie, bo seks związany jest z ablucjami przed modlitwami. Każda czynność seksualna oznacza, że należy ablucję powtórzyć i dzieci się uświadamia. Ona sama uczy biologii i wszystko tłumaczy. Mówi też, że mówi uczniom o wszystkich środkach antykoncepcyjnych i tłumaczy, że poza małżeństwem należy je stosować.
I najciekawsza dla mnie rzecz: mówi, że antykoncepcja w małżeństwie nie jest grzechem w islamie. Zdziwiła się, że w katolicyzmie jest. Przecież antykoncepcja jest ważna, tłumaczy. Czasem trzeba wyważyć, co jest mniejszym złem, a nie iść według sztywnych norm. Taki muzułmanin nie zrozumiałby zatem, o co chodzi katolikom w Polsce.
To sobie z nią ciekawie porozmawiałam. Życzę wszystkiego najlepszego, może wreszcie uda jej się znaleźć męża przestrzegającego praw islamu.
Następnego dnia idę do Prambanan. Dojeżdżam miejskim autobusem, z miłą obsługą, która mi wszystko wyjaśniła, a nawet napisała na karteczce.
Świątynie naprawdę piękne. Niestety, Angkor Wat niszczy postrzeganie piękna na parę lat przynajmniej. Ja jeszcze się nie otrząsnęłam. Imponujące Prambanan nie jest wcale imponujące. I pozostaje dylemat: czy cokolwiek innego zwiedzać w Azji? Bo przecież nie można skończyć podróżować po zobaczeniu Kambodży.
A tak naprawdę moje wątpliwości wywołuje szalenie wysoki bilet wstępu. Droższy nawet niż Angkor Wat. Jakby był tańszy, zwiedziłoby się.
W świątyniach muszę przede wszystkim zrobić sobie setkę selfie z miejscowymi. Odmawiam tylko, jak ktoś naruszy moją prywatność, na przykład ustawia się do zdjęcia ze mną bez mojej zgody, albo mnie chwyta I zatrzymuje. Jestem przecież osobą, a nie maskotką, którą można targać.
Co mnie zachwyciło, to reliefy ze zwierzątkami wokół świątyni. Są króliki, żurawie, sarenki, małpy. Na każdym w innej pozycji, zwłaszcza małpy. Na jednym jedzą, na innym są smutne, na innym rozprawiają i gestykulują, na innym się śmieją. Urocze.
Po świątyni jem curry z jackfruita na stoisku. Bardzo ciekawe, ale mała porcja. Po raz pierwszy spotkałam się z curry z owoców. Dowiem się potem, że w Azji smażony jackfruit jest tanim zastępstwem dla wieprzowiny.
Wracam i idę znów na Maliboro Road do sklepów. Wysyłam smsa Hue Nee, czy nie chce dołączyć. Pisze, że niestety, teraz się musi przygotować na lekcje, a potem będzie uczyć do szóstej. Właściwie to się ucieszyłam, bo mogłam sama poprzerzucać wielką górę kolorowych ubrań i trzy razy zanieść po dziesięć sztuk do przymierzalni i wszystko przymierzyć. To była wspaniała zabawa. Ja i kolorowe ubrania.
Przeszłam cały pasaż wzdłuż i wszerz i rzeczywiście, w tamtym sklepie są najlepsze ubrania za taką samą cenę. Sama bym do niego na pewno nie weszła, bo wygląda na drogi. A wystarczy poszperać w kupie na środku.
Kupiłam sobie też następne lody w chlebie. Cudowne przeróżne smaki: wybrałam awokado z kawą. Nigdy nie wpadłam na to połączenie.
W pokoju czekam na Hue Nee, pakuję się, słucham muzyki, odpoczywam. Umieram powoli z głodu, ale obiecałam poczekać na nią z kolacją. Przyjeżdża przed siódmą. Mówi, że jeszcze musi zadzwonić do kolegi. Dzwoni, a mi się przekręca powoli żołądek. Uśmiecham się dziarsko.
Zadzwoniła po rekomendacje na temat restauracji. Pyta, czy chcę jeść warzywa i ryż, mówię, że wspaniale. Poza tym jej ufam i na pewno nie zamówi mi mięsa. A wszystko bez mięsa jest dobre.
Poszłam do łazienki. Czuję, że coś chodzi mi po stopie. A to mój przyjaciel karaluch.
Wrzeszczę, wybiegam i mówię Hue Nee, co się stało. Studentki zbiegły się sprawdzić, co się dzieje. Nikt mnie nie rozumie przez chwilę i w przerażeniu się na mnie patrzą, myśląc, że dzieje się jakaś straszna krzywda. W końcu jedna z nich zrozumiała, przetłumaczyła i wszystkie wybuchły śmiechem. Biała kobieta, głupiego karalucha się boi!
Jedna z nich uczynnie idzie do łazienki i topi karalucha, polewając go z czerpaka. Problem z karaluchami jest taki, że one nigdy nie chcą umrzeć. Ktoś mi kiedyś powiedział, że jeśli odetniemy karaluchowi głowę, umrze z głodu. Od tego czasu się ich boję.
Dziewczęta sąsiadki robią wywiad, czy nie mam przypadkiem iphona 5, bo one by chciały pożyczyć ładowarkę. Jeśli nadal myślałam, że mam do czynienia z biednymi ludźmi, już mi przeszło w tej chwili. Azja. Ludzie śpią na ziemi, mebli nie ma, w łazience karaluchy i nie ma prysznica, ale iphone 5 jest.
Hue Nee umyła się i w końcu jedziemy. Dojeżdżamy do restauracji, zamawia. Czekamy. Przynoszą nam smażony ryż. Zaczynamy jeść.
Już jemy i czuję, że jest coś nie tak. Hue Nee mówi:
-To jest z kurczakiem, ale może być, prawda?
Chyba moja mina powiedziała jej, że nieprawda.
-A to wyjmij sobie i połóż na talerzu.
Jest mi przykro.
Przynoszą nowe danie, zupę.
-O popatrz się, tu masz warzywa.- Hue Nee uśmiecha się przemiło.
Warzywa. Z kawałkami mięsa. Utopione w rosole.
-Ale to jest mięso.
-Ale przecież zupa zawsze jest gotowana z mięsem.
-No to ja nie mogę jeść takiej zupy, prawda?
-Ale warzywa, warzywa!
-Jak byś się poczuła, jakbym ci dała ryż z wieprzowiną i kazała ci powybierać wieprzowinę, a potem dała ci zupę z wieprzowiną i kazała sobie zjeść warzywa?
Hue Nee nareszcie zrozumiała mój punkt widzenia. Trudno w kraju, gdzie większość ludzi ma te same przyzwyczajenia, wyobrazić sobie, co czuję. Przykład z wieprzowiną jej to wyjaśnił. Zaczyna przepraszać, jak litania: sorry sorry sorry sorry. Błagam ją, żeby przestała i jest mi bardzo przykro. Zauważyłam, że zwykle, kiedy ktoś zrobi coś względem mnie, czego nie powinien, jest mi bardzo przykro i wręcz przepraszam za to, że jestem zła.
Hue Nee zaniosła się takim żalem, że od razu było mi bardzo głupio. Tak bardzo mi pomaga, a ja nie chcę zjeść malutkich kawałków kurczaka. A z drugiej strony, to naprawdę nietrudne zamówić coś bez mięsa, jadłyśmy bez mięsa cały mój pobyt. Z tłumaczeń Hue Nee wynika, że uważa, że powinnam spróbować lokalnego jedzenia i to jest typowe jedzenie i jest pyszne. Pytałam, dlaczego nie mogłyśmy pojechać tam, gdzie byłyśmy wcześniej, mówi, że to już jadłam. No tak, trzeba przecież jeść „many delicious local food”, z naciskiem na many.
Mamy zupełnie inne kody zachowań. Hue Nee oszalała z żalu i nie przestaje przepraszać, a ja się czuję coraz bardziej winna i nie pozwalam jej nawet zamówić nowego jedzenia dla mnie. Poświęcę się i zjem. W rezultacie przebrałam trochę ryż, skubnęłam warzywa i jestem głodna.
Myślę, że w Polsce ta sytuacja zostałaby rozwiązana następująco: osoba zamawiająca nie zważałaby na moje protesty, że nie chcę sprawiać kłopotu, tylko zamówiłaby mi coś nowego, przeprosiła raz i sprawa zostałaby zapomniana. Tutaj Hue Nee bardzo się ucieszyła na moje grzeczne zapewnienie, że nie chcę nowego dania, ale za to nie przestaje przepraszać. Wysłuchuję litanii, która brzmi: soorry sorry sorry sorry sorry ja się skupiłam na tym, że ty chcesz jeść warzywa sorry sorry sorry sorry bo ja zapomniałam, że nie jesz mięsa sorry sorry sorry sorry popełniłam błąd sorry sorry sorry. Aż wybucham i wprost mówię, żeby przestała. Tłumaczę, że na Zachodzie mówimy więcej „dziękuję”, a w Azji „przepraszam”.
Chińczycy zwykle przepraszają tyle razy, że zaczyna mi się robić przykro. Przykładowo: zapraszam pięć osób na lunch. Jedna osoba mówi, że przeprasza, nie może. Nie kończy się na tym: usłyszę, jak bardzo mnie przeprasza, przynajmniej jeszcze trzy razy, aż robi mi się głupio i zastanawiam się, czy ta osoba myśli, że mam obsesję na jej punkcie i płakałam całą noc, bo nie przyszła na lunch. Następnym razem pomyślę dwa razy, zanim ją zaproszę, bo będzie znowu mnie przepraszać tydzień. A dla Chińczyków przeprosić sto razy jest grzecznie.
Podobnie dla Hue Nee. Przeprosiła mnie sto razy, aż nie zrobiłam jej wykładu o przepraszaniu. Zaczyna się śmiać. I w końcu rozumie, co mam na myśli i przestaje przepraszać.
Nauczka z tego jest taka: jeśli zdarzy się podobna sytuacja raz jeszcze, nie wmuszać w siebie mięsa. Zamówić sobie coś nowego, dać komuś naprawić błąd i nie rozmawiać o tym więcej. A przede wszystkim: najeść się.
Następnego dnia daję Hue Nee bransoletki hinduskie z Malezji. Bardzo jej się podobają i też chce mi coś dać. Tłumaczę, że dała mi gościnę. Przystała na to w końcu i dziękuje mi też, że tyloma informacjami się z nią podzieliłam i tyle dzięki mnie poznała.
Odwozi mnie na dworzec i się żegnamy. Napisałam jej smsa z pociągu, że jeszcze raz jej bardzo dziękuję i bardzo proszę, by nie mówiła już więcej przepraszam.

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

Indonezja. Dżakarta.

Nie wiem, jak to ująć. To jedna z tych rzeczy, które zbyt ciężko opisać, jeśli się samemu nie widziało na własne oczy. Nie wystarcza mi na to moich umiejętności pisarskich.
Może spróbuję tak:
Studiowałam w Sosnowcu. Jako że jestem z Podkarpacia, musiałam tam mieszkać w akademiku. Pocieszaliśmy się, że to doświadczenie nauczy nas doceniać w przyszłości każde miasto, w którym wylądujemy.
Teraz mogę powiedzieć tak: Sosnowiec jest pięknym, schludnie utrzymanym, bezpiecznym, czystym, zorganizowanym, ciekawym i ogólnie eleganckim miastem.
Kto twierdzi inaczej, nie był w Dżakarcie.
No, może Dżakarta jest ciekawsza niż Sosnowiec.
Nawet Lonely Planet delikatnie daje do zrozumienia, że to może nie jest zbyt przyjemne miasto. Jeśli LP już delikatnie coś daje do zrozumienia, musi być tragicznie źle. Jest to w istocie brzydkie, brudne miasto, źle utrzymane. Jest zaśmiecone, zanieczyszczone i zatłoczone. Nikogo nie obchodzą walące się rudery, buduje się zaraz przy nich biurowce i porządne budynki. Nie ma metra i jedyną drogą poruszania się po mieście są zakorkowane ulice.
Jak podkreślają mieszkańcy z dumą, metro będzie za niedługo, w roku 2017. Nie udało mi się załapać, to wyłącznie moja wina.
Poza tym LP określiła Dżakartę jako pełną życia i rozwijającą się. Ciekawe, ile autor czy autorka gryźli ołówek, zanim znaleźli pozytywny przymiotnik na to miasto.
Wylądowałam i udałam się z lekkim niepokojem do stanowiska kontroli imigracyjnej. Źródłem niepewności były zmienione niedawno przepisy. Otóż, znajomi rok wcześniej płacili trzydzieści pięć dolarów za wizę. W czerwcu natomiast zmieniły się przepisy i każdy ma prawo do bezpłatnego trzydziestodniowego pobytu.
Podaję paszport urzędnikowi, ten weryfikuje moją tożsamość, pyta się, w jakim celu przyjechałam.
-W celu turystycznym.
-Turystyka. Gdzie?
-Najpierw tutaj, w Dżakarcie, a potem na Bali.
-Co?
-Tutaj, w Dżakarcie, a potem na Bali.- powtarzam powoli.
Urzędnik wpatruje się we mnie, wyraźnie skonfundowany. Wreszcie mówi:
-Ja myślę, że tu jest Dżakarta.
To wspaniale, że pan tak myśli. Bardzo się cieszę, że choć kierowcy malezyjscy bez przerwy się gubią, przynajmniej piloci trafiają do celu.
Po wyjaśnieniu, że jesteśmy w Dżakarcie, dostałam pozwolenie na pobyt.
Z lotniska odebrał mnie couchsurfer o imieniu Rey. Był jednym z pierwszych, którzy bardzo chcieli się ze mną spotkać w Dżakarcie. Couchsurferzy byli tam tak pomocni, że w końcu musiałam usunąć ogłoszenie z prośbą o nocowanie i pomoc, gdyż dostawałam ich po dziesięć dziennie. Okaże się później, że to nie jest standard w społeczności courchsurferów. Dżakarta pod tym względem jest wspaniałym miastem, z bardzo gościnnymi mieszkańcami.
Kolega sam do mnie napisał, że wprawdzie nie może mnie nocować, ale pomoże mi po przylocie. Tłumaczyłam, że przyjadę po południu, nie będę miała wiele czasu i spędzimy tylko parę godzin w drodze do domu mojej gospodyni, ale nalegał, że mnie odbierze.
Dopytał się od razu, gdzie się zatrzymuję, na co przeczytałam mu wskazówki dojazdu transportem publicznym, które wysłała mi gospodyni. Pokiwał głową, że wie. Spytałam, gdzie idziemy, na co on, że na parking. Przyjechał samochodem.
Westchnęłam i wzruszyłam ramionami. Miejmy nadzieję, że nie jest mordercą. Ale jeśli ma się takie wątpliwości, lepiej nawet nie zaczynać przygody z couchsurfingiem. Podwożenie gości jest zupełnie na miejscu.
Rey, okazało się z długiej rozmowy, którą mieliśmy okazję przeprowadzić, jest indonezyjskim Chińczykiem. Dzielą się oni na dwie grupy: jedna pamięta, kiedy przodkowie przyjechali z Chin i skąd, mówią po chińsku i kultywują swoje zwyczaje, inni nie. On należy do drugiej grupy i nawet nie ma chińskiego imienia.
Z zamiłowania jest śpiewakiem i członkiem chóru. Zjeździł dzięki temu większą część Europy i Azji. Porozmawialiśmy o muzyce. Ponadto bardzo dużo mówiłam i mu opowiadałam różnych rzeczy. Po to ludzie biorą udział w couchsurfingu, żeby poznać, dowiedzieć się. Trzeba się wykazać w ten sposób, nawet jeśli się jest zmęczonym. A ja byłam bardzo zmęczona, ale dzielnie opowiadałam o Chinach, o Malezji i o czym tylko mogłam.
Rey pracuje natomiast w przemyśle turystycznym i zajmuje się wycieczkami. Opowiadał mi sporo o pracy, zwłaszcza, jak nie cierpi wycieczek z Indii i Sri Lanki. Z wielu powodów, opowiadał mi długie historie o niezliczonych problemach w pracy. Między innymi turyści z tych krajów są stresujący, ponieważ są wymagający i bardzo dokładni. Przed przyjazdem takiej wycieczki musi się nauczyć całego planu na pamięć co do minuty i informacji o wszystkim w najdrobniejszych szczegółach, bardzo się ich boi. Hindusi zawsze wszystko dokładnie sprawdzają i o wszystkim się dokładnie dowiadują. Zawsze zorientują się, jeśli jakiś drobny szczegół się nie zgadza i będą na to narzekać.
Uczy się po rosyjsku, bo jest dużo turystów z Rosji. Jeszcze się nimi nie zajmował, wciąż ćwiczy, ale nie chciał ze mną rozmawiać. Ale za to miał nawigację po rosyjsku, żeby ćwiczyć rozumienie ze słuchu. W środku Indonezji, w samochodzie z chińskim Indonezyjczykiem, słuchałam nawigacji w języku Bułchakowa. To jedna z tych rzeczy, która często się nie przydarza.
Od razu poinformował mnie, że wylądowałam w godzinę szczytu, o trzeciej. Stwierdził natomiast, że zobaczę dzięki temu prawdziwą Dżakartę.
Jeszcze nie wiedziałam, że powinnam się bać.
Spytał, gdzie chcę jechać, na co ja wzruszyłam ramionami. Niech on coś zaproponuje.
Był zdziwiony, bo wszyscy przyjeżdżają z gotową listą i wymaganiami, a ja spokojnie jestem otwarta na propozycje. Ale po to jest ktoś miejscowy, żeby coś zaproponował sam, nieprawdaż? Za bardzo się przyzwyczaił do hinduskich turystów.
Był też zdziwiony, że nie zachwycam się drogą z lotniska, wszyscy turyści już tutaj wydają z siebie okrzyki zachwytu, przyjechali do OBCEGO KRAJU! Odpowiedziałam spokojnie, że jestem w Azji czwarty rok, widziałam nie takie rzeczy jak droga na lotnisko.
Miałam małe wymagania, powiedziałam, że może byśmy coś zjedli i kupili mi kartę do telefonu, jakby moja pani gospodyni z couchsurfingu chciała się skontaktować. Pokiwał głową, powiedział, że zrobimy tylko małą pętlę, potem wrócimy tam, gdzie nocuję.
Utkwiliśmy w korku na trzy godziny. Podczas tego czasu nie przejechaliśmy więcej niż piętnaście kilometrów. Szybciej bym to przeszła.
Ciężko to opisać. Wielopasmowe drogi, zapchane, każdy samochód wjedzie w każdy dostępny centymetr miejsca, byle dopchać się do przodu. Głośno, bo wszyscy trąbią, łamią zasady ruchu drogowego.
Pośród tych samochodów mnóstwo skuterów i motocykli. Najpopularniejszą taksówką w Indonezji jest gojek, czyli taksówka- motocykl. Takiemu najłatwiej pokonać korek. Zamawia się ich przez aplikację na komórce, tak jak taksówkę w Chinach.
Ta dwunastomilionowa metropolia jest jednym wielkim korkiem.
Ponadto, większość Dżakarty wali się. Większość to stare domy, z dziurawym dachem, brudne, zaniedbane, prowizoryczne, załatane. Pytałam Reya, dlaczego te domy stoją obok porządnych budynków. Powiedział, że czasem ziemia należy do rządu, a ludzie pobudowali sobie domy i otworzyli sklepy, część tu mieszka. Rząd mógłby wszystko zburzyć, ale dają mu łapówki. W ogóle w Indonezji wszystkim trzeba dawać łapówki i wszyscy urzędnicy są skorumpowani.
Przejechaliśmy też przez dzielnicę, gdzie mieszkają ambasadorzy, to wyglądało lepiej. Ale też, obok pięknej willi może stać walący się dom, nikomu to nie przeszkadza. Jeden właściciel dba o dom, drugi nie, co w tym dziwnego? Nikogo nie obchodzi nic poza własnym podwórkiem.
Ulice przecinają kanały, na powierzchni są śmieci i skorupa brudu. W klimatyzowanym samochodzie nie odczułam tego, ale w następnych dniach przekonam się, że Dżakarta po prostu śmierdzi.
Po trzech godzinach dojechaliśmy do centrum firmy telekomunikacyjnej, gdzie kupiłam kartę. Moja gospodyni przesłała mi wiadomość, że miały być oprócz mnie dwie pary, jedna z Ukrainy, jedna z Finlandii. Obie nie przyjechały i nie dały jej znać. Przepadli jak kamień w wodę. Zostałam tylko ja i czeka na mnie w domu. Chciała sprawdzić, czy przyjadę.
Ludzie potrafią być straszliwie nieprzyjemni. Czytam profile gospodarzy couchsurfingowych i oczom nie wierzę, jakich oczywistych rzeczy się domagają. „Jeśli chcecie odwołać wizytę, dajcie mi znać”. „Nie będę wam robić prania ani po was sprzątać”. „Dajcie mi spać w nocy”.
A to nie oczywiste? Trzeba o to prosić?
Było już coraz później, powoli więdłam ze zmęczenia. Rey obwoził mnie po centrum i pokazał mi podświetlone budynki. Twierdził, że na kopułę Monumentu Narodowego zużyto pięćdziesiąt kilogramów złota, a zużyto tylko trzydzieści pięć. Tak to można ufać przewodnikom.
Właśnie zorientowałam się, że zamieniłam się po drodze w dokładnego hinduskiego turystę.
Na szczęście rosyjska nawigacja podpowiedziała, gdzie obecnie nie ma korków i wróciliśmy szybciej. Powoli zaczynał boleć mnie każdy mięsień.
Rey spytał, czy nadal chcę coś zjeść. A ja osiągnęłam ten stan zmęczenia, który wygrywa z głodem. Powiedziałam, że wejścia do bloku powinno być 7-eleven (jak napisała moja gospodyni w wyjątkowo dokładnych wskazówkach) i tam coś kupię, bardzo przepraszam. Wybaczył mi.
Odstawił mnie pod domem mojej gospodyni i pożegnał się, dziękując mi za miłe popołudnie. Tak. Zmarnował przeze mnie pół dnia i podziękował mi za to.
W 7-eleven kupiłam kolację: tuńczyka zawiniętego w ryż, taką azjatycką kanapkę. Chyba już jestem Azjatą, bo doszłam do wniosku, że jak będzie ryż, to będzie wartościowy posiłek. Do tego wodę, chleb i drogawą nutellę, jako że do chleba mieli do wyboru drogie masło orzechowe, drogi dżem i drogą nutellę. Chyba jednak nie jestem do końca Azjatą, bo uparcie muszę mieć kanapki na śniadanie.
Weszłam do lobby budynku, gdzie siedziała cała chmara ludzi. Okazało się, że tylko w lobby jest Internet. Wyczerpana do granic możliwości, rzuciłam oba plecaki na ziemię i usiadłam. Musiałam wyglądać jak siedem nieszczęść i nie czułam się ozdobą eleganckiego lobby. Na szczęście wszyscy byli zapatrzeni w ekrany swoich telefonów i nie zauważyliby, jeśli ktoś by się tam rozebrał do naga, co dopiero zwracać uwagę na brudnego i rozczochranego turystę. Napisałam do pani gospodyni i do mnie zeszła.
Moja pani gospodyni, Susie, jest nauczycielką biologii. Jest bardzo miła. Porozmawiałam z nią chwilę, ale chciała już iść spać. Przy wejściu trzeba było zdjąć buty, o czym wspomniała na swoim profilu. W Indonezji nie wolno mieć na nogach nawet klapek w domu, to bardzo niegrzeczne. Jej mieszkanie jest bardzo skromne, ale potem okazało się, że jak na warunki Dżakarty luksusowe. Wchodzi się wprost do kuchni, jest miniaturowy balkonik i łazienka. W łazience tylko toaleta i słuchawka prysznicowa z zimną wodą. Dwa małe pokoje, w jednym klimatyzacja i okno, w drugim nie ma ani jednego, ani drugiego i tam się udałam, choć Susie proponowała lepszy pokój. Wszystko utrzymane w nienagannej czystości i w nienagannym porządku. Pokładane w pudełkach, pochowane, zorganizowane. Ze smutkiem pomyślałam o moim mieszkaniu w Ningbo, trzy razy większym, gdzie rozrzucam wszędzie rzeczy i panuje ogromny chaos.
Nad lodówką wisiała Matka Boska, a w sypialni krzyż. Susie jest katoliczką.
Przez pójściem spać Susie napisała mi odręcznie kartkę z bardzo dokładnym opisem, co mogę robić następnego dnia i jak tam dojechać. To było takie miłe. I jest taka gościnna, że w tym mieszkaniu chciała gościć jeszcze cztery osoby.
Zjadłam moją azjatycką kanapkę, popiłam wodą, umyłam się i położyłam na łóżku.
Przespałam Susie wstaje o czwartej, by być w pracy na ósmą. Nie udało jej się mnie obudzić. Wstałam o dziewiątej, zjadłam śniadanie i położyłam się z powrotem spać. Dopiero o dziesiątej znalazłam w sobie siłę, by odpowiedzieć innej couchsurferce, która chciała się spotkać. Dopiero sporo po jedenastej dałam radę wyjść z domu.
Na komórce Susie wysłała mi kolejne porady z pracy. Poszłam do centrum handlowego wymienić pieniądze. W Azji jest to bardzo popularne, że centra handlowe są łączone z mieszkaniami i często jeszcze z biurami. Takie minimiasta, z których nie trzeba nigdy wychodzić.
Była dwunasta, a kantor nieczynny. Pani w sklepie obok powiedziała, że może otworzą o pierwszej, może o pierwszej trzydzieści. Azjatyckie może.
No nic, poszłam coś zjeść.
Kantor na szczęście otworzono „na czas”, czyli na czas pani ze sklepu obok. Pogadałam sobie z chłopakiem z kolejki. Mówi, że też mieszka w Chinach. Był pod wrażeniem, że udaje mi się couchsurfing, jemu w ogóle nie wyszło, kiedy założył konto. No tak, dziewczyny mają inaczej, skomentował.
Kiedy już miałam pieniądze, pozostawało tylko kupić bilet na pociąg do następnej miejscowości, Yogyakarty. W międzyczasie umawiam się z inną couchsurferką na dalsze popołudnie, bo mówi, że potrzebuje przynajmniej dwóch godzin na dojazd.
Susie wysłała mi bardzo dokładne wskazówki, gdzie kupić bilet. Ma być biuro koło basenu. Postanowiłam się po prostu spytać się na recepcji, jako że nie wiedziałam przecież, gdzie jest basen.
Tłumaczę, prostą angielszczyzną, że biuro, gdzie bilet kupić na pociąg, że koło basenu. Potem pytam tylko o basen, trzy osoby patrzą się na mnie jak na mordercę, że im taką straszną rzecz robię, jak mówienie po angielsku. Basen nie, mówią. Nie ma basenu? Nie. A bilet kupić? To zaczynają szukać biletu po szufladach, w końcu z triumfem wyjmują klucz do mieszkania, który zostawiłam dla Susie wcześniej. Nie chcę klucza, chcę bilet. Nie, mówią. Ale szukają dalej. Nie ma tu biletu, kupić bilet, kupić bilet GDZIE? Nie, nie można kupić biletu.
Nauczycielska cierpliwość sięga dna. W końcu podchodzi pan z grona tych spijających z kielicha internetu w lobby i pyta się, w czym problem. Mówię. Aha, to on zaprowadzi. Recepcjonistki przeżywają właśnie ulgę życia, chichoczą jak wariatki.
Z powodu chińskiego nowego roku bilety były tylko na szalone godziny, na przykład wyjazd o trzeciej w nocy. Chciałam zobaczyć rozkład, nie da się zobaczyć rozkładu. A dlaczego? Bo nie wydrukują. Wściekłam się, to nie można się popatrzeć na ekran?! Pan porozumiał się ze sprzedawcą, w końcu okazało się, że da się. Musiałam kupić bilet na dzień później i na najlepszą klasę.
W międzyczasie rozmawiam z panem. Jest Chińczykiem z Singapuru, ale wiele lat mieszka w Indonezji. Ucieszył się, że mówię po chińsku i to bardzo imponująco wygląda, bo jestem „bule”. Kolejne słowo na białego turystę do kolekcji. Jestem bule, tłumaczył, bo mam białą skórę, jasne oczy i złote włosy. Zaprotestowałam, że ciemnobrązowe przecież. Nie ma różnicy, według ludzi tutaj wyglądają na złote.
Oczywiście. I oczywiście cały zestaw oczekiwań, jak powinien się zachowywać obcokrajowiec. Na pewno nie mówić po chińsku.
Pan pyta się, jak dojadę na stację, mówię, że nie wiem. Zaoferował, że mnie podwiezie, dał numer. I pożegnał się.
Poszłam na spotkanie z couchsurferką Natalią. Zaproponowała, że pojedzie na przystanek blisko mojego miejsca pobytu. Ja muszę dojechać tam angkotem, czyli indonezyjską wersją filipińskiego jeepny i tajskiego tuk tuka, samochód z dwoma ławkami wzdłuż boków, zatrzymujący się na żądanie. Pytam się w 7-eleven, gdzie tu się łapie angkot. Dziewczyna nie rozumie, pokazuję napisane. A, angkot!- powtarza, z bardziej okrągłym „o”. Tylko to mówiłam źle.
Angkot było zupełnie łatwo złapać. Są czerwone w Dżakarcie, kierowca przy wsiadaniu zapewnił, że jedzie tam, gdzie potrzebuję dojechać. Zapłaciłam tę samą cenę, którą płacą miejscowi. Wysiadam, podchodzę na przystanek, gdzie ma przyjechać Natalia. Ładuję kartę magnetyczną, którą dała mi Susie. I czekam.
Zaczepiają mnie pracownicy. Skąd jestem, gdzie chcę iść, dlaczego tu siedzę, ile już jestem w Indonezji, jak mi się podoba Indonezja. Uczę się, jak jest Polska: Polandia. Oczywiście, pada pytanie, czy mam chłopaka. Pada odpowiedź, której nauczyłam się przez lata podróży: tak, Indonezyjczyka. Jakby był z Zachodu, mogliby się nie przejąć. Przecież ludzie na Zachodzie są „otwarci”, takiemu z Zachodu by pewnie nie przeszkadzało, jakbym miała jednego chłopaka czy dwóch z przystanku w Dżakarcie.
Mimo to jeden koniecznie chce ze mną zdjęcie. No spoko. Obejmuje mnie za ramię i się przysuwa. Nie nie nie nie! Nie będzie udawania, że jestem jego dziewczyną. To się odsuwam. To on się przysuwa. To się odsuwam. Nie wiem, w którym momencie zostało zrobione zdjęcie. Najprawdopodobniej uda mu się udowodnić, że spotkał swoją nową dziewczynę Polkę na przystanku.
Oprócz tego niech żyje Internet w komórce, bo napisałam do wszystkich, do których miałam napisać i zajęło mi to jakąś godzinę. W międzyczasie podeszła się zaprzyjaźnić pani w średnim wieku, która uczy dzieci angielskiego. Jej angielski nie był zbyt dobry, co dodatkowo powiedziała mi, zawstydzona. Przekonywałam ją, że bardzo dobry. Wytłumaczyłam jej, że nie znoszę uczyć dzieci, to pytała się, czy mam dzieci. Tłumaczyła mi, że muszę polubić dzieci, bo muszę mieć dzieci potem. Ja jej tłumaczyłam, że mieć dzieci, a uczyć obce dzieci to dwie różne rzeczy.
A Natalii wciąż jak nie było, to nie było. Twierdziła, że utknęła w korku. To czytałam LP o Indonezji. I dalej jej nie było. W końcu nawet przestała odpowiadać. To poszłam do centrum handlowego obok. Indonezja ma ogromną ilość centrów handlowych.
Jak już tam poszłam, napisała mi wiadomość, że przyjechała.
Czekałam na nią trzy godziny. Trzy godziny.
Była już piąta i powiedziałam jej, że skoro tak długo jechała i skoro są takie korki, nie ma sensu ruszać się nigdzie. Poszłyśmy coś zjeść na food court.
Jak się okazało, food court miał całe stoisko wegetariańskie, z tradycyjnym jedzeniem indonezyjskim. Mięso było zastąpione czymś mięsopodobnym. Zwykle takie potrawy śmieszą mnie do łez. Pełno tego w menu restauracji wegetariańskich i wśród wegetariańskich przepisów. Udawane kotlety, udawane kiełbasy, udawane ryby. Dumą kucharza czy autora przepisu jest to, że nie czuć różnicy. Ale jeśli ktoś tak lubi smalec, kiełbasy czy ryby, dlaczego zostaje wegetarianinem? Do łez rozbawił mnie kiedyś przepis na imitację ryby, „selerybę”. Naprawdę. Komuś chce się spędzać godziny w kuchni, aby przemienić selera w rybę.
Jednakże, w niektórych przypadkach jest to uzasadnione. Na przykład, jak wypada zjeść rybę na Wigilię, a ktoś nie je ryby, to przyrządzi selerybę.
Albo jak ktoś podróżuje i chce spróbować smaków miejscowych, a nie je mięsa.
Natalia okazała się być warta czekania. Porozmawiałyśmy o naszych podróżach, o sytuacji życiowej. Zrezygnowała właśnie z pracy i chciałaby uczyć dzieci w przedszkolu, ale twierdzi, że jej się nie uda. Studiowała inną dziedzinę psychologii niż psychologię edukacyjną, a ponadto pracodawcy wolą nauczycielki z Singapuru czy Malezji, bo lepiej mówią po angielsku.
Jak pracowała w poprzedniej firmie, wstawała codziennie o trzeciej rano, wychodziła z domu, wsiadała do autobusu, od razu zasypiała. Docierała do pracy na ósmą. Po pracy podróż do domu zabierała jej też około trzech i pół godziny, była w domu na dziesiątą.
To tak jakby ktoś jeszcze narzekał na swój dojazd.
Oprócz dojazdów, w Dżakarcie złe są mieszkania. Jak się zdziwiłam, powiedziała, że tam gdzie ja mieszkam, są fantastyczne. Rzeczywiście, było to najlepsze mieszkanie, jakie widziałam w Indonezji.
Poopowiadała, jak podróżuje za małe pieniądze. Tym właściwie mnie ujęła, bo napisała mi, że mi może pomóc podróżować za małe pieniądze w Indonezji.
Raz podróżowała z kuchenką i podłączyła ją do prądu w KL na stacji KL Sentral. Ludzie się na nią patrzyli, ale nic nie zrobili. Na pewno myśleli, że jestem z Indonezji- powiedziała.
Podoba mi się ten pomysł. Brzmi niemądrze, ale jeśli ktoś podróżuje odpowiednio długo, zaczyna w końcu tęsknić za gotowanym samodzielnie jedzeniem. Podczas każdego wyjazdu wchłaniam na pewno ogromną ilość tłuszczu i cukru, nie wspominając już o przygodach z „wegetariańskimi” zupami z kawałkami mięsa. Przed kolejnymi wakacjami poważnie rozważę spakowanie kuchenki.
Potem chodziłyśmy po centrum handlowym. Był więcej niż jeden zespół śpiewający na żywo i to nieźle. Tak jak na Filipinach.
A największą moją radością było znalezienie specjalności singpurskiej, czyli lodów w chlebie. W tamtym roku o nich nie wiedziałam i nie kupiłam sobie lodów w chlebie w Singapurze. Kiedy Iga o tym opowiadała, zrobiło mi się niemożliwie przykro. A tu proszę, w Dżakarcie też mają. Kupiłam takie o smaku zielonej herbaty z chrupkami cytrynowymi i zjadłam z chlebem.
Natalia przeżywała strasznie, że nie chcę setki zdjęć, tak zwykli chcieć Azjaci. Byłam tak szczęśliwa, że jem lody z chlebem, że uległam i pozwoliłam sobie zrobić zdjęcie.
To zrobiła mi pięć.
Azjaci przynajmniej znaleźli dobre zastosowanie swojego obrzydliwego słodkiego chleba. Pasuje przynajmniej do lodów.
Bardzo ciekawie nam się rozmawiało i pożegnałyśmy się koło ósmej.
Kiedy wróciłam do bloku Susie, napisałam jej wiadomość, kiedy mogę iść na górę, bo jeszcze bym chciała korzystać z internetu. Powiedziała że pomiędzy dziewiątą a dziesiątą.
Wysłałam prośby do ludzi o nocowanie na Bali.
Koleżanka z Indonezji, która mieszka w Ningbo, też była w Dżakarcie. Napisała, że może pójdą teraz na stare miasto, czy nie chcę dołączyć.
Jasne, że chcę. Ile to, trzy godziny w jedną stronę? Już biegnę.
Pomimo że byłyśmy w Dżakarcie w tym samym czasie przez parę ładnych dni, nie mogłyśmy się spotkać.
Kiedy poszłam na górę, Susie już spała.

Następnego dnia obudziła się dziko wcześnie, a ja o siódmej. Zrobiła smutną minę, że już jestem umówiona z Natalią, zatem szybko dodałam, żeby ona też przyszła.
Jak zobaczyła, że jem chleb, powiedziała, że miała gościa z Iranu i zostawił jej coś do chleba. „Coś” okazało się być chałwą. Zdziwiłam się mocno i powiedziałam jej, że może i w Iranie jedzą to z chlebem, nie wiem, ale ja pierwsze słyszę o takim połączeniu. Rozkroiłam i spróbowałyśmy chałwy. Przyznała, że to nie pasuje do chleba.
Ciekawe, czy zjadła resztę. To była dobra chałwa.
Poczęstowała mnie owocami, miała ich pełną lodówkę. Po raz pierwszy w życiu widziałam na oczy wiele z nich. Spróbowałam owocu- gwiazdy. Owoc w kształcie gwiazdy, słowo daję. Wężowy owoc to indonezyjski odpowiednik jabłka, można go kupić na każdym straganie tanio. Ma skórkę przypominającą skórę węża. Po raz pierwszy widziałam i jadłam mangostynę, którą tylko znałam z nazwy.
Przy śniadaniu plotkowałyśmy dużo, najwięcej o bardzo dziwnym coachsurferze z Niemiec, Benie. Opowiadała mi dużo o perypetiach z nim i jego szaloną dziewczyną. Najbardziej było jej wstyd, jak poleciła go do hostelu na wyspie Lombok. Jest to hostel- uwaga- za darmo. Starsze małżeństwo zbudowało wielki dom, a dzieci się wyprowadziły. No to prowadzą hostel za darmo. Kolega Niemiec przybył tam ze swoją dziewczyną Indonezyjką i zażądał prywatnego pokoju. Właściciele na to, że nie ma, tylko wspólne, a poza tym nie zgadzają się, aby para bez ślubu spała razem w ich domu. Takie mają poglądy.
Zrobił awanturę, że co to za obsługa.
No obsługa za darmo.
Właściciele polecili mu, żeby pojechał na kemping. Tam można spać w namiocie razem z dziewczyną, tyle że za wynajem namiotu i sprzętu, być może za wycieczkę też, już trzeba zapłacić.
Ben się obraził. Bo oni prowadzą biznes i zarabiają na nas pieniądze. Zorientowałem się! Taki sprytny jestem!
Powtarzam. Hotel. Za darmo.
Zastanawiałam się, czy wolno im być razem, skoro dziewczyna jest Indonezyjką. Przecież muzułmankom wolno mieć związki tylko z muzułmanami. Okazało się, że jest chrześcijanką, ale Susie tłumaczyła, że muzułmanie zwykle wymagają, żeby przyszły zięć nawrócił się na islam. Wiadomo, że to nawrócenie jest na niby, ale są z niego bardzo dumni, to powód do chwały. Nawet gwiazdy telewizji chwalą się, jeśli nawróciły kogoś na islam.
Kolejną kwestią było mycie się. Indonezyjczycy myją się bez przerwy, przynajmniej po dwa razy dziennie, ale zwykle więcej, trzy razy. To tak jakby ktoś jeszcze narzekał na „brudnych” muzułmanów. Susie oświadczyła, że jest tolerancyjna i wie, że jej goście myją się tylko raz. Mimo to zaczęłam w Indonezji myć się po miejscowemu, co chwilę.
Przygotowałyśmy się szybko i wyszłyśmy.
Najpierw angkotem na przystanek. Do angkotów i z angkotów wychodzę prawie na czworakach, taki mają niski sufit.
Autobusem do centrum. Jak tylko weszłam do autobusu, aż zabolał mnie następny oddech, tak mocno nastawiona była klimatyzacja. Susie wyjaśniła, że to jest nowy autobus. W Indonezji nikt niczego nie konserwuje i za jakiś czas w autobusie będzie ciepło.
Autobus jest podzielony na część dla panów i dla pań. Panie z przodu, panowie z tyłu. Kobietom wolno być w części dla mężczyzn, ale nie odwrotnie. Dzieje się tak, bo były z początku przypadki molestowania seksualnego w autobusie. Jest nawet znak, nie molestować, czyli przekreślony pan podnoszący pani spódnicę.
W autobusie pytałam Susie, jak tu się traktuje chrześcijan, czy jest dyskryminacja. Mówiła, że owszem, jest. Nie podoba się muzułmanom na przykład, kiedy chcą budować nowy kościół. Protestują, awanturują się. Roześmiałam się i wytłumaczyłam, że my robimy to samo muzułmanom w Polsce. Starałam się opisać sytuacje polityczną kraju, kładąc nacisk na to, że katolicy potrafią być tak nietolerancyjni i agresywni, jak ci właśnie muzułmanie. Zwykle moje opowieści o współczesnej Polsce wywołują przestrach lub współczucie. Nie u Susie.
-A ci katolicy mordują?
-Nie.- przyznałam.
-No to w czym problem?
W Indonezji nie tak dawno muzułmanie i chrześcijanie mordowali się nawzajem. Trzy tygodnie wcześniej był zamach terrorystyczny. Indonezyjskie plemiona nie tak dawno dokonywały ludobójstw na tle etnicznym. Ludzie w rządzie, którzy coś tam sobie mówią, nie robią na Susie wrażenia.
Cudem byłyśmy trochę wcześniej i mogłyśmy zajrzeć do katedry i zwiedzić meczet. Katedra była bardzo ładna i odbywał się ślub. Weszłyśmy i cicho słuchałyśmy sobie. Pięknie śpiewali i nie chciałam iść zwiedzać dalej. Niestety, zaraz zaczęli się modlić.
To tylko możliwe w Azji- meczet po drugiej stronie ulicy. U nas wybuchłaby wojna domowa.
Meczet Istiqlal, czyli Meczet Niepodległość, to trzeci największy meczet świata, naprawdę ogromny. Wyłożony włoskim marmurem i z poręczami ze stali japońskiej. U wejścia zdejmuje się buty.
Oprowadza pan przewodnik. Należy założyć kimono. Wcześniej kłóciłam się z Susie, że nie każą nam założyć kimona, tylko abaayę. Okazało się, że nie miałam racji, bo rzeczona szata nie miała kaptura i miałyśmy odkryte głowy. Ok, kimono, niech będzie.
Przewodnik wyłożył mi po angielsku wyuczony tekst. Weszliśmy do sali modlitw, ogromnej. Może zmieścić się w niej ponad sto tysięcy wiernych. Pełen jest zwykle w czasie Ramadanu, teraz gdzieniegdzie siedzieli wierni grupkami, dzieci biegały wokoło. Meczet zbudowany został na okazję niepodległości Indonezji.
Przechodziliśmy przez wielkie dziedzińce, korytarze, klasy, w niektórych lekcja była w toku. Przewodnik tłumaczył ile wszystko ma metrów. Zapamiętałam tylko tyle, że minaret ma wysokość w metrach taką samą, jak ilość wersetów z Koranu.
Przy okazji uświadomiłam sobie, że nikt już nie wspina się na minarety. Zawsze wyobrażałam sobie, że modlitwy są wyśpiewywane ze szczytów minaretów i może rzeczywiście były przed wynalezieniem kabli i głośników. Kto teraz potrzebuje się wspinać po schodach? To chyba trębacze z Kościoła Mariackiego, którzy codziennie wspinają się na wieżę, wpłynęli tak na moją wyobraźnię.
Po zwiedzaniu pan poprosił o datek, ale zaznaczył, że jest dobrowolny. Jak chciałam dać do skrzynki na donacje, zostałam powstrzymana. Panu dać.
Datek. Jasne.
Dałam panu mniej niż dolara. Podziękował.
Byli też Irańczycy i ich też poprosił o datek. Powiedzieli mu, że to się nie godzi, aby muzułmanin żądał zapłaty od muzułmanina za zwiedzanie meczetu. Na co pan, że są skąpi.
Po całym meczecie swobodnie poruszają się wierni. Jest też dużo kotów, bo Prorok lubił koty. Niestety, nie lubił psów.
Poszłam do łazienki i nie żałuję wycieczki. Skonfundowałam się gorzej niż kot (a jak ktoś widział skecz Monty Pythona, wie, jak bardzo konfundują się koty).
Wielka, wyłożona kafelkami hala, jak boisko. Rząd okrągłych dziur w ziemi ze zbiornikiem wody, z każdej wystaje stalowe rusztowanie. Najpierw myślałam, ze to są toalety, bez żadnej osłony. Potem na szczęście zorientowałam się, że kabiny są po prawej, a metalowe konstrukcje po prawej to krany. W każdej kabinie jest zbiornik na wodę i czerpak, pewnie by umyć się przed modlitwą.
Potem poszłyśmy pod Monument Narodowy. Po drodze kupiłyśmy owoc chlebowca, który smakował jak chleb. Kupiłyśmy też tradycyjne picie z trzciny cukrowej. Pan miał takie dwie długie tykwy połączone, by można sobie je przewiesić przez ramię. W środku musiał być też lód, bo było zimne. Nalewał do szklanki, piło się, oddawało szklankę, pan ją maczał w wodzie, i wieszał na haku, żeby wyschła.
-Nie chcesz się zapytać, czy to higieniczne?- pytała Susie.
-Nie, dlaczego?
-Bo moi goście zawsze się pytają, czy to higieniczne.
Ponoć nie ma głupich pytań, ale chyba jednak czasem są. Przecież widać, że to niehigieniczne. Po co się pytać?
Po drodze obserwowałyśmy też kanały, sztywne od brudu. Pytałam, dlaczego tego nie wyczyszczą. Dowiedziałam się, że czyszczą i to co widzę, to znaczna poprawa.
W jednym miejscu był też ogromny dym, jakby wybuchł pożar. Okazało się, że to trucizna na komary. Susie poleciła zakryć nos i przebiegłyśmy.
Po drodze widziałyśmy też włoską lodziarnię, zaraz u brzegu śmierdzącego kanału. Ryknęłam śmiechem i Susie nie zrozumiała, dlaczego. Ponoć ustawiają się tu kolejki, bo to takie pyszne lody. Nad paskudnym kanałem, parę metrów od ściany dymu.
Spotkałyśmy wreszcie Natalię. Poszłyśmy pod Monument Narodowy, który ma trzydzieści pięć kilogramów złota, a nie pięćdziesiąt i od razu zabłysnęłam tą wiadomością.
Natalia bardzo cierpiała, że nie chcę mieć zdjęcia wszędzie. Zgodziłam się na zdjęcie pod pomnikiem, ale nie zadowoliło jej to na długo. Zaczęła znowu marudzić pięć minut później i dziesięć metrów dalej, pod tablicą pamiątkową. Kiedy jasno powiedziałam, że nie chcę zdjęcia, zaczęła się kłócić. To już przestało mnie cieszyć, bo jestem na wakacjach dla przyjemności, a nie w pracy w charakterze modelki. Nie chcę wszędzie pozować, chcę coś zobaczyć. A poza tym nie znoszę, kiedy ktoś mnie do czegoś zmusza. Susie powstrzymała ją i kazała jej zostawić mnie w spokoju. Zachodni turyści nie są tacy jak my, Azjaci, wytłumaczyła. Oni nie chcą dużo zdjęć. Ona już się nauczyła, miała dużo gości.
Poszłyśmy stamtąd szybko, bo odbywała się demonstracja. Zamknęli fabryki Panasonic i Toshiby w Indonezji. Wszędzie pełno policjantów, demonstracja miała przejść za niedługo pod pomnik. Naszykowane mieli hełmy, tarcze i bambusowe pałki, leżały równo rzędami na ziemi. Część policjantów miała po osiemnaście lat na oko, jeden czy dwóch na mnie zagwizdało. Dużo było też pań policjantek.
Pytałam, jakie są nastroje po ataku terrorystycznym w centrum handlowym w Dżakarcie parę tygodni temu. Okazuje się, że najbardziej przejęła się tym chyba moja rodzina. Mieszkańcy Dżakarty natomiast uważają, że nic się nie stało, nie boją się kolejnych ataków i parę dni po zdarzeniu przyjeżdżali na miejsce tragedii zrobić sobie selfie.
Po drodze na stare miasto byłam już głodna. Tu nie ma problemu, jestem głodna, mogę zjeść. Był pan przy drodze, który robił omlet. Miał taki mały piecyk na węgiel i naczynie z gliny. Natalie mówiła, że ona tego nie lubi. Potem okazało się, że nigdy nie jadła i nie wie, co to jest. Nie wiedziała nawet, gdzie jest miasto Susie, Lampung, a ja nawet wiedziałam.
Później Susie skwituje ją słowami:
-Ona ogólnie dużo nie wiedziała.
Ale była taka miła.
Zwiedzałyśmy muzea. W Muzeum Narodowym najpierw było sporo hinduskich posągów.
-Widzisz, bo Parwati to żona Sziwy. Sziwa stworzył świat, a Parwati go zniszczy.- powiedziała Natalia tonem znawcy. Odpowiedziałam:
-Sziwa zniszczy świat, a Wisznu go stworzył.
-O, ty już tyle wiesz!
Chyba podziękuję Natalii za oprowadzanie.
Największą atrakcją był oczywiście obiekt kultu hinduistycznego, czyli kamienny posąg fallusa. Była to jedyna nieopisana rzeźba w muzeum.
Moje towarzyszki zaczęły chichotać i robić mu zdjęcia.
Potem była wystawa ceramiki. Tutaj towarzyszki chciały już zawrócić mnie z drogi i nie oglądać nic więcej.
A okazało się, że muzeum ma jeszcze dwie wielkie hale, nawet nie sale, a dosłownie hale eksponatów. Jako że koleżanki się nudziły, porobiłam zdjęcia, by to później opisać.
Pełno było dzieci ze szkół, Natalia powiedziała, że z madras, czyli ze szkół muzułmańskich. Dopytywałam się, czy to szkoła taka po lekcjach, czy szkoła na pełny etat, co naucza biologii, matematyki i innych przedmiotów. Szkoła na pełny etat, okazało się, tak jak szkoła katolicka. Dzieci miały mundurki, dziewczynki identyczne hidżaby.
Oczywiście Natalia zmusiła mnie do sesji zdjęciowej z dziećmi. Widać na zdjęciu chmarę dzieci i mnie w tyle.
Poszłyśmy potem na plac, centrum miasta. Żar lał się z nieba. Ponoć to pora deszczowa w Indonezji, a tymczasem pada po kilkanaście minut w ciągu dnia, nie więcej.
Koleżanki poleciły muzeum kukiełek, co nie brzmiało jak coś, co chciałabym zobaczyć. Jednakże trochę kukiełek było już w Narodowym i podobały mi się. Teatry kukiełkowe są tradycyjne w Indonezji.
Piękne i ciekawe, ale nie wiedziałam, do czego się odnosiły, tak mało było opisów po angielsku. Jeśli były, brzmiały przykładowo tak:
„Bima był dzielnym rycerzem i miał silny paznokieć o imieniu Kuku Pancakaka, który był bardzo ostry. Był drugim synem Prabu Pandu Dewanata i Dewi Kunti. Był jednym z pięciu Pandawa”.
Albo:
„Sagriva Pandu zdziwiony przyjąć przychodzący Resi Vali, nagle zły i całkiem pokonany, Perkelahlanpun nieunikniony, ale Sagriva przegrał i rzucił Dijepi Asem gałąź drzewa”.
Zrozumiano?
Pod koniec, ku ogólnej radości, znalazłyśmy lalki z Polski, w łowickim stroju.
Tu już dałam sobie zrobić zdjęcie.
Musiałam usiąść i odpocząć. Znalazłam jedno krzesło, koleżanki rozłożyły się na podłodze. Śmiały się, że Indonezyjczycy zawsze siedzą na podłodze i są z tego znani na całym świecie.
Susie naszła refleksja.
„No, bo my Azjaci nie lubimy muzeów. My wchodzimy, robimy sobie selfie w kilku miejscach i wychodzimy. A turyści z Zachodu czytają te wszystkie opisy i oglądają. U nas nikt nie lubi”.
Zadałam chyba oczywiste pytanie.
-To dlaczego macie muzea?
-A bo chyba nasz rząd uważa, że to dziedzictwo, że trzeba wystawić w muzeum.
Aha.
Na zewnątrz przyjrzałam się bliżej dorożkom dla turystów. Susie mówiła wcześniej, że nigdy z nich nie korzysta, bo żal jej koni. Zdziwiłam się, bo przecież konie potrzebują pracować. Kiedy zobaczyłam koniki z bliska, zrozumiałam.
Do dorożek zaprzężone są wychudzone konie, kości im wystają i ledwo trzymają się na nogach. Koń musi nie dostawać pić, bo dyszał z gorąca. Stał i nieustannie dyszał. Upał był ogromny. Wyglądał, jakby chciał się położyć, ledwo się trzymał na nogach. W dorożce siedzieli chłopcy, mogli mieć może piętnaście lat, bili go lekko batem dla zabawy i cieszyli się.
Byłam tak bezsilnie zła. Nawet jak na nich nawrzeszczę, tylko sama sobie trochę ulżę, koniowi nie pomogę. Chłopców tylko rozbawię.
Natalia zaczęła się śmiać. Nie oznacza to, że się ze mną nie zgadzała, też mówiła, że jest oburzona, że tak traktują konie. W Azji śmiech jest reakcją na zażenowanie, wstyd.
Powiedziała mi, że lepiej, żebym nie szła zwiedzać zoo, bo tylko napatrzę się na zwierzęcą krzywdę. Ponoć zwierząt się tam za bardzo nie karmi, ale za to na potęgę drażni. Susie dodała, że kiedyś zrobiono sekcję zwłok żyrafie zmarłej w zoo i znaleziono w jej żołądku kilogramy plastiku, bo, po pierwsze, ludzie rzucali jej do wybiegu śmieci, a po drugie, była tak głodna, że je jadła.
Nie chciałam już oglądać muzeum bankowości, nawet nie skusiła mnie perspektywa kolejnych selfie. Już było gorąco, więc zebrałyśmy się do domu i musiałyśmy pożegnać Natalię.
Wieczorem spędziłam kolejny wieczór nad internetem, a Susie już spała. Po lobby biegały dzieci, szalały, rzucały się, darły jak oszalałe. A rodzice patrzyli się skupieni w telefony. Zdenerwowali by się chyba albo zwrócili uwagę na dzieci, jeśli przeszkodziłyby im w odpowiedzeniu na wiadomość na whatsappie. Widok bardzo typowy w Azji.
Wstałyśmy w niedzielę, Wigilię Chińskiego Nowego Roku i pojechałyśmy zwiedzić kolejną atrakcję Dżakarty: park Taman Mini, czyli kraj w miniaturze.
Idea wydaje się głupia, ale cóż. Nie zwiedzę całej Indonezji, a jakaś atrakcja na dzień jest.
Podróż autobusem nie zajęła nam długo jak na Dżakartę, tylko półtorej godziny. W autobusie spotkałyśmy starszą Chinkę, która usiadła na miejscu dla niepełnosprawnych i zażywała leki na serce. Niosła przekąski do sprzedania na ulicy, dwa pudła. Chciałyśmy od niej kupić, ale miała zapakowane w wielkie paki, które nam się nie mieściły do plecaków i nie chciała podzielić na pół. Widocznie się jej nie opłaca.
Pani opowiedziała, że nie ma rodziny, teraz jedzie do innej dzielnicy Dżakarty spędzić Chiński Nowy Rok z dalszymi krewnymi. Musi się sama sobą zajmować, żadnej emerytury nie ma, nic.
Mówiła do mnie w swoim dialekcie. Susie zapewniała, że pani jest przekonana, że to mandaryński.
Niech pani dalej będzie pewna. Chińczycy często twierdzą, że mówią po mandaryńsku, jeśli do swojego dialektu dodadzą parę słów czy zmodyfikują dwa dźwięki. Niestety, to wciąż nie mandaryński.
W angkocie spotkałyśmy dziewczynkę, która okazała się mieć dwadzieścia lat, choć wyglądała na piętnaście. Pokazała nam drogę. Ona szła tam brać udział w przedstawieniu teatralnym.
Na pożegnanie uścisnęła nam rękę, a potem przyłożyła ją do policzka. To znak szacunku. Uczniowie często całują rękę starszych, bądź przykładają ją do policzka bądź czoła.
W Indonezji istnieje tyle rodzajów powitań, że trudno się połapać.
Zwiedzamy park. Oczywiście Susie próbowała mnie namówić na zwiedzania azjatyckie: jest pociąg, który jeździ po parku i można wysiąść i wsiąść trzy razy. Najlepsze wyjście, bo ten park jest TAKI OGROMNY!
Ma najwyżej dwa kilometry długości. Już widzę te tłumy Azjatów, co wsiadają w kolejkę, wyskakują trzy raz, robią sobie selfie i idą na lunch jeść „many deliciuous food”.
Park bardzo ciekawy. Napisów po angielsku nie ma, Susie też nie znała się i nie mogła mi wiele wyjaśnić, ale i tak oko cieszy różnorodność strojów, domów, narzędzi, akcesoriów. Trudno sobie wyobrazić, będąc z homogenicznej Polski, że w jednym kraju może pomieścić się tyle kultur i narodowości.
Niektóre domy są bardzo piękne. Wynajmowane są na wesela i widziałyśmy takowych przynajmniej dwa. Wiele jest zbudowanych w ten sposób, by pomieścić indonezyjskie zgromadzenie. Nie trzeba do tego ścian, wystarczy duża połać drewnianej podłogi i dach. Większość „prowincji” takowe miała. W jednej z nich było jakieś przyjęcie. Chciałam tylko przysiąść na chwilę w cieniu i napić się wody.
Tylko tak uczyniłyśmy, dostałyśmy koszyk ugotowanych orzeszków ziemnych i trochę wody. Susie zapytała bezpośredniością azjatycką w takich sytuacjach:
-A to jest za darmo?
Że też w Azji nikt się nie wstydzi pytać.
Owszem, za darmo. Okazało się, że jest to impreza parafii katolickiej.
-Czekaj, posiedzimy tu trochę, to dostaniemy lunch za darmo.- powiedziała Susie, kiedy już chciałam iść.
Na razie zjadłyśmy orzechy, co do jednego. Gotowanie orzechów ziemnych to dobry zwyczaj. Parafianie bawili się w jakieś gry.
Ja byłam zdania, żeby już iść, Susie chciała czekać, aż dadzą nam jeść. Podszedł do nas parafianin powitać nas. Porozmawiali sobie życzliwie po indonezyjsku. Susie nie omieszkała wspomnieć, że ona i ja jesteśmy katoliczkami. Pan był niesamowicie szczęśliwy, że Polka też jest katoliczką.
No niespodzianka.
Nagle, wśród dalszej wymiany grzeczności, Susie spytała:
-Dostaniemy darmowy lunch?
Pan powiedział, że oczywiście. Nie wierzyłam swoim oczom i uszom.
Najpierw parafia zgromadziła się obejrzeć krótki film. Zdjęliśmy buty i usiedliśmy na matach. Susie usiadła po turecku, to ja też. Po dłuższej chwili każe mi złączyć nogi, bo mam za krótkie spodnie. Spuścisz takiego obcokrajowca z oka i nawet usiąść przyzwoicie nie umie.
Przewodniczący zgromadzenia powiedział wszystkim, że oto gości wśród nas katoliczka z Polski, Julia. Wszyscy się cieszyli i bili brawo. Zrobiło mi się trochę głupio. Jak podwożą mnie Hindusi, jestem wolnomyślicielem. Jak karmią mnie katolicy, katoliczką. Na szczęście wyrzuty sumienia były płytkie, bo byłam głodna.
Po krótkiej przemowie został wyświetlony film. Pokazywał niebezpieczeństwa nowych technologii poprzez szereg różnych scenek. Na pierwszej dziewczyna potyka się i zakupy wypadają jej z torby na ziemię. Chłopak patrzy się w komórkę i nie pomaga. W drugiej scence chłopiec strzela gola, a jego tata odbiera telefon i nie widzi. W trzeciej dziewczynka chce się nauczyć jeździć na rowerze, a jej mama jest zajęta komórką i w końcu dziewczynka porzuca rower. I tak dalej.
Pan to wszystko komentował i pytał się mnie, czy już widziałam ten film.
W dalszej części filmiku wszystko się odstało: chłopiec pomógł dziewczynie, mama córce, tata zobaczył gola. Wszyscy widzowie wiwatowali i bili brawo.
Drugi filmik był po chińsku z napisami po indonezyjsku. Siedzi rodzina przy stole: rodzice i trójka synów. Rodzice dają wykład dzieciom, że przy jedzeniu nie wolno odbierać telefonów. Nagle dzwoni komórka ojca. Ten odbiera i okazuje się, że to nauczyciel dzwoni, ważna sprawa. Mama tłumaczy to dzieciom, że przede wszystkim, rodzice to co innego, sprawy rodziców są ważne, a poza tym to była ważna rozmowa. Tylko skończyła mówić i już dzwoni jej własna komórka. Mówi zakłopotana, że tylko sprawdzi, kto dzwoni, bo może być coś ważnego. Widzi, że krewni i mówi, że musi odebrać, bo to na pewno jakieś nie cierpiące zwłoki sprawy. Odbiera, mówi: tak, słucham. Naprawdę? Naprawdę? Obniżka pięćdziesiąt procent?!
Synowie patrzą na nią tępo.
Susie sprawdziła, czy rozumiałam i czy to tym razem był mandaryński.
Po tych filmikach można było już jeść lunch.
Bałam się trochę, że nałożą mi mięso na talerz i powiedzą: to twój lunch, trzeba będzie przyjąć z wdzięcznością. Ale na szczęście był bufet i jeszcze panie pytały się, czego nie jem i wskazywały, które to warzywa, które ryby. Te potrawy cieszyły się najmniejszą popularnością, przydałam się jako wyjadacz wegetariańskich, niedocenianych potraw.
Panie ostrzegały, że ostre. Uspokoiłam je, że sobie poradzę. Nie takie rzeczy już jadłam w Azji. No ale rzeczywiście, trzy lata temu nie dałabym rady, wszystko było krwistoczerwone od posiekanego na drobny mak chili. Sałatka wyglądała następująco: trochę pomidorów, jakieś liście i pokrojone chili. Ciekawe, czy oni to potrafią przełknąć, chyba tak. Ja odłożyłam większe kawałki papryki na bok. Niestety, słabo widzę, albo nie jestem dość bystra, bo zawsze robię ten sam błąd i popełniłam go i tym razem: widzę kawałek chili i myślę sobie: jaki ładny kawałek pomidora/ marchewki, zjem sobie! I cierpię przez następne minuty.
Zjadłam lunch złożony z ryżu, liści papai, ryby z chili, sałatki z chili, indonezyjskiej chrupiącej przekąski, którą chciała nam pani sprzedać rano (uwaga dla wegetarian: chrupki w Indonezji robi się z tranu) i banana. Była jeszcze woda, Susie zrobiła sobie zapas, bo za darmo.
Przez cały czas reszta parafian śpiewała i tańczyła. Jedna pani śpiewała „You raise me up”.
Pan parafianin podszedł i spytał, czy umiem śpiewać. Przez chwilę byłam przestraszona, że będę musiała dosłownie śpiewać za jedzenie, jak w przysłowiu. Ale na szczęście uwierzył, że nie umiem.
Prędko puścili sobie muzykę z północnego Sulwesi i zaczęli tańczyć swój taniec. Składali ręce, ponoć na weselach wkładają w nie pieniądze i tak tańczą. Susie powiedziała, że musimy się pożegnać ze wszystkimi po kolei. Na szczęście odpadały dzieci i tańczący.
Nauczyłam się nowego pozdrowienia. Podajemy sobie rękę, a potem kładziemy ją na sercu. Zabieramy w ten sposób ofiarowane nam błogosławieństwo do serca. Poza tym kłaniamy się ze złożonymi rękami. Ponoć to wiejskie pozdrowienie, nie robi się tak w Dżakarcie, ale mi się spodobało. Jedna starsza pani pozdrowiła mnie tradycyjnie: złożone ręce, ukłon, a potem obejmuje swoimi złożonymi dłońmi moje czubki palców.
Poza tym widziałyśmy posągi z Sulawesi, które niegdyś stawiano tam wokół domów. Posąg męski ma penisa, a żeński waginę. Bardzo logiczne. Susie się bardzo śmiała, nie wiem z czego.
Poza tym dowiedziałam się rewelacji: zawsze myślałam, że domy na palach w tej części świata stawiano dla ochrony przed powodzią. A tu okazuje się, że w strachu przed dzikimi zwierzętami.
Inną rewelacją była makieta grobu z Sulawesi. Chowają tam zmarłych w środku góry. Susie mówiła, że Szaman zaklina zwłoki i wstępuje w nie duch. Wtedy zwłoki idą same to swojego grobu.
Jeśli to jest prawda, trochę mi głupio, że chwaliłam się czymś tak zwykłym jak duchy wstępujące w żywych ludzi na festiwalach hinduistycznych. Jak wstępują w zwłoki, tym dopiero można się chwalić.
Ponadto, Sulawesi wyglądało najciekawiej ze wszystkich prowincji i szkoda ogromna, że nie zaplanowałam wyjazdu tam.
Koło pierwszej było już gorąco jak w piekle i zwinęłyśmy się do domu. Susie miała jeszcze pomysł, żebym obejrzała makiety tych części Indonezji, które odwiedzę, aby tam nie płacić za wstęp do zabytków. Podziękowałam. Nawet moje skąpstwo ma swoje granice.
Angkot, którym dojechałyśmy na przystanek, był tak zatłoczony, że nie mogłam uwierzyć, że się zmieścimy. Mnie wepchali do przodu, koło kierowcy i pani z dzieckiem. Po dojechaniu na zatłoczoną stację, nie umiałam otworzyć drzwi, bo miały tylko metal, żadnej obudowy, izolacji czy uchwytu. Kierowca na mnie wrzeszczał, paru ludzi rzuciło się pomagać. A potem chciał naciągnąć Susie na tysiąc rupii i była bardzo zła.
Jak wyszłyśmy z angkotu, kierowcy zaczęli krzyczeć w moim kierunku, bo oczekiwali, że zarobią. Jeden chłopak wykonał bardzo obsceniczny gest i wrzeszczał dalej za mną. Poczułam straszliwą złość, ale co zrobię? Jak na niego nawrzeszczę, nie zrozumie. Mam go pobić i mieć problemy z policją? Niech sobie żyje w brudzie stacji, zasługuje na to.
I to mówi dobra katoliczka, kiedy już nie czeka na darmowe jedzenie.
Jechałyśmy szalenie długą ilość czasu, przynajmniej trzy godziny, w szalenie zatłoczonym autobusie. Chiński nowy rok, wszyscy chcieli wyjść się bawić.
Kiedy dojechałyśmy, Susie poszła spać.
Ja siedziałam w lobby na internecie. Umówiłam się z Susie wcześniej, że na dworzec rano zamówi mi gojka, czyli motocyklistę. Ominie korki. Tymczasem w lobby spotkałam pana Chińczyka, który mówi mi, jutro widzimy się o siódmej! Zapytałam delikatnie, czy nie za późno. Pan mówi, nie, on jest pewny, jutro o siódmej mnie odwozi.
Nie było dyskusji.

Rano pożegnałam się z Susie ze smutkiem. Dała mi tyle. Jechałam do Yogyakarty do jej koleżanki. Napisała mi rano wskazówki, jak dotrzeć na wszystkie możliwe wulkany na Jawie. Dała mi namiary na hostel za darmo na Lombok. Towarzyszyła mi, odpowiadała na pytania.
Wszędzie są dobrzy ludzie. Dżakarta jest potwornym miastem i nawet tam są dobrzy ludzie. To ważna lekcja.
Kolejny dobry człowiek, czyli pan Chińczyk, odwiózł mnie ze swoją żoną, indonezyjską Chinką, na lotnisko. Opowiadał, jaki rząd chiński jest dobry i dba o byt ludzi. Zadziwiające, że Chińczycy wychowani tak daleko od Chin wierzą w tak oczywiście kłamliwą propagandę. Jest lepiej niż w czasach wielkiego głodu, owszem, ale trudno byłoby, żeby było gorzej.
Pan wyjaśnił, że nie świętuje nowego roku, bo nie ma dzieci. To raczej święto dla dzieci, tak samym dorosłym trochę bez sensu świętować. Przyznałam mu trochę rację, święta cieszą najbardziej dzieci.
Poza tym jest chrześcijaninem i bardziej obchodzi Boże Narodzenie.
Dojechałam na stację, wydrukowałam bilet, a raczej obca pani mi wydrukowała, bo ja nie mogłam sobie poradzić z automatem. Wsiadłam w pociąg z planem, że będę wygodnie pisać, skoro zapłaciłam za najdroższy bilet. Niestety, pociąg trząsł się jak polska osobówka. A i tak uparcie pisałam przez prawie siedem godzin szkic mojej opowieści o Dżakarcie.

Opublikowano Bez kategorii | 5 komentarzy

Malezja. Pożegnanie.

Byłyśmy w KL tak wcześnie, że jeszcze zdążyłyśmy pojechać do centrum. Kiedy wracałyśmy, do Igi zadzwonił Shibin i powiedział jej, że ich znajomemu, Darrenowi, urodziło się dziecko. Chciał jechać zobaczyć je teraz w tej chwili. Była dziewiąta wieczorem. Iga tłumaczyła, że ona bardzo chętnie, ale jest przekonana, że jest za późno. Shibin tłumaczył, że nie.
Dla obcokrajowców w Chinach niepojęte jest, jak mało planują Chińczycy. Zwykle mówią: przyjdę do twojego mieszkania teraz. Idziemy na kolację za chwilę. I nawet planując z tak małym wyprzedzeniem, potrafią kilka razy zmienić plan.
Kiedy wszystko było już ustalone poprzez kilka telefonów, Shibin zadzwonił jeszcze raz, by odwołać, bo jednak jest za późno i nie wolno już odwiedzać w szpitalu.
Opadły nam ręce, zwłaszcza, że Shibin jest lekarzem i nie wiemy, jakim cudem nie wiedział, do której są odwiedziny w szpitalu.
Następnego dnia chciałyśmy jechać do Melaki, ale Iga była wstępnie umówiona na popołudnie z Shibinem. Wstępnie, bo planów nie potwierdza się aż do ostatniej chwili. Znalazłam nam zatem okolicę z muzeum sztuki, jeziorem, parkiem i świątynią Sikhów. Natrafiłyśmy nawet na tajską świątynię buddyjską. Medytował w niej mnich. Biegały po niej chore psy i jadły ziemię. Zdjęłam naczynie z ołtarza i nalałam im wody, ale nie chciały jej pić. Wróciły do jedzenia ziemi. Strasznie mi było ich żal.
Spędziłyśmy całkiem miło dzień, najpierw nad jeziorem, nad które nikt się nie zapuszcza, a jest przepiękne. Potem zerknęłyśmy do wewnątrz teatru i popatrzyłyśmy na afisze. Przykuł naszą uwagę jeden, reklamujący spektakl „Zombie la la la”. Widnieli na nim aktorzy w przebraniach wiedźm i w pokolorowanych twarzach. Niestety, pokaz premierowy był dopiero za dziesięć dni. Byłyśmy bliskie zmiany naszych biletów lotniczych, by móc obejrzeć „Zombie la la la”, na pewno byłby wyśmienity.
Potem zwiedziłyśmy muzeum sztuki, ale było bardzo, bardzo ubogie.
Poczułyśmy się źle od upału, ja prawie nie spałam w nocy. Nie udało nam się znaleźć świątyni Sikhów niestety. Wróciłyśmy do domu.
W domu zadzwonił Shibin i zaprosił Igę na kolację. Bardzo wyraźnie zaprosił tylko ją, mimo że mówiła, że jest w moim towarzystwie. Iga powiedziała mu, że chciałaby, żebym też przyszła. Shibin rzekł na to, że ja nie jem mięsa i to jest problem.
Poczułam się urażona, Shibin przecież wyraźnie dał do zrozumienia, że woli, żebym siedziała sama w domu. Jako że nie jem mięsa, przeszkadzam mu. Zrobiło mi się przykro i postanowiłam zostać. Idze się też zrobiło z tego powodu przykro. Prosiła, żebym jednak przyszła, że Shibin jest Chińczykiem i nie można go rozumieć według naszych norm obyczajowych. Chińczycy i ogólnie Azjaci tak się zachowują: jeśli mówi się im, że nie je się mięsa, reagują przerażeniem i smutkiem, bo przecież oni mają w planach jeść dużo mięsa i nie chcą, byśmy im te plany psuli. Uważają też, że mięso jest przepyszne i łamie im serce, że ktoś go nie je. Ona sama kiedyś była zaproszona do restauracji w Chinach. Powiedziała Chińczykom, że nie lubi mięsa, na co oni się zdenerwowali. Przecież ta restauracja słynie z jakichś specjalnych żeberek nadziewanych jeszcze innym mięsem i TRZEBA zamówić to właśnie koniecznie i ona MUSI to zjeść. Musiała zjeść z grzeczności, aby Chińczycy się nie denerwowali.
Jakoś jednak przerastało to moje możliwości bycie tolerancyjną, skoro ktoś nie chciał wykazać się tolerancją względem mnie i dosyć wyraźnie powiedział, że woli, żebym nie przychodziła.
No i nie poszłam, napisałam za to wszystkie wpisy i byłam dumna z dobrze wykonanej pracy. Okazało się też prawdą, że meczet obok nadaje kazania przez kilka godzin, pracowałam z muzułmańskim kazaniem w tle. Może mówili, kiedy odcinają prąd.
Iga wróciła wieczorem i powiedziała mi, że jadła kolację z kolegą, któremu właśnie urodziło się dziecko, Darrenem i z Shibinem. Żona kolegi była zmęczona i nie mogli odwiedzić dziecka- od początku to mówiłyśmy, że raczej to dziwne, że tak nalegają na te odwiedziny i to późnymi wieczorami. Tłumaczyłyśmy im, a oni wciąż nalegali, że to nie problem. Podejrzewam, że to matka dziecka się sprzeciwiła, bo oni nie zdawali sobie sprawy, że może być zmęczona. A jedli- uwaga- kraby. Czyli nawet nie jedli mięsa. Nie wiadomo zatem, w czym bym im przeszkadzała, bo jem kraby (tak, według mnie to nie mięso). Ale najwidoczniej Shibin czuł się wygodniej, jeśli nie było mnie w towarzystwie.
Iga wręczyła mi, ku ogromnemu memu zaskoczeniu, prezent od Darrena. Miał przygotowane dla Igi i dla mnie, czyli on się mnie spodziewał. Były to pieniądze w czerwonej kopercie. Otóż, z okazji narodzin dziecka zwyczajowo obdarowuje się niezamężne oraz nieżonatych małą ilością pieniędzy. Jest to błogosławieństwo, ktoś starszy błogosławi kogoś młodszego.
Wyjęłam z koperty dziesięć ringgitów w nowiutkich banknotach jednoringgitowych i rozłożyłam je wachlarzem na stole. Ponad trzy lata w Azji. Nadal nie rozumiem jej mieszkańców. Nie pojmuję.
Następnego dnia rano Darren zabrał nas do Melaki, ponieważ tam pracuje. Po drodze opowiadał nam o historii Melaki. Mnie, jako językoznawcę, zaciekawiło to, że urodził się i wychował w Malezji, ale mówi prawdziwym, chińskim Chinglish. Fascynujące, jak to możliwe?
Po drodze opowiadał nam ciekawe rzeczy o historii Malezji. Otóż, sułtan Melaki uciekł przez Holendrami do Johor Bahru i teraz tam zasiada król Malezji. Malezja ma dziewięciu królów i wymieniają się co kadencję w byciu królem Malezji. To unikatowy system rządów na świecie. Nie sprawdziłam, czy to prawda i czy to w ogóle możliwe, ale tak nam wytłumaczył Darren swoim czystym Chinglish.
Wysadził nas w starym mieście. Zanim to zrobił, okrążył je trzy razy, aby nam wszystko pokazać. Jak to Chińczyk, wskazał nam, gdzie jest pyszne miejscowe jedzenie (to najważniejszy element podróżowania wszystkich Chińczyków. Zawsze słyszę od studentów: „I like travel and eat many delicious local food”- kluczowe zdanie w Chinglish) Bardzo przepraszał, że musi iść do pracy i nie może nas osobiście oprowadzić.
Zwiedzanie zaczęłyśmy od spania pod drzewem, bo byłyśmy zbyt zmęczone. Za wcześnie wstałyśmy.
Potem poszłyśmy na wzgórze z kościółkiem, gdzie zaczepiała nas jedna grupa studentów po drugiej, żeby przeprowadzić z nami wywiad. Zaczęłyśmy w końcu udawać, że nie umiemy po angielsku, bo nie dawali nam spokoju. Kiedy podeszła do nas piąta grupa, Iga spytała się ich, czy przypadkiem nie powinni mieć teraz zajęć, ale profesor wypuścił ich i kazał przeprowadzać wywiady.
-Tak.- uśmiechnął się dobrodusznie student.
-To weź powiedz swojemu profesorowi, żeby już tak nie robił. Jest was tu czterdzieścioro na raz i może piątka turystów. Nie dajecie nam spokoju.
-Tak, dobrze.
I tak nic nie powie profesorowi. Czy odważyłby się zasugerować, że może lepiej poprowadzić zajęcia, zamiast wypuszczać studentów w teren i kazać zamęczać kogoś innego? Profesor pewnie potrzebuje wolnego czasu, żeby zjeść pyszne lokalne jedzenie.
Wywiad też był ciekawy.
-Co ci się podoba w Melace?
-Jeszcze nie wiem. Dopiero przyjechałam.
-Jakie jest twoje ulubione jedzenie w Melace?
-Jeszcze nic nie jadłam. Dopiero przyjechałam.
-Gdzie się zatrzymałaś w Melace?
-Nie zatrzymałam się. Po południu wyjeżdżam.
I tak dalej. Najwięcej pytań było oczywiście o jedzenie. Najważniejsza rzecz w Azji.
Potem przeszłyśmy się nad morze, starym miastem. Było sympatycznie. Kupiłyśmy też książkę w prezencie dla Sebastiana, w centrum handlowym z muzyką na chiński nowy rok. Straszliwie się tego słucha, w kółko wyśpiewują „Szczęśliwego nowego roku! Powodzenia! Pomyślności! Tobie! I tobie też!”
Kiedy wracałyśmy na stację autobusową, pan kierowca się zgubił. Zamiast pojechać na dworzec, wróciliśmy się na stare miasto. Jest to dosyć ciekawe, zwłaszcza, że nawet ja wiedziałam, gdzie skręcić.
Zdarzyło się nam to po raz drugi w Malezji. Kierowcy się gubią.
Wróciłyśmy do domu, spakowałam się i następnego dnia poszłyśmy razem na autobus na lotnisko.
Tuż za domem witał nas pan, uśmiechnięty, kłaniał się. Idze umknął mały szczegół: pan miał przypiętego kajdankami do nogi innego pana.
Czy to policjant, czy to magnat narkotykowy, nigdy się nie dowiemy. W każdym razie wydawał się bardzo zadowolony z siebie.
Tym małym absurdem skończyłam wizytę w Malezji i pożegnałam się z Igą.
Po drugiej wizycie w tym kraju jestem wciąż wielbicielką Malezji. Nie ma tam wprawdzie wspaniałych zabytków, nie ma Angkor Watu ani kanionów i wulkanów, ale jest za to unikatowa mieszanka kultur. Podziwiam, że jednocześnie wszyscy zachowują swoją tożsamość i język, i żyją w zgodzie z innymi. Powinniśmy się od nich uczyć. Ponadto wciąż uważam, że to kraj o tak grzecznych i pomocnych mieszkańcach, że warto tam wracać. Z czystą przyjemnością zostawiam swoje pieniądze w kraju, gdzie odnosi się do mnie uprzejmie i chce pomóc. To jedyny mi znany kraj, gdzie wystarczy postać chwilę z niezdecydowaną miną, by ktoś podszedł i spytał, czy może mi czegoś nie trzeba wyjaśnić albo nie wskazać gdzieś drogi.
Smuci mnie i dziwi narzekanie na Malezję, właściwe jej mieszkańcom, i to nie tylko obcokrajowcom. Panuje przekonanie, że to kraj skorumpowany i niebezpieczny. Z pewnością skorumpowany jest, skoro się tak mówi, wiadomo też, że przestępców tam też nie brakuje, ale czy naprawdę tylko według mnie przyćmiewa to zalety Malezji?
Iga też okazała się być niezastąpioną towarzyszką i bardzo jej za to dziękuję.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Malezja. Taman Negara.

Rano poszłyśmy na śniadanie do wioski. Iga zagustowała w potrawie ochrzczonej przez nią „pakiecikiem” czyli w porcji ryżu z jajkiem i marynowaną cebulą i rybą zawiniętą w liść banana. Według niej to idealna potrawa na śniadanie. Ja wolałam roti z mango i czekoladą.
Przepłynęłyśmy łódką do parku, co kosztuje jednego ringgita za osobę. W parku trzeba było zakupić wstęp- jeden ringgit- i opłatę za aparat fotograficzny- pięć. Nie majątek. W Chinach za wstęp do parku narodowego potrafią sobie liczyć po sto złotych i więcej.
Charakterystyką Azji jest projektowanie szlaków tak, aby pani w szpilkach i panowie w garniturach też mogli się wspinać. W parkach narodowych budowane są pomosty z drewna, by nikt nie dotknął stopą ziemi. Przeżywanie natury jest więc mocno ograniczone.
Było o wiele goręcej i o wiele wilgotniej od Cameron Highlands. W przeciągu kilkunastu minut byłam mokra od potu jakbym właśnie wyszła spod prysznica. Wypiłam na raz połowę butelki wody. Byłyśmy w końcu w lesie równikowym.
Pierwszą atrakcją była wielka jaszczurka grzebiąca w błocie w poszukiwaniu jedzenia. Iga zrobiła szereg zdjęć. Zachwycałyśmy się gadem szukającym robaków niczym uroczym szczeniaczkiem.
Drugą atrakcją było canopy walk, czyli pomost na wysokości koron drzew. Wyobrażałam sobie, że będzie taki, jak na Borneo, czyli zbudowany z metalu. Wspięłam się po schodach i weszłam.
Był to most z liny i sznurkowej siatki. Na dnie była wąska deska. Można było się trzymać siatki, zawieszonej poniżej mojego pasa, albo sznurków, zawieszonych do wysokości moich ramion.
Pierwszy most był dosyć nisko i myślałam, że tak będzie całą drogę. Po przejściu go okazało się, że nie bardzo, ale nie było już drogi odwrotu. Musiałam przejść przez sześć mostów zawieszonych nie wiem jak wysoko nad ziemią, bo jakbym popatrzyła się w dół, rozpłakałabym się i nie poszłabym dalej. Iga powiedziała mi później, że było może nawet i pięćdziesiąt metrów, czyli chodziłyśmy po deseczce i sznurkowym moście na wysokości dziesiątego piętra.
Dostałam ataku paniki.
Iga, nauczona w harcerstwie do opieki nad dziećmi, szybko wymyśliła, że pójdę pierwsza, będę trzymać się z daleka od ludzi przede mną, a ona poczeka i wejdzie na most, jak będę bardzo daleko. W ten sposób most nie będzie się kołysał. Skoro dostawałam szału, kiedy się tylko drobno poruszył, powinnam dać radę przejść, kiedy będzie nieruchomy.
Niestety, na jednym moście chciała zdjęcie i poprosiła mnie, ażebym poszła jako druga. Za mną wszedł pan Włoch i prosiłam go, żeby poczekał. Bardzo wyraźnie nie rozumiał. Ja, choć krzyczałam coraz głośniej i rozpaczliwiej, to słowa nie mówię po włosku. Na dodatek na końcu tego mostu były schodki w dół zawieszone na linach.
Tego było już za wiele.
Iga stała u dołu schodów i mówiła do mnie jak do małego dziecka. Ja trzęsłam się ze strachu, ale wiedziałam, że nie mam wyjścia, bo nikt nie zniesie mnie na rękach ani nie przyleci helikopterem. Powoli zeszłam, schodek po schodku.
To nie było przyjemne.
Jedna dziewczyna, idąca koło mnie, pogratulowała mi później, że udało mi się to przejść z lękiem wysokości. Iga była ze mnie całkiem dumna, bo najczęściej ludzie z lękiem wysokości stają w połowie drogi i nie chcą się ruszyć, jak koty, które wspięły się na drzewo i nie wiedzą, jak zejść (kolejny dowód, że koty są bez sensu). Ja przynajmniej rozumuję, że nikt mi nie pomoże i muszę iść dalej.
Przwodnicy parku pytali się nas potem o wrażenia. Kiedy powiedziałam im, że było strasznie, odpowiedzieli: „A, to ty tak wrzeszczałaś”. Słyszano mnie zapewne w odległości paru kilometrów. Zdjęcia też mam przepiękne: starałam się uśmiechać, jak dobry turysta, ale mam minę, jak pies szczerzący zęby przed atakiem.
Chciałyśmy iść potem na szlak, ale stwierdziłyśmy, że być może lepiej byłoby wyruszyć wcześnie rano. W końcu tego nie zrobimy, okazuje się, że trasa jest niemożliwa do przejścia w dwie strony, zwykle idzie się w jedną i na drugiej stronie wynajmuje łódkę z powrotem za sto dwadzieścia ringgitów.
Poszłyśmy na inny, mniejszy szlaczek, wspięłyśmy na małą górę, zrobiłyśmy zdjęcie połaciom lasu deszczowego przed nami. Już i tego miałyśmy dość, taki był upał.
Wróciłyśmy tylko równoległym szlakiem do tego z pomostem przez prawdziwą, leśną ścieżkę i byłyśmy z tego powodu całkiem zadowolone.
Po powrocie spotkałyśmy I i umówiłyśmy się, że zabierze nas łódką odwiedzić wioskę Orang Asli i łowić ryby. Miałyśmy chwilę czasu, poszłyśmy się umyć i zjeść. Pan w jednej restauracji pokiwał głową, kiedy poprosiłam o wegariańską wersję zupy z nudlami. Powtórzył, powiedział, że wie, co to wegetariański.
Dostałam zupę z kawałkami mięsa.
Zjadłam, zostawiłam mięso, ale byłam tym obrzydzona. Jedzenie w parku i okolicach smakowało nam coraz mniej. Były tylko trzy potrawy: zupa tom yum, ten sam zestaw warzyw, czyli głównie kalafior, cebula i marchewka, ryby i mięso. Można było też zjeść smażony ryż albo smażone nudle. Zaczęłyśmy tęsknić za miastem i knajpami hinduskimi, a zwłaszcza ja, bo tam nie udają, że wiedzą, co znaczy wegetariański.
Zmyłam smak mięsa mrożoną kawą.
Poszłyśmy na łódź I. Zapakował nas i spytał się, czy umiemy pływać. Obie zapewniałyśmy, że oczywiście, nie ma się czym martwić.
Aha, powiedział, to dobrze, bo ja nie umiem.
Najwidoczniej da się pływać łódką po rzece i nigdy nie wpaść do wody.
Popłynęliśmy motorówką w górę rzeki do wioski rdzennych mieszkańców, Orang Asli. Okazuje się, że znaczy to po malajsku tyle co „rdzenni ludzie”. Okazało się też, że to nie taka sama wioska jak w Cameron Highlands, z elektrycznością i zbiornikami na wodę.
Było to być może sześć szałasów z liści, każdy z nich pokrywał wielkie łóżko dla całej rodziny. W wiosce mieszka sześć rodzin. Niektórzy leżeli na łóżkach, wokół biegało i bawiło się mnóstwo dzieci. Część ubrana była w zwykłe ubrania, kobiety owinięte były w kolorowe tkaniny.
I powiedział nam, że możemy sobie chodzić, gdzie chcemy i robić zdjęcia, bylebyśmy nie zaglądały do domów.
Ciekawe, że turystom trzeba mówić takie rzeczy, żeby nie zaglądali do domów. Z drugiej zaś stony, trudno w tym wypadku rozróżnić, gdzie zaczyna i kończy się dom. Nie ma w takiej siedzibie zbyt wiele prywatności i od razu zaczęłam snuć wnioski, jak musi wyglądać tu życie.
I oddał się rozmowie z najwidoczniej zaprzyjaźnionym mieszkańcem wioski, a my rozglądałyśmy się nieśmiało. Jak już wspominałam, bardzo nie lubię takiego rodzaju turystyki: pokazywania dzikich ludzi. Z drugiej zaś strony, wydawali się przyzwyczajeni i na pewno na tym zarabiają.
I podszedł do nas i pokazał nam parę rzeczy. Przykładowo, broń do polowania. Mężczyźni polują za pomocą zatrutych strzałek, które wydmuchują przez rurkę zrobioną z bambusa. Można było takie kupić na pamiątkę, pięknie ozdobione przez kobiety, ale po co? Iga zażartowała, że w Polsce może tym tylko strzelać do kur, I zaczął się śmiać.
Zwyczaje też mają ciekawe. Zmarłych chowają na drzewach razem z ich rzeczami. Czy ktoś słyszał kiedyś o pochówku na drzewach?
Żenią się między sobą, są jeszcze dwie wioski Orang Asli w lesie. Niewielki mają wybór.
Jeśli ktoś zachoruje, nie chodzą zwykle do lekarzy. Mają swoich znachorów i zbierają lecznicze rośliny w lesie.
Tylko oni mogą mieszkać, polować i zbierać rośliny na terenie parku. To ich ziemia.
Po krótkiej wizycie pożegnałyśmy się z mieszkańcami. Ciekawe, że nie chcą żyć w mieście. Chcą żyć w lesie, według swoich zwyczajów, co jest zupełnie zrozumiałe, ale dziwne, że nikt wśród nich nie jest ciekaw świata poza lasem. To mnie intryguje. My przecież też żyjemy według naszych zwyczajów, ale niektórzy chcą gdzieś pojechać, żeby zobaczyć coś innego.
I wziął nas jeszcze dalej w górę rzeki. On łowił ryby siecią, my pływałyśmy. Iga próbowała zarzucić sieć, ale wywołała tylko wybuch śmiechu I. Nie złowił prawie nic, tylko takie małe pięć rybek.
Bardzo mu potem podziękowałyśmy za wycieczkę. Wystarczy tylko być miłym i każdy nam chce wszystko pokazać.
Poopowiadał nam o sobie, jak prowadzi biznes nad Taman Negara, w tym samym miejscu, już od dziesięciu lat. Pytałam się, czy mu się nie nudzi, ale skądże, lubi rzekę, lubi turystów. Nie lubił za to bardzo chodzić do szkoły i z radością rzucił ją w wieku szesnastu lat, aby pracować nad rzeką.
Kolację zjadłyśmy z naszą zaprzyjaźnioną parą. Za namową znajomych, przed wylotem do strasznej brudnej Azji, kupili sobie w bezcłowym jedyne słuszne w Polsce lekarstwo, by zabezpieczyć się przed trującym zagranicznym jedzeniem: wódkę! Niemalże od razu tego żałowali i zapragnęli się pozbyć ciężaru.
Kiedy opowiadam komukolwiek zza granicy, że w Polsce uznajemy wódkę za lekarstwo, zwykle witają tę nowinę z mieszaniną zdziwienia i rozbawienia. Dużo zależy od tego, jak się opowie tę historię.
Ja przyjechałam do Azji i od razu jadłam miejscowe jedzenie. Jeśli się kiedyś pochorowałam, to z zupełnie innych powodów. Na przykład dlatego, bo wypiłam za dużo wódki.
Dolaliśmy sobie do soków w restauracji. Iza była zdziwiona, że nikt nas nie wyrzuca. A w Azji można nawet przyjść ze swoim piciem. Mimo że to takie non-halal.
Dnia następnego poszłyśmy na krótki szlak w parku, tylko 2,8 kilometra. Tyle jednak w dżungli jak najbardziej wystarczy, kiedy jest duszno i gorąco. Po drodze podziwiałyśmy ogromne drzewa, z samymi korzeniami tak wysoko, jak ja. Piękne, zdrewniałe liany. Gdzieniegdzie małpy.
Na końcu szlaku były małe jaskinie. Iga próbowała się wspiąć, ja usiadłam na kamieniu obok.
Nagle zauważyłam na bluzce wielkie plamy krwi. Przeraziłam się, podniosłam bluzkę, szukałam rany, nic. Iga zasugerowała, by obejrzeć rękę.
No tak, krwawiłam na łokciu. Doszłyśmy do wniosku, że na pewno zaczepiłam się o jakiś kolec. Ale dlaczego nic nie czułam?
Potem zauważyłam plamy krwi na skarpetkach. Czy mogłabym się w podobny sposób zranić na obu nogach i na dodatek tego nie czuć?
Siedziałam sobie na kamieniu i kontemplowałam brudne skarpetki i buty, aż tu patrzę, a pełzną ku mnie pijawki.
Pijawki wyglądają jak mali kosmici. Mają węższy i szerszy koniec. Szerszym stoją na ziemi i węższym badają otoczenie, jakby węszyły. Potem podpierają się „nosem” i podciągają resztę ciała do przodu.
Potrafią być szybkie. Zaraz były na moich butach i plecaku.
Zdejmowanie pijawek jest trudne i nieprzyjemne. Są obślizgłe i elastyczne, ciągną się jak guma do żucia. I mocno trzymają się podłoża.
Zaczęłam krzyczeć na Igę, że musimy uciekać. Poszłyśmy szybkim krokiem dalej, by obejrzeć nasze buty i skarpetki. Niestety, gdziekolwiek chciałyśmy się zatrzymać, pełzły ku nam nowe chmary pijawek.
Stanęłyśmy na betonowym moście, gdzie i tak nie byłyśmy bezpieczne. Zdjęłyśmy buty. Ja miałam pijawki wszędzie, Iga też, w butach i przyssane przez skarpetki. Nie wiedziałam, że pijawki potrafią się przegryźć przez skarpetki. A one chyba potrafią przegryźć się i przez ścianę.
Na dodatek na szlaku podarły mi się całe spodnie w słonie, w kroku, tak wyraźnie, że zwisały ze mnie w strzępach.
Przeszłyśmy szlak jak najszybciej, przepłynęłyśmy przez rzekę i w hostelu wpadłyśmy pod prysznic.
Po prysznicu rzuciłyśmy się na Internet szukać informacji na temat tego, czy grozi nam teraz jakaś śmiertelna choroba.
Najpierw dowiedziałyśmy się, że pijawki w Polsce są niegroźne. A w dżungli? Googlowałyśmy dalej.
Jeden internauta doskonale nas rozumiał. Napisał, że nie ma ochrony przed pijawkami- jeśli są na szlaku, na pewno się wgryzą. Nie pomagają skarpetki. Nie pomagają dwie pary skarpetek. Nie pomagają specjalne skarpetki, które mają chronić przed pijawkami. Nie pomagają wysokie buty.
Mają w sobie specjalną truciznę, która po pierwsze, znieczula ofiarę, dlatego nie czuje się ich ugryzienia. Po drugie, przestaje od niej krzepnąć krew.
Ale pijawki nie powodują śmierci. Jedyne, co mogą spowodować, to infekcję, jeśli nie odkazi się rany. Na szczęście nie dostałyśmy infekcji.
Stwierdziłyśmy natomiast, że dosyć mamy lasu i tak właściwie nie lubimy wcale natury i bardzo chcemy wracać do KL. Spędziłyśmy resztę dnia na odpoczynku, Iga na spaniu, a ja na zszywaniu spodni, bo przecież nie pojadę autostopem w spodniach podartych w kroku.
Doszłyśmy do wniosku, że na pewno nie złapiemy stopa, wioska jest za mała, ludzie chcą zarobić na turystach. Ale autobus był o dziesiątej, więc mogłyśmy spróbować przez chwilę przed odjazdem, a jeśli by się nie udało, wsiąść do autobusu.
Iga stanęła z kartonem, ja pobiegłam po pakieciki. Jak tylko wróciłam, miałyśmy stopa.
Samochód pełen był pasażerów, był jeden Malaj, jeden Anglik i my. Okazało się, że pan kierowca jechał do KL.
I kto jest mistrzem w łapaniu stopa?
Pan miejscowy wysiadł w Jerantut i pojechaliśmy razem do KL. Kierowca przyjechał tu poprzedniego wieczoru, przywiózł polską rodzinę nad Taman Negara.
Rozmawialiśmy sobie wszyscy przez drogę. Rozmawialiśmy między innymi o wspólnym zaufaniu kierowcy i autostopowicza. Pasażer musi ufać, że kierowca nie zrobi mu krzywdy, a kierowca, że będziemy umieli się zachować.
Kierowca wyjaśnił nam, że nie tylko o to chodzi. Jeśli byśmy miały jakiekolwiek narkotyki i by nas złapali, on mógłby dostać karę śmierci.
Dojechaliśmy do KL i Anglik wysiadł na dworcu KL Sentral. Zauważyłyśmy, że płaci kierowcy i przestraszyłyśmy się.
Ten wsiadł z powrotem do samochodu i wyjaśnił nam od razu, że Anglik był z nim umówiony na zapłatę. Kiedy natomiast kierowca zobaczył nas przy drodze, chciał nam pomóc i Anglik się zgodził. Nie ma najmniejszego problemu.
Postanowił odwieźć nas do domu Sebastiana, bowiem okazało się, że mieszka niedaleko.
Po drodze wypytywał nas o religię w Polsce, a zwłaszcza o młodych ludzi, czy są wierzący, czy nie. Tłumaczyłyśmy, że są przeróżni. Przytoczyłyśmy też anegdotę o panu Hindusie i Polakach wolnomyślicielach. Iga tłumaczyła zawiłe relacje Kościoła Katolickiego i polityki polskiej. Tłumaczyłyśmy też, dlaczego wielu młodych ludzi odchodzi od Kościoła. Opowiadałyśmy mu, jak wygląda kontrola księży nad przystępującymi do Bierzmowania i jak to sprawia, że po tym sakramencie większość młodzieży już nie przestąpi dobrowolnie progu żadnego kościoła.
Pan słuchał z wielkim zainteresowaniem i powiedział nam, że w jego kościele stawia się ogromny nacisk na grupę wiekową od dwudziestu do trzydziestu pięciu lat, bo jeśli oni odejdą, wspólnota wymrze. Trzeba myśleć o potrzebach tych ludzi, a nie tylko ich krytykować. Podyskutowaliśmy sobie o tym, jak przerażający są fundamentaliści, o ile więcej robią szkody niż pożytku, i o tym, jak być współczesnym chrześcijaninem, o bezsensowności wielu dogmatów i o niebezpieczeństwach, jakie we współczesnym świecie niesie nietolerancja religijna. Pan rzucał cytatami z Biblii jak z rękawa i zrobił tym na mnie ogromne wrażenie.
Podwiózł nas pod dom i pozdrowił wyrażeniem „Niech Bóg was błogosławi” na pożegnanie.
Jakich to ludzi można poznać na stopie.

Opublikowano Bez kategorii | 11 komentarzy