Malezja. Taman Negara.

Rano poszłyśmy na śniadanie do wioski. Iga zagustowała w potrawie ochrzczonej przez nią „pakiecikiem” czyli w porcji ryżu z jajkiem i marynowaną cebulą i rybą zawiniętą w liść banana. Według niej to idealna potrawa na śniadanie. Ja wolałam roti z mango i czekoladą.
Przepłynęłyśmy łódką do parku, co kosztuje jednego ringgita za osobę. W parku trzeba było zakupić wstęp- jeden ringgit- i opłatę za aparat fotograficzny- pięć. Nie majątek. W Chinach za wstęp do parku narodowego potrafią sobie liczyć po sto złotych i więcej.
Charakterystyką Azji jest projektowanie szlaków tak, aby pani w szpilkach i panowie w garniturach też mogli się wspinać. W parkach narodowych budowane są pomosty z drewna, by nikt nie dotknął stopą ziemi. Przeżywanie natury jest więc mocno ograniczone.
Było o wiele goręcej i o wiele wilgotniej od Cameron Highlands. W przeciągu kilkunastu minut byłam mokra od potu jakbym właśnie wyszła spod prysznica. Wypiłam na raz połowę butelki wody. Byłyśmy w końcu w lesie równikowym.
Pierwszą atrakcją była wielka jaszczurka grzebiąca w błocie w poszukiwaniu jedzenia. Iga zrobiła szereg zdjęć. Zachwycałyśmy się gadem szukającym robaków niczym uroczym szczeniaczkiem.
Drugą atrakcją było canopy walk, czyli pomost na wysokości koron drzew. Wyobrażałam sobie, że będzie taki, jak na Borneo, czyli zbudowany z metalu. Wspięłam się po schodach i weszłam.
Był to most z liny i sznurkowej siatki. Na dnie była wąska deska. Można było się trzymać siatki, zawieszonej poniżej mojego pasa, albo sznurków, zawieszonych do wysokości moich ramion.
Pierwszy most był dosyć nisko i myślałam, że tak będzie całą drogę. Po przejściu go okazało się, że nie bardzo, ale nie było już drogi odwrotu. Musiałam przejść przez sześć mostów zawieszonych nie wiem jak wysoko nad ziemią, bo jakbym popatrzyła się w dół, rozpłakałabym się i nie poszłabym dalej. Iga powiedziała mi później, że było może nawet i pięćdziesiąt metrów, czyli chodziłyśmy po deseczce i sznurkowym moście na wysokości dziesiątego piętra.
Dostałam ataku paniki.
Iga, nauczona w harcerstwie do opieki nad dziećmi, szybko wymyśliła, że pójdę pierwsza, będę trzymać się z daleka od ludzi przede mną, a ona poczeka i wejdzie na most, jak będę bardzo daleko. W ten sposób most nie będzie się kołysał. Skoro dostawałam szału, kiedy się tylko drobno poruszył, powinnam dać radę przejść, kiedy będzie nieruchomy.
Niestety, na jednym moście chciała zdjęcie i poprosiła mnie, ażebym poszła jako druga. Za mną wszedł pan Włoch i prosiłam go, żeby poczekał. Bardzo wyraźnie nie rozumiał. Ja, choć krzyczałam coraz głośniej i rozpaczliwiej, to słowa nie mówię po włosku. Na dodatek na końcu tego mostu były schodki w dół zawieszone na linach.
Tego było już za wiele.
Iga stała u dołu schodów i mówiła do mnie jak do małego dziecka. Ja trzęsłam się ze strachu, ale wiedziałam, że nie mam wyjścia, bo nikt nie zniesie mnie na rękach ani nie przyleci helikopterem. Powoli zeszłam, schodek po schodku.
To nie było przyjemne.
Jedna dziewczyna, idąca koło mnie, pogratulowała mi później, że udało mi się to przejść z lękiem wysokości. Iga była ze mnie całkiem dumna, bo najczęściej ludzie z lękiem wysokości stają w połowie drogi i nie chcą się ruszyć, jak koty, które wspięły się na drzewo i nie wiedzą, jak zejść (kolejny dowód, że koty są bez sensu). Ja przynajmniej rozumuję, że nikt mi nie pomoże i muszę iść dalej.
Przwodnicy parku pytali się nas potem o wrażenia. Kiedy powiedziałam im, że było strasznie, odpowiedzieli: „A, to ty tak wrzeszczałaś”. Słyszano mnie zapewne w odległości paru kilometrów. Zdjęcia też mam przepiękne: starałam się uśmiechać, jak dobry turysta, ale mam minę, jak pies szczerzący zęby przed atakiem.
Chciałyśmy iść potem na szlak, ale stwierdziłyśmy, że być może lepiej byłoby wyruszyć wcześnie rano. W końcu tego nie zrobimy, okazuje się, że trasa jest niemożliwa do przejścia w dwie strony, zwykle idzie się w jedną i na drugiej stronie wynajmuje łódkę z powrotem za sto dwadzieścia ringgitów.
Poszłyśmy na inny, mniejszy szlaczek, wspięłyśmy na małą górę, zrobiłyśmy zdjęcie połaciom lasu deszczowego przed nami. Już i tego miałyśmy dość, taki był upał.
Wróciłyśmy tylko równoległym szlakiem do tego z pomostem przez prawdziwą, leśną ścieżkę i byłyśmy z tego powodu całkiem zadowolone.
Po powrocie spotkałyśmy I i umówiłyśmy się, że zabierze nas łódką odwiedzić wioskę Orang Asli i łowić ryby. Miałyśmy chwilę czasu, poszłyśmy się umyć i zjeść. Pan w jednej restauracji pokiwał głową, kiedy poprosiłam o wegariańską wersję zupy z nudlami. Powtórzył, powiedział, że wie, co to wegetariański.
Dostałam zupę z kawałkami mięsa.
Zjadłam, zostawiłam mięso, ale byłam tym obrzydzona. Jedzenie w parku i okolicach smakowało nam coraz mniej. Były tylko trzy potrawy: zupa tom yum, ten sam zestaw warzyw, czyli głównie kalafior, cebula i marchewka, ryby i mięso. Można było też zjeść smażony ryż albo smażone nudle. Zaczęłyśmy tęsknić za miastem i knajpami hinduskimi, a zwłaszcza ja, bo tam nie udają, że wiedzą, co znaczy wegetariański.
Zmyłam smak mięsa mrożoną kawą.
Poszłyśmy na łódź I. Zapakował nas i spytał się, czy umiemy pływać. Obie zapewniałyśmy, że oczywiście, nie ma się czym martwić.
Aha, powiedział, to dobrze, bo ja nie umiem.
Najwidoczniej da się pływać łódką po rzece i nigdy nie wpaść do wody.
Popłynęliśmy motorówką w górę rzeki do wioski rdzennych mieszkańców, Orang Asli. Okazuje się, że znaczy to po malajsku tyle co „rdzenni ludzie”. Okazało się też, że to nie taka sama wioska jak w Cameron Highlands, z elektrycznością i zbiornikami na wodę.
Było to być może sześć szałasów z liści, każdy z nich pokrywał wielkie łóżko dla całej rodziny. W wiosce mieszka sześć rodzin. Niektórzy leżeli na łóżkach, wokół biegało i bawiło się mnóstwo dzieci. Część ubrana była w zwykłe ubrania, kobiety owinięte były w kolorowe tkaniny.
I powiedział nam, że możemy sobie chodzić, gdzie chcemy i robić zdjęcia, bylebyśmy nie zaglądały do domów.
Ciekawe, że turystom trzeba mówić takie rzeczy, żeby nie zaglądali do domów. Z drugiej zaś stony, trudno w tym wypadku rozróżnić, gdzie zaczyna i kończy się dom. Nie ma w takiej siedzibie zbyt wiele prywatności i od razu zaczęłam snuć wnioski, jak musi wyglądać tu życie.
I oddał się rozmowie z najwidoczniej zaprzyjaźnionym mieszkańcem wioski, a my rozglądałyśmy się nieśmiało. Jak już wspominałam, bardzo nie lubię takiego rodzaju turystyki: pokazywania dzikich ludzi. Z drugiej zaś strony, wydawali się przyzwyczajeni i na pewno na tym zarabiają.
I podszedł do nas i pokazał nam parę rzeczy. Przykładowo, broń do polowania. Mężczyźni polują za pomocą zatrutych strzałek, które wydmuchują przez rurkę zrobioną z bambusa. Można było takie kupić na pamiątkę, pięknie ozdobione przez kobiety, ale po co? Iga zażartowała, że w Polsce może tym tylko strzelać do kur, I zaczął się śmiać.
Zwyczaje też mają ciekawe. Zmarłych chowają na drzewach razem z ich rzeczami. Czy ktoś słyszał kiedyś o pochówku na drzewach?
Żenią się między sobą, są jeszcze dwie wioski Orang Asli w lesie. Niewielki mają wybór.
Jeśli ktoś zachoruje, nie chodzą zwykle do lekarzy. Mają swoich znachorów i zbierają lecznicze rośliny w lesie.
Tylko oni mogą mieszkać, polować i zbierać rośliny na terenie parku. To ich ziemia.
Po krótkiej wizycie pożegnałyśmy się z mieszkańcami. Ciekawe, że nie chcą żyć w mieście. Chcą żyć w lesie, według swoich zwyczajów, co jest zupełnie zrozumiałe, ale dziwne, że nikt wśród nich nie jest ciekaw świata poza lasem. To mnie intryguje. My przecież też żyjemy według naszych zwyczajów, ale niektórzy chcą gdzieś pojechać, żeby zobaczyć coś innego.
I wziął nas jeszcze dalej w górę rzeki. On łowił ryby siecią, my pływałyśmy. Iga próbowała zarzucić sieć, ale wywołała tylko wybuch śmiechu I. Nie złowił prawie nic, tylko takie małe pięć rybek.
Bardzo mu potem podziękowałyśmy za wycieczkę. Wystarczy tylko być miłym i każdy nam chce wszystko pokazać.
Poopowiadał nam o sobie, jak prowadzi biznes nad Taman Negara, w tym samym miejscu, już od dziesięciu lat. Pytałam się, czy mu się nie nudzi, ale skądże, lubi rzekę, lubi turystów. Nie lubił za to bardzo chodzić do szkoły i z radością rzucił ją w wieku szesnastu lat, aby pracować nad rzeką.
Kolację zjadłyśmy z naszą zaprzyjaźnioną parą. Za namową znajomych, przed wylotem do strasznej brudnej Azji, kupili sobie w bezcłowym jedyne słuszne w Polsce lekarstwo, by zabezpieczyć się przed trującym zagranicznym jedzeniem: wódkę! Niemalże od razu tego żałowali i zapragnęli się pozbyć ciężaru.
Kiedy opowiadam komukolwiek zza granicy, że w Polsce uznajemy wódkę za lekarstwo, zwykle witają tę nowinę z mieszaniną zdziwienia i rozbawienia. Dużo zależy od tego, jak się opowie tę historię.
Ja przyjechałam do Azji i od razu jadłam miejscowe jedzenie. Jeśli się kiedyś pochorowałam, to z zupełnie innych powodów. Na przykład dlatego, bo wypiłam za dużo wódki.
Dolaliśmy sobie do soków w restauracji. Iza była zdziwiona, że nikt nas nie wyrzuca. A w Azji można nawet przyjść ze swoim piciem. Mimo że to takie non-halal.
Dnia następnego poszłyśmy na krótki szlak w parku, tylko 2,8 kilometra. Tyle jednak w dżungli jak najbardziej wystarczy, kiedy jest duszno i gorąco. Po drodze podziwiałyśmy ogromne drzewa, z samymi korzeniami tak wysoko, jak ja. Piękne, zdrewniałe liany. Gdzieniegdzie małpy.
Na końcu szlaku były małe jaskinie. Iga próbowała się wspiąć, ja usiadłam na kamieniu obok.
Nagle zauważyłam na bluzce wielkie plamy krwi. Przeraziłam się, podniosłam bluzkę, szukałam rany, nic. Iga zasugerowała, by obejrzeć rękę.
No tak, krwawiłam na łokciu. Doszłyśmy do wniosku, że na pewno zaczepiłam się o jakiś kolec. Ale dlaczego nic nie czułam?
Potem zauważyłam plamy krwi na skarpetkach. Czy mogłabym się w podobny sposób zranić na obu nogach i na dodatek tego nie czuć?
Siedziałam sobie na kamieniu i kontemplowałam brudne skarpetki i buty, aż tu patrzę, a pełzną ku mnie pijawki.
Pijawki wyglądają jak mali kosmici. Mają węższy i szerszy koniec. Szerszym stoją na ziemi i węższym badają otoczenie, jakby węszyły. Potem podpierają się „nosem” i podciągają resztę ciała do przodu.
Potrafią być szybkie. Zaraz były na moich butach i plecaku.
Zdejmowanie pijawek jest trudne i nieprzyjemne. Są obślizgłe i elastyczne, ciągną się jak guma do żucia. I mocno trzymają się podłoża.
Zaczęłam krzyczeć na Igę, że musimy uciekać. Poszłyśmy szybkim krokiem dalej, by obejrzeć nasze buty i skarpetki. Niestety, gdziekolwiek chciałyśmy się zatrzymać, pełzły ku nam nowe chmary pijawek.
Stanęłyśmy na betonowym moście, gdzie i tak nie byłyśmy bezpieczne. Zdjęłyśmy buty. Ja miałam pijawki wszędzie, Iga też, w butach i przyssane przez skarpetki. Nie wiedziałam, że pijawki potrafią się przegryźć przez skarpetki. A one chyba potrafią przegryźć się i przez ścianę.
Na dodatek na szlaku podarły mi się całe spodnie w słonie, w kroku, tak wyraźnie, że zwisały ze mnie w strzępach.
Przeszłyśmy szlak jak najszybciej, przepłynęłyśmy przez rzekę i w hostelu wpadłyśmy pod prysznic.
Po prysznicu rzuciłyśmy się na Internet szukać informacji na temat tego, czy grozi nam teraz jakaś śmiertelna choroba.
Najpierw dowiedziałyśmy się, że pijawki w Polsce są niegroźne. A w dżungli? Googlowałyśmy dalej.
Jeden internauta doskonale nas rozumiał. Napisał, że nie ma ochrony przed pijawkami- jeśli są na szlaku, na pewno się wgryzą. Nie pomagają skarpetki. Nie pomagają dwie pary skarpetek. Nie pomagają specjalne skarpetki, które mają chronić przed pijawkami. Nie pomagają wysokie buty.
Mają w sobie specjalną truciznę, która po pierwsze, znieczula ofiarę, dlatego nie czuje się ich ugryzienia. Po drugie, przestaje od niej krzepnąć krew.
Ale pijawki nie powodują śmierci. Jedyne, co mogą spowodować, to infekcję, jeśli nie odkazi się rany. Na szczęście nie dostałyśmy infekcji.
Stwierdziłyśmy natomiast, że dosyć mamy lasu i tak właściwie nie lubimy wcale natury i bardzo chcemy wracać do KL. Spędziłyśmy resztę dnia na odpoczynku, Iga na spaniu, a ja na zszywaniu spodni, bo przecież nie pojadę autostopem w spodniach podartych w kroku.
Doszłyśmy do wniosku, że na pewno nie złapiemy stopa, wioska jest za mała, ludzie chcą zarobić na turystach. Ale autobus był o dziesiątej, więc mogłyśmy spróbować przez chwilę przed odjazdem, a jeśli by się nie udało, wsiąść do autobusu.
Iga stanęła z kartonem, ja pobiegłam po pakieciki. Jak tylko wróciłam, miałyśmy stopa.
Samochód pełen był pasażerów, był jeden Malaj, jeden Anglik i my. Okazało się, że pan kierowca jechał do KL.
I kto jest mistrzem w łapaniu stopa?
Pan miejscowy wysiadł w Jerantut i pojechaliśmy razem do KL. Kierowca przyjechał tu poprzedniego wieczoru, przywiózł polską rodzinę nad Taman Negara.
Rozmawialiśmy sobie wszyscy przez drogę. Rozmawialiśmy między innymi o wspólnym zaufaniu kierowcy i autostopowicza. Pasażer musi ufać, że kierowca nie zrobi mu krzywdy, a kierowca, że będziemy umieli się zachować.
Kierowca wyjaśnił nam, że nie tylko o to chodzi. Jeśli byśmy miały jakiekolwiek narkotyki i by nas złapali, on mógłby dostać karę śmierci.
Dojechaliśmy do KL i Anglik wysiadł na dworcu KL Sentral. Zauważyłyśmy, że płaci kierowcy i przestraszyłyśmy się.
Ten wsiadł z powrotem do samochodu i wyjaśnił nam od razu, że Anglik był z nim umówiony na zapłatę. Kiedy natomiast kierowca zobaczył nas przy drodze, chciał nam pomóc i Anglik się zgodził. Nie ma najmniejszego problemu.
Postanowił odwieźć nas do domu Sebastiana, bowiem okazało się, że mieszka niedaleko.
Po drodze wypytywał nas o religię w Polsce, a zwłaszcza o młodych ludzi, czy są wierzący, czy nie. Tłumaczyłyśmy, że są przeróżni. Przytoczyłyśmy też anegdotę o panu Hindusie i Polakach wolnomyślicielach. Iga tłumaczyła zawiłe relacje Kościoła Katolickiego i polityki polskiej. Tłumaczyłyśmy też, dlaczego wielu młodych ludzi odchodzi od Kościoła. Opowiadałyśmy mu, jak wygląda kontrola księży nad przystępującymi do Bierzmowania i jak to sprawia, że po tym sakramencie większość młodzieży już nie przestąpi dobrowolnie progu żadnego kościoła.
Pan słuchał z wielkim zainteresowaniem i powiedział nam, że w jego kościele stawia się ogromny nacisk na grupę wiekową od dwudziestu do trzydziestu pięciu lat, bo jeśli oni odejdą, wspólnota wymrze. Trzeba myśleć o potrzebach tych ludzi, a nie tylko ich krytykować. Podyskutowaliśmy sobie o tym, jak przerażający są fundamentaliści, o ile więcej robią szkody niż pożytku, i o tym, jak być współczesnym chrześcijaninem, o bezsensowności wielu dogmatów i o niebezpieczeństwach, jakie we współczesnym świecie niesie nietolerancja religijna. Pan rzucał cytatami z Biblii jak z rękawa i zrobił tym na mnie ogromne wrażenie.
Podwiózł nas pod dom i pozdrowił wyrażeniem „Niech Bóg was błogosławi” na pożegnanie.
Jakich to ludzi można poznać na stopie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

11 odpowiedzi na „Malezja. Taman Negara.

  1. ~arta pisze:

    No to teraz już wiesz dlaczego w tym parku chodzi się nad ziemią :D A swoją drogą z pijawkami to chyba trochę jak z kleszczami, jeśli odpadają same nie ma szans żeby wstrzyknęły ci jakieś choroby. Natomiast jeśli je „poddusisz” to mogą „wypluć” do krwiobiegu żywiciela bakterie. Ale mogę się mylić. W każdym razie tego doświadczenia nie uważam za miłe (tym bardziej, że nie było świadome i dobrowolne :D). A mogłabyś opublikować jakieś „anonimowe” (czyli bez fizjonomii Twojej i Twoich znajomych) zdjęcia? Z przyjemnością bym obejrzała :)

    • Julia pisze:

      No właśnie, chyba źle się pozbyłyśmy tych pijawek, bo je oderwałyśmy w panice. Niemniej, chyba i tak nie przenoszą nic śmiercionośnego. A nad zdjęciami popracuję, ale połączenie internetowe jest tak słabe, że nie mogę nic obiecać. Teraz już wróciłam, siedzę w Chinach i dostaję dwie kroplówki z penicyliny na dzień :D

  2. ~Ania pisze:

    1. Chyba wiem, jak wygląda Twoja mina na opisanym zdjęciu. Mam już jedno takie zdjęcie z wyciągu krzesełkowego w Sierra Nevada, pamiętasz? :)
    2. Tak się cieszę, że zwiedzasz te azjatyckie kraje i ja już nie muszę tam jechać. Pijawki i wielkie cykady, aaaa! No thanks!

    • Julia pisze:

      Ale na tym zdjęciu z Sierra Nevada całkiem przekonywająco się uśmiecham. Sprawnie udaję, że się świetnie bawię :D Na tych zdjęciach z mostu mi się nie udało, choć się tak bardzo starałam. A czułam się taka dzielna w obliczu owadów. Wszyscy kładli ręce na głowie, piszczeli i uciekali. Patrzyłam na nich z wyższością, dopóki nie dostałam paniki na moście :D:D:D

  3. ~Jaanibykto pisze:

    Przybijam Ci wirtualnego żółwika – też mam lęk wysokości.

    A wyjątkowość kotów właśnie na tym polega, że są bez sensu.

  4. ~Ola pisze:

    Julio, wspaniale było znów przeczytać Twoje wpisy, są dla mnie bardzo interesujące!
    Czekałam (nie)cierpliwie na nie.
    Pozdrawiam!
    Zdrówka życzę i pogody ducha.

  5. ~ula pisze:

    Z ciekawosci zapytalam straznika w parku – najwyzsza kladka znajduje sie 45 metrow nad ziemia, wiec Iga oszacowala prawie idealnie!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>