Indonezja. Dżakarta.

Nie wiem, jak to ująć. To jedna z tych rzeczy, które zbyt ciężko opisać, jeśli się samemu nie widziało na własne oczy. Nie wystarcza mi na to moich umiejętności pisarskich.
Może spróbuję tak:
Studiowałam w Sosnowcu. Jako że jestem z Podkarpacia, musiałam tam mieszkać w akademiku. Pocieszaliśmy się, że to doświadczenie nauczy nas doceniać w przyszłości każde miasto, w którym wylądujemy.
Teraz mogę powiedzieć tak: Sosnowiec jest pięknym, schludnie utrzymanym, bezpiecznym, czystym, zorganizowanym, ciekawym i ogólnie eleganckim miastem.
Kto twierdzi inaczej, nie był w Dżakarcie.
No, może Dżakarta jest ciekawsza niż Sosnowiec.
Nawet Lonely Planet delikatnie daje do zrozumienia, że to może nie jest zbyt przyjemne miasto. Jeśli LP już delikatnie coś daje do zrozumienia, musi być tragicznie źle. Jest to w istocie brzydkie, brudne miasto, źle utrzymane. Jest zaśmiecone, zanieczyszczone i zatłoczone. Nikogo nie obchodzą walące się rudery, buduje się zaraz przy nich biurowce i porządne budynki. Nie ma metra i jedyną drogą poruszania się po mieście są zakorkowane ulice.
Jak podkreślają mieszkańcy z dumą, metro będzie za niedługo, w roku 2017. Nie udało mi się załapać, to wyłącznie moja wina.
Poza tym LP określiła Dżakartę jako pełną życia i rozwijającą się. Ciekawe, ile autor czy autorka gryźli ołówek, zanim znaleźli pozytywny przymiotnik na to miasto.
Wylądowałam i udałam się z lekkim niepokojem do stanowiska kontroli imigracyjnej. Źródłem niepewności były zmienione niedawno przepisy. Otóż, znajomi rok wcześniej płacili trzydzieści pięć dolarów za wizę. W czerwcu natomiast zmieniły się przepisy i każdy ma prawo do bezpłatnego trzydziestodniowego pobytu.
Podaję paszport urzędnikowi, ten weryfikuje moją tożsamość, pyta się, w jakim celu przyjechałam.
-W celu turystycznym.
-Turystyka. Gdzie?
-Najpierw tutaj, w Dżakarcie, a potem na Bali.
-Co?
-Tutaj, w Dżakarcie, a potem na Bali.- powtarzam powoli.
Urzędnik wpatruje się we mnie, wyraźnie skonfundowany. Wreszcie mówi:
-Ja myślę, że tu jest Dżakarta.
To wspaniale, że pan tak myśli. Bardzo się cieszę, że choć kierowcy malezyjscy bez przerwy się gubią, przynajmniej piloci trafiają do celu.
Po wyjaśnieniu, że jesteśmy w Dżakarcie, dostałam pozwolenie na pobyt.
Z lotniska odebrał mnie couchsurfer o imieniu Rey. Był jednym z pierwszych, którzy bardzo chcieli się ze mną spotkać w Dżakarcie. Couchsurferzy byli tam tak pomocni, że w końcu musiałam usunąć ogłoszenie z prośbą o nocowanie i pomoc, gdyż dostawałam ich po dziesięć dziennie. Okaże się później, że to nie jest standard w społeczności courchsurferów. Dżakarta pod tym względem jest wspaniałym miastem, z bardzo gościnnymi mieszkańcami.
Kolega sam do mnie napisał, że wprawdzie nie może mnie nocować, ale pomoże mi po przylocie. Tłumaczyłam, że przyjadę po południu, nie będę miała wiele czasu i spędzimy tylko parę godzin w drodze do domu mojej gospodyni, ale nalegał, że mnie odbierze.
Dopytał się od razu, gdzie się zatrzymuję, na co przeczytałam mu wskazówki dojazdu transportem publicznym, które wysłała mi gospodyni. Pokiwał głową, że wie. Spytałam, gdzie idziemy, na co on, że na parking. Przyjechał samochodem.
Westchnęłam i wzruszyłam ramionami. Miejmy nadzieję, że nie jest mordercą. Ale jeśli ma się takie wątpliwości, lepiej nawet nie zaczynać przygody z couchsurfingiem. Podwożenie gości jest zupełnie na miejscu.
Rey, okazało się z długiej rozmowy, którą mieliśmy okazję przeprowadzić, jest indonezyjskim Chińczykiem. Dzielą się oni na dwie grupy: jedna pamięta, kiedy przodkowie przyjechali z Chin i skąd, mówią po chińsku i kultywują swoje zwyczaje, inni nie. On należy do drugiej grupy i nawet nie ma chińskiego imienia.
Z zamiłowania jest śpiewakiem i członkiem chóru. Zjeździł dzięki temu większą część Europy i Azji. Porozmawialiśmy o muzyce. Ponadto bardzo dużo mówiłam i mu opowiadałam różnych rzeczy. Po to ludzie biorą udział w couchsurfingu, żeby poznać, dowiedzieć się. Trzeba się wykazać w ten sposób, nawet jeśli się jest zmęczonym. A ja byłam bardzo zmęczona, ale dzielnie opowiadałam o Chinach, o Malezji i o czym tylko mogłam.
Rey pracuje natomiast w przemyśle turystycznym i zajmuje się wycieczkami. Opowiadał mi sporo o pracy, zwłaszcza, jak nie cierpi wycieczek z Indii i Sri Lanki. Z wielu powodów, opowiadał mi długie historie o niezliczonych problemach w pracy. Między innymi turyści z tych krajów są stresujący, ponieważ są wymagający i bardzo dokładni. Przed przyjazdem takiej wycieczki musi się nauczyć całego planu na pamięć co do minuty i informacji o wszystkim w najdrobniejszych szczegółach, bardzo się ich boi. Hindusi zawsze wszystko dokładnie sprawdzają i o wszystkim się dokładnie dowiadują. Zawsze zorientują się, jeśli jakiś drobny szczegół się nie zgadza i będą na to narzekać.
Uczy się po rosyjsku, bo jest dużo turystów z Rosji. Jeszcze się nimi nie zajmował, wciąż ćwiczy, ale nie chciał ze mną rozmawiać. Ale za to miał nawigację po rosyjsku, żeby ćwiczyć rozumienie ze słuchu. W środku Indonezji, w samochodzie z chińskim Indonezyjczykiem, słuchałam nawigacji w języku Bułchakowa. To jedna z tych rzeczy, która często się nie przydarza.
Od razu poinformował mnie, że wylądowałam w godzinę szczytu, o trzeciej. Stwierdził natomiast, że zobaczę dzięki temu prawdziwą Dżakartę.
Jeszcze nie wiedziałam, że powinnam się bać.
Spytał, gdzie chcę jechać, na co ja wzruszyłam ramionami. Niech on coś zaproponuje.
Był zdziwiony, bo wszyscy przyjeżdżają z gotową listą i wymaganiami, a ja spokojnie jestem otwarta na propozycje. Ale po to jest ktoś miejscowy, żeby coś zaproponował sam, nieprawdaż? Za bardzo się przyzwyczaił do hinduskich turystów.
Był też zdziwiony, że nie zachwycam się drogą z lotniska, wszyscy turyści już tutaj wydają z siebie okrzyki zachwytu, przyjechali do OBCEGO KRAJU! Odpowiedziałam spokojnie, że jestem w Azji czwarty rok, widziałam nie takie rzeczy jak droga na lotnisko.
Miałam małe wymagania, powiedziałam, że może byśmy coś zjedli i kupili mi kartę do telefonu, jakby moja pani gospodyni z couchsurfingu chciała się skontaktować. Pokiwał głową, powiedział, że zrobimy tylko małą pętlę, potem wrócimy tam, gdzie nocuję.
Utkwiliśmy w korku na trzy godziny. Podczas tego czasu nie przejechaliśmy więcej niż piętnaście kilometrów. Szybciej bym to przeszła.
Ciężko to opisać. Wielopasmowe drogi, zapchane, każdy samochód wjedzie w każdy dostępny centymetr miejsca, byle dopchać się do przodu. Głośno, bo wszyscy trąbią, łamią zasady ruchu drogowego.
Pośród tych samochodów mnóstwo skuterów i motocykli. Najpopularniejszą taksówką w Indonezji jest gojek, czyli taksówka- motocykl. Takiemu najłatwiej pokonać korek. Zamawia się ich przez aplikację na komórce, tak jak taksówkę w Chinach.
Ta dwunastomilionowa metropolia jest jednym wielkim korkiem.
Ponadto, większość Dżakarty wali się. Większość to stare domy, z dziurawym dachem, brudne, zaniedbane, prowizoryczne, załatane. Pytałam Reya, dlaczego te domy stoją obok porządnych budynków. Powiedział, że czasem ziemia należy do rządu, a ludzie pobudowali sobie domy i otworzyli sklepy, część tu mieszka. Rząd mógłby wszystko zburzyć, ale dają mu łapówki. W ogóle w Indonezji wszystkim trzeba dawać łapówki i wszyscy urzędnicy są skorumpowani.
Przejechaliśmy też przez dzielnicę, gdzie mieszkają ambasadorzy, to wyglądało lepiej. Ale też, obok pięknej willi może stać walący się dom, nikomu to nie przeszkadza. Jeden właściciel dba o dom, drugi nie, co w tym dziwnego? Nikogo nie obchodzi nic poza własnym podwórkiem.
Ulice przecinają kanały, na powierzchni są śmieci i skorupa brudu. W klimatyzowanym samochodzie nie odczułam tego, ale w następnych dniach przekonam się, że Dżakarta po prostu śmierdzi.
Po trzech godzinach dojechaliśmy do centrum firmy telekomunikacyjnej, gdzie kupiłam kartę. Moja gospodyni przesłała mi wiadomość, że miały być oprócz mnie dwie pary, jedna z Ukrainy, jedna z Finlandii. Obie nie przyjechały i nie dały jej znać. Przepadli jak kamień w wodę. Zostałam tylko ja i czeka na mnie w domu. Chciała sprawdzić, czy przyjadę.
Ludzie potrafią być straszliwie nieprzyjemni. Czytam profile gospodarzy couchsurfingowych i oczom nie wierzę, jakich oczywistych rzeczy się domagają. „Jeśli chcecie odwołać wizytę, dajcie mi znać”. „Nie będę wam robić prania ani po was sprzątać”. „Dajcie mi spać w nocy”.
A to nie oczywiste? Trzeba o to prosić?
Było już coraz później, powoli więdłam ze zmęczenia. Rey obwoził mnie po centrum i pokazał mi podświetlone budynki. Twierdził, że na kopułę Monumentu Narodowego zużyto pięćdziesiąt kilogramów złota, a zużyto tylko trzydzieści pięć. Tak to można ufać przewodnikom.
Właśnie zorientowałam się, że zamieniłam się po drodze w dokładnego hinduskiego turystę.
Na szczęście rosyjska nawigacja podpowiedziała, gdzie obecnie nie ma korków i wróciliśmy szybciej. Powoli zaczynał boleć mnie każdy mięsień.
Rey spytał, czy nadal chcę coś zjeść. A ja osiągnęłam ten stan zmęczenia, który wygrywa z głodem. Powiedziałam, że wejścia do bloku powinno być 7-eleven (jak napisała moja gospodyni w wyjątkowo dokładnych wskazówkach) i tam coś kupię, bardzo przepraszam. Wybaczył mi.
Odstawił mnie pod domem mojej gospodyni i pożegnał się, dziękując mi za miłe popołudnie. Tak. Zmarnował przeze mnie pół dnia i podziękował mi za to.
W 7-eleven kupiłam kolację: tuńczyka zawiniętego w ryż, taką azjatycką kanapkę. Chyba już jestem Azjatą, bo doszłam do wniosku, że jak będzie ryż, to będzie wartościowy posiłek. Do tego wodę, chleb i drogawą nutellę, jako że do chleba mieli do wyboru drogie masło orzechowe, drogi dżem i drogą nutellę. Chyba jednak nie jestem do końca Azjatą, bo uparcie muszę mieć kanapki na śniadanie.
Weszłam do lobby budynku, gdzie siedziała cała chmara ludzi. Okazało się, że tylko w lobby jest Internet. Wyczerpana do granic możliwości, rzuciłam oba plecaki na ziemię i usiadłam. Musiałam wyglądać jak siedem nieszczęść i nie czułam się ozdobą eleganckiego lobby. Na szczęście wszyscy byli zapatrzeni w ekrany swoich telefonów i nie zauważyliby, jeśli ktoś by się tam rozebrał do naga, co dopiero zwracać uwagę na brudnego i rozczochranego turystę. Napisałam do pani gospodyni i do mnie zeszła.
Moja pani gospodyni, Susie, jest nauczycielką biologii. Jest bardzo miła. Porozmawiałam z nią chwilę, ale chciała już iść spać. Przy wejściu trzeba było zdjąć buty, o czym wspomniała na swoim profilu. W Indonezji nie wolno mieć na nogach nawet klapek w domu, to bardzo niegrzeczne. Jej mieszkanie jest bardzo skromne, ale potem okazało się, że jak na warunki Dżakarty luksusowe. Wchodzi się wprost do kuchni, jest miniaturowy balkonik i łazienka. W łazience tylko toaleta i słuchawka prysznicowa z zimną wodą. Dwa małe pokoje, w jednym klimatyzacja i okno, w drugim nie ma ani jednego, ani drugiego i tam się udałam, choć Susie proponowała lepszy pokój. Wszystko utrzymane w nienagannej czystości i w nienagannym porządku. Pokładane w pudełkach, pochowane, zorganizowane. Ze smutkiem pomyślałam o moim mieszkaniu w Ningbo, trzy razy większym, gdzie rozrzucam wszędzie rzeczy i panuje ogromny chaos.
Nad lodówką wisiała Matka Boska, a w sypialni krzyż. Susie jest katoliczką.
Przez pójściem spać Susie napisała mi odręcznie kartkę z bardzo dokładnym opisem, co mogę robić następnego dnia i jak tam dojechać. To było takie miłe. I jest taka gościnna, że w tym mieszkaniu chciała gościć jeszcze cztery osoby.
Zjadłam moją azjatycką kanapkę, popiłam wodą, umyłam się i położyłam na łóżku.
Przespałam Susie wstaje o czwartej, by być w pracy na ósmą. Nie udało jej się mnie obudzić. Wstałam o dziewiątej, zjadłam śniadanie i położyłam się z powrotem spać. Dopiero o dziesiątej znalazłam w sobie siłę, by odpowiedzieć innej couchsurferce, która chciała się spotkać. Dopiero sporo po jedenastej dałam radę wyjść z domu.
Na komórce Susie wysłała mi kolejne porady z pracy. Poszłam do centrum handlowego wymienić pieniądze. W Azji jest to bardzo popularne, że centra handlowe są łączone z mieszkaniami i często jeszcze z biurami. Takie minimiasta, z których nie trzeba nigdy wychodzić.
Była dwunasta, a kantor nieczynny. Pani w sklepie obok powiedziała, że może otworzą o pierwszej, może o pierwszej trzydzieści. Azjatyckie może.
No nic, poszłam coś zjeść.
Kantor na szczęście otworzono „na czas”, czyli na czas pani ze sklepu obok. Pogadałam sobie z chłopakiem z kolejki. Mówi, że też mieszka w Chinach. Był pod wrażeniem, że udaje mi się couchsurfing, jemu w ogóle nie wyszło, kiedy założył konto. No tak, dziewczyny mają inaczej, skomentował.
Kiedy już miałam pieniądze, pozostawało tylko kupić bilet na pociąg do następnej miejscowości, Yogyakarty. W międzyczasie umawiam się z inną couchsurferką na dalsze popołudnie, bo mówi, że potrzebuje przynajmniej dwóch godzin na dojazd.
Susie wysłała mi bardzo dokładne wskazówki, gdzie kupić bilet. Ma być biuro koło basenu. Postanowiłam się po prostu spytać się na recepcji, jako że nie wiedziałam przecież, gdzie jest basen.
Tłumaczę, prostą angielszczyzną, że biuro, gdzie bilet kupić na pociąg, że koło basenu. Potem pytam tylko o basen, trzy osoby patrzą się na mnie jak na mordercę, że im taką straszną rzecz robię, jak mówienie po angielsku. Basen nie, mówią. Nie ma basenu? Nie. A bilet kupić? To zaczynają szukać biletu po szufladach, w końcu z triumfem wyjmują klucz do mieszkania, który zostawiłam dla Susie wcześniej. Nie chcę klucza, chcę bilet. Nie, mówią. Ale szukają dalej. Nie ma tu biletu, kupić bilet, kupić bilet GDZIE? Nie, nie można kupić biletu.
Nauczycielska cierpliwość sięga dna. W końcu podchodzi pan z grona tych spijających z kielicha internetu w lobby i pyta się, w czym problem. Mówię. Aha, to on zaprowadzi. Recepcjonistki przeżywają właśnie ulgę życia, chichoczą jak wariatki.
Z powodu chińskiego nowego roku bilety były tylko na szalone godziny, na przykład wyjazd o trzeciej w nocy. Chciałam zobaczyć rozkład, nie da się zobaczyć rozkładu. A dlaczego? Bo nie wydrukują. Wściekłam się, to nie można się popatrzeć na ekran?! Pan porozumiał się ze sprzedawcą, w końcu okazało się, że da się. Musiałam kupić bilet na dzień później i na najlepszą klasę.
W międzyczasie rozmawiam z panem. Jest Chińczykiem z Singapuru, ale wiele lat mieszka w Indonezji. Ucieszył się, że mówię po chińsku i to bardzo imponująco wygląda, bo jestem „bule”. Kolejne słowo na białego turystę do kolekcji. Jestem bule, tłumaczył, bo mam białą skórę, jasne oczy i złote włosy. Zaprotestowałam, że ciemnobrązowe przecież. Nie ma różnicy, według ludzi tutaj wyglądają na złote.
Oczywiście. I oczywiście cały zestaw oczekiwań, jak powinien się zachowywać obcokrajowiec. Na pewno nie mówić po chińsku.
Pan pyta się, jak dojadę na stację, mówię, że nie wiem. Zaoferował, że mnie podwiezie, dał numer. I pożegnał się.
Poszłam na spotkanie z couchsurferką Natalią. Zaproponowała, że pojedzie na przystanek blisko mojego miejsca pobytu. Ja muszę dojechać tam angkotem, czyli indonezyjską wersją filipińskiego jeepny i tajskiego tuk tuka, samochód z dwoma ławkami wzdłuż boków, zatrzymujący się na żądanie. Pytam się w 7-eleven, gdzie tu się łapie angkot. Dziewczyna nie rozumie, pokazuję napisane. A, angkot!- powtarza, z bardziej okrągłym „o”. Tylko to mówiłam źle.
Angkot było zupełnie łatwo złapać. Są czerwone w Dżakarcie, kierowca przy wsiadaniu zapewnił, że jedzie tam, gdzie potrzebuję dojechać. Zapłaciłam tę samą cenę, którą płacą miejscowi. Wysiadam, podchodzę na przystanek, gdzie ma przyjechać Natalia. Ładuję kartę magnetyczną, którą dała mi Susie. I czekam.
Zaczepiają mnie pracownicy. Skąd jestem, gdzie chcę iść, dlaczego tu siedzę, ile już jestem w Indonezji, jak mi się podoba Indonezja. Uczę się, jak jest Polska: Polandia. Oczywiście, pada pytanie, czy mam chłopaka. Pada odpowiedź, której nauczyłam się przez lata podróży: tak, Indonezyjczyka. Jakby był z Zachodu, mogliby się nie przejąć. Przecież ludzie na Zachodzie są „otwarci”, takiemu z Zachodu by pewnie nie przeszkadzało, jakbym miała jednego chłopaka czy dwóch z przystanku w Dżakarcie.
Mimo to jeden koniecznie chce ze mną zdjęcie. No spoko. Obejmuje mnie za ramię i się przysuwa. Nie nie nie nie! Nie będzie udawania, że jestem jego dziewczyną. To się odsuwam. To on się przysuwa. To się odsuwam. Nie wiem, w którym momencie zostało zrobione zdjęcie. Najprawdopodobniej uda mu się udowodnić, że spotkał swoją nową dziewczynę Polkę na przystanku.
Oprócz tego niech żyje Internet w komórce, bo napisałam do wszystkich, do których miałam napisać i zajęło mi to jakąś godzinę. W międzyczasie podeszła się zaprzyjaźnić pani w średnim wieku, która uczy dzieci angielskiego. Jej angielski nie był zbyt dobry, co dodatkowo powiedziała mi, zawstydzona. Przekonywałam ją, że bardzo dobry. Wytłumaczyłam jej, że nie znoszę uczyć dzieci, to pytała się, czy mam dzieci. Tłumaczyła mi, że muszę polubić dzieci, bo muszę mieć dzieci potem. Ja jej tłumaczyłam, że mieć dzieci, a uczyć obce dzieci to dwie różne rzeczy.
A Natalii wciąż jak nie było, to nie było. Twierdziła, że utknęła w korku. To czytałam LP o Indonezji. I dalej jej nie było. W końcu nawet przestała odpowiadać. To poszłam do centrum handlowego obok. Indonezja ma ogromną ilość centrów handlowych.
Jak już tam poszłam, napisała mi wiadomość, że przyjechała.
Czekałam na nią trzy godziny. Trzy godziny.
Była już piąta i powiedziałam jej, że skoro tak długo jechała i skoro są takie korki, nie ma sensu ruszać się nigdzie. Poszłyśmy coś zjeść na food court.
Jak się okazało, food court miał całe stoisko wegetariańskie, z tradycyjnym jedzeniem indonezyjskim. Mięso było zastąpione czymś mięsopodobnym. Zwykle takie potrawy śmieszą mnie do łez. Pełno tego w menu restauracji wegetariańskich i wśród wegetariańskich przepisów. Udawane kotlety, udawane kiełbasy, udawane ryby. Dumą kucharza czy autora przepisu jest to, że nie czuć różnicy. Ale jeśli ktoś tak lubi smalec, kiełbasy czy ryby, dlaczego zostaje wegetarianinem? Do łez rozbawił mnie kiedyś przepis na imitację ryby, „selerybę”. Naprawdę. Komuś chce się spędzać godziny w kuchni, aby przemienić selera w rybę.
Jednakże, w niektórych przypadkach jest to uzasadnione. Na przykład, jak wypada zjeść rybę na Wigilię, a ktoś nie je ryby, to przyrządzi selerybę.
Albo jak ktoś podróżuje i chce spróbować smaków miejscowych, a nie je mięsa.
Natalia okazała się być warta czekania. Porozmawiałyśmy o naszych podróżach, o sytuacji życiowej. Zrezygnowała właśnie z pracy i chciałaby uczyć dzieci w przedszkolu, ale twierdzi, że jej się nie uda. Studiowała inną dziedzinę psychologii niż psychologię edukacyjną, a ponadto pracodawcy wolą nauczycielki z Singapuru czy Malezji, bo lepiej mówią po angielsku.
Jak pracowała w poprzedniej firmie, wstawała codziennie o trzeciej rano, wychodziła z domu, wsiadała do autobusu, od razu zasypiała. Docierała do pracy na ósmą. Po pracy podróż do domu zabierała jej też około trzech i pół godziny, była w domu na dziesiątą.
To tak jakby ktoś jeszcze narzekał na swój dojazd.
Oprócz dojazdów, w Dżakarcie złe są mieszkania. Jak się zdziwiłam, powiedziała, że tam gdzie ja mieszkam, są fantastyczne. Rzeczywiście, było to najlepsze mieszkanie, jakie widziałam w Indonezji.
Poopowiadała, jak podróżuje za małe pieniądze. Tym właściwie mnie ujęła, bo napisała mi, że mi może pomóc podróżować za małe pieniądze w Indonezji.
Raz podróżowała z kuchenką i podłączyła ją do prądu w KL na stacji KL Sentral. Ludzie się na nią patrzyli, ale nic nie zrobili. Na pewno myśleli, że jestem z Indonezji- powiedziała.
Podoba mi się ten pomysł. Brzmi niemądrze, ale jeśli ktoś podróżuje odpowiednio długo, zaczyna w końcu tęsknić za gotowanym samodzielnie jedzeniem. Podczas każdego wyjazdu wchłaniam na pewno ogromną ilość tłuszczu i cukru, nie wspominając już o przygodach z „wegetariańskimi” zupami z kawałkami mięsa. Przed kolejnymi wakacjami poważnie rozważę spakowanie kuchenki.
Potem chodziłyśmy po centrum handlowym. Był więcej niż jeden zespół śpiewający na żywo i to nieźle. Tak jak na Filipinach.
A największą moją radością było znalezienie specjalności singpurskiej, czyli lodów w chlebie. W tamtym roku o nich nie wiedziałam i nie kupiłam sobie lodów w chlebie w Singapurze. Kiedy Iga o tym opowiadała, zrobiło mi się niemożliwie przykro. A tu proszę, w Dżakarcie też mają. Kupiłam takie o smaku zielonej herbaty z chrupkami cytrynowymi i zjadłam z chlebem.
Natalia przeżywała strasznie, że nie chcę setki zdjęć, tak zwykli chcieć Azjaci. Byłam tak szczęśliwa, że jem lody z chlebem, że uległam i pozwoliłam sobie zrobić zdjęcie.
To zrobiła mi pięć.
Azjaci przynajmniej znaleźli dobre zastosowanie swojego obrzydliwego słodkiego chleba. Pasuje przynajmniej do lodów.
Bardzo ciekawie nam się rozmawiało i pożegnałyśmy się koło ósmej.
Kiedy wróciłam do bloku Susie, napisałam jej wiadomość, kiedy mogę iść na górę, bo jeszcze bym chciała korzystać z internetu. Powiedziała że pomiędzy dziewiątą a dziesiątą.
Wysłałam prośby do ludzi o nocowanie na Bali.
Koleżanka z Indonezji, która mieszka w Ningbo, też była w Dżakarcie. Napisała, że może pójdą teraz na stare miasto, czy nie chcę dołączyć.
Jasne, że chcę. Ile to, trzy godziny w jedną stronę? Już biegnę.
Pomimo że byłyśmy w Dżakarcie w tym samym czasie przez parę ładnych dni, nie mogłyśmy się spotkać.
Kiedy poszłam na górę, Susie już spała.

Następnego dnia obudziła się dziko wcześnie, a ja o siódmej. Zrobiła smutną minę, że już jestem umówiona z Natalią, zatem szybko dodałam, żeby ona też przyszła.
Jak zobaczyła, że jem chleb, powiedziała, że miała gościa z Iranu i zostawił jej coś do chleba. „Coś” okazało się być chałwą. Zdziwiłam się mocno i powiedziałam jej, że może i w Iranie jedzą to z chlebem, nie wiem, ale ja pierwsze słyszę o takim połączeniu. Rozkroiłam i spróbowałyśmy chałwy. Przyznała, że to nie pasuje do chleba.
Ciekawe, czy zjadła resztę. To była dobra chałwa.
Poczęstowała mnie owocami, miała ich pełną lodówkę. Po raz pierwszy w życiu widziałam na oczy wiele z nich. Spróbowałam owocu- gwiazdy. Owoc w kształcie gwiazdy, słowo daję. Wężowy owoc to indonezyjski odpowiednik jabłka, można go kupić na każdym straganie tanio. Ma skórkę przypominającą skórę węża. Po raz pierwszy widziałam i jadłam mangostynę, którą tylko znałam z nazwy.
Przy śniadaniu plotkowałyśmy dużo, najwięcej o bardzo dziwnym coachsurferze z Niemiec, Benie. Opowiadała mi dużo o perypetiach z nim i jego szaloną dziewczyną. Najbardziej było jej wstyd, jak poleciła go do hostelu na wyspie Lombok. Jest to hostel- uwaga- za darmo. Starsze małżeństwo zbudowało wielki dom, a dzieci się wyprowadziły. No to prowadzą hostel za darmo. Kolega Niemiec przybył tam ze swoją dziewczyną Indonezyjką i zażądał prywatnego pokoju. Właściciele na to, że nie ma, tylko wspólne, a poza tym nie zgadzają się, aby para bez ślubu spała razem w ich domu. Takie mają poglądy.
Zrobił awanturę, że co to za obsługa.
No obsługa za darmo.
Właściciele polecili mu, żeby pojechał na kemping. Tam można spać w namiocie razem z dziewczyną, tyle że za wynajem namiotu i sprzętu, być może za wycieczkę też, już trzeba zapłacić.
Ben się obraził. Bo oni prowadzą biznes i zarabiają na nas pieniądze. Zorientowałem się! Taki sprytny jestem!
Powtarzam. Hotel. Za darmo.
Zastanawiałam się, czy wolno im być razem, skoro dziewczyna jest Indonezyjką. Przecież muzułmankom wolno mieć związki tylko z muzułmanami. Okazało się, że jest chrześcijanką, ale Susie tłumaczyła, że muzułmanie zwykle wymagają, żeby przyszły zięć nawrócił się na islam. Wiadomo, że to nawrócenie jest na niby, ale są z niego bardzo dumni, to powód do chwały. Nawet gwiazdy telewizji chwalą się, jeśli nawróciły kogoś na islam.
Kolejną kwestią było mycie się. Indonezyjczycy myją się bez przerwy, przynajmniej po dwa razy dziennie, ale zwykle więcej, trzy razy. To tak jakby ktoś jeszcze narzekał na „brudnych” muzułmanów. Susie oświadczyła, że jest tolerancyjna i wie, że jej goście myją się tylko raz. Mimo to zaczęłam w Indonezji myć się po miejscowemu, co chwilę.
Przygotowałyśmy się szybko i wyszłyśmy.
Najpierw angkotem na przystanek. Do angkotów i z angkotów wychodzę prawie na czworakach, taki mają niski sufit.
Autobusem do centrum. Jak tylko weszłam do autobusu, aż zabolał mnie następny oddech, tak mocno nastawiona była klimatyzacja. Susie wyjaśniła, że to jest nowy autobus. W Indonezji nikt niczego nie konserwuje i za jakiś czas w autobusie będzie ciepło.
Autobus jest podzielony na część dla panów i dla pań. Panie z przodu, panowie z tyłu. Kobietom wolno być w części dla mężczyzn, ale nie odwrotnie. Dzieje się tak, bo były z początku przypadki molestowania seksualnego w autobusie. Jest nawet znak, nie molestować, czyli przekreślony pan podnoszący pani spódnicę.
W autobusie pytałam Susie, jak tu się traktuje chrześcijan, czy jest dyskryminacja. Mówiła, że owszem, jest. Nie podoba się muzułmanom na przykład, kiedy chcą budować nowy kościół. Protestują, awanturują się. Roześmiałam się i wytłumaczyłam, że my robimy to samo muzułmanom w Polsce. Starałam się opisać sytuacje polityczną kraju, kładąc nacisk na to, że katolicy potrafią być tak nietolerancyjni i agresywni, jak ci właśnie muzułmanie. Zwykle moje opowieści o współczesnej Polsce wywołują przestrach lub współczucie. Nie u Susie.
-A ci katolicy mordują?
-Nie.- przyznałam.
-No to w czym problem?
W Indonezji nie tak dawno muzułmanie i chrześcijanie mordowali się nawzajem. Trzy tygodnie wcześniej był zamach terrorystyczny. Indonezyjskie plemiona nie tak dawno dokonywały ludobójstw na tle etnicznym. Ludzie w rządzie, którzy coś tam sobie mówią, nie robią na Susie wrażenia.
Cudem byłyśmy trochę wcześniej i mogłyśmy zajrzeć do katedry i zwiedzić meczet. Katedra była bardzo ładna i odbywał się ślub. Weszłyśmy i cicho słuchałyśmy sobie. Pięknie śpiewali i nie chciałam iść zwiedzać dalej. Niestety, zaraz zaczęli się modlić.
To tylko możliwe w Azji- meczet po drugiej stronie ulicy. U nas wybuchłaby wojna domowa.
Meczet Istiqlal, czyli Meczet Niepodległość, to trzeci największy meczet świata, naprawdę ogromny. Wyłożony włoskim marmurem i z poręczami ze stali japońskiej. U wejścia zdejmuje się buty.
Oprowadza pan przewodnik. Należy założyć kimono. Wcześniej kłóciłam się z Susie, że nie każą nam założyć kimona, tylko abaayę. Okazało się, że nie miałam racji, bo rzeczona szata nie miała kaptura i miałyśmy odkryte głowy. Ok, kimono, niech będzie.
Przewodnik wyłożył mi po angielsku wyuczony tekst. Weszliśmy do sali modlitw, ogromnej. Może zmieścić się w niej ponad sto tysięcy wiernych. Pełen jest zwykle w czasie Ramadanu, teraz gdzieniegdzie siedzieli wierni grupkami, dzieci biegały wokoło. Meczet zbudowany został na okazję niepodległości Indonezji.
Przechodziliśmy przez wielkie dziedzińce, korytarze, klasy, w niektórych lekcja była w toku. Przewodnik tłumaczył ile wszystko ma metrów. Zapamiętałam tylko tyle, że minaret ma wysokość w metrach taką samą, jak ilość wersetów z Koranu.
Przy okazji uświadomiłam sobie, że nikt już nie wspina się na minarety. Zawsze wyobrażałam sobie, że modlitwy są wyśpiewywane ze szczytów minaretów i może rzeczywiście były przed wynalezieniem kabli i głośników. Kto teraz potrzebuje się wspinać po schodach? To chyba trębacze z Kościoła Mariackiego, którzy codziennie wspinają się na wieżę, wpłynęli tak na moją wyobraźnię.
Po zwiedzaniu pan poprosił o datek, ale zaznaczył, że jest dobrowolny. Jak chciałam dać do skrzynki na donacje, zostałam powstrzymana. Panu dać.
Datek. Jasne.
Dałam panu mniej niż dolara. Podziękował.
Byli też Irańczycy i ich też poprosił o datek. Powiedzieli mu, że to się nie godzi, aby muzułmanin żądał zapłaty od muzułmanina za zwiedzanie meczetu. Na co pan, że są skąpi.
Po całym meczecie swobodnie poruszają się wierni. Jest też dużo kotów, bo Prorok lubił koty. Niestety, nie lubił psów.
Poszłam do łazienki i nie żałuję wycieczki. Skonfundowałam się gorzej niż kot (a jak ktoś widział skecz Monty Pythona, wie, jak bardzo konfundują się koty).
Wielka, wyłożona kafelkami hala, jak boisko. Rząd okrągłych dziur w ziemi ze zbiornikiem wody, z każdej wystaje stalowe rusztowanie. Najpierw myślałam, ze to są toalety, bez żadnej osłony. Potem na szczęście zorientowałam się, że kabiny są po prawej, a metalowe konstrukcje po prawej to krany. W każdej kabinie jest zbiornik na wodę i czerpak, pewnie by umyć się przed modlitwą.
Potem poszłyśmy pod Monument Narodowy. Po drodze kupiłyśmy owoc chlebowca, który smakował jak chleb. Kupiłyśmy też tradycyjne picie z trzciny cukrowej. Pan miał takie dwie długie tykwy połączone, by można sobie je przewiesić przez ramię. W środku musiał być też lód, bo było zimne. Nalewał do szklanki, piło się, oddawało szklankę, pan ją maczał w wodzie, i wieszał na haku, żeby wyschła.
-Nie chcesz się zapytać, czy to higieniczne?- pytała Susie.
-Nie, dlaczego?
-Bo moi goście zawsze się pytają, czy to higieniczne.
Ponoć nie ma głupich pytań, ale chyba jednak czasem są. Przecież widać, że to niehigieniczne. Po co się pytać?
Po drodze obserwowałyśmy też kanały, sztywne od brudu. Pytałam, dlaczego tego nie wyczyszczą. Dowiedziałam się, że czyszczą i to co widzę, to znaczna poprawa.
W jednym miejscu był też ogromny dym, jakby wybuchł pożar. Okazało się, że to trucizna na komary. Susie poleciła zakryć nos i przebiegłyśmy.
Po drodze widziałyśmy też włoską lodziarnię, zaraz u brzegu śmierdzącego kanału. Ryknęłam śmiechem i Susie nie zrozumiała, dlaczego. Ponoć ustawiają się tu kolejki, bo to takie pyszne lody. Nad paskudnym kanałem, parę metrów od ściany dymu.
Spotkałyśmy wreszcie Natalię. Poszłyśmy pod Monument Narodowy, który ma trzydzieści pięć kilogramów złota, a nie pięćdziesiąt i od razu zabłysnęłam tą wiadomością.
Natalia bardzo cierpiała, że nie chcę mieć zdjęcia wszędzie. Zgodziłam się na zdjęcie pod pomnikiem, ale nie zadowoliło jej to na długo. Zaczęła znowu marudzić pięć minut później i dziesięć metrów dalej, pod tablicą pamiątkową. Kiedy jasno powiedziałam, że nie chcę zdjęcia, zaczęła się kłócić. To już przestało mnie cieszyć, bo jestem na wakacjach dla przyjemności, a nie w pracy w charakterze modelki. Nie chcę wszędzie pozować, chcę coś zobaczyć. A poza tym nie znoszę, kiedy ktoś mnie do czegoś zmusza. Susie powstrzymała ją i kazała jej zostawić mnie w spokoju. Zachodni turyści nie są tacy jak my, Azjaci, wytłumaczyła. Oni nie chcą dużo zdjęć. Ona już się nauczyła, miała dużo gości.
Poszłyśmy stamtąd szybko, bo odbywała się demonstracja. Zamknęli fabryki Panasonic i Toshiby w Indonezji. Wszędzie pełno policjantów, demonstracja miała przejść za niedługo pod pomnik. Naszykowane mieli hełmy, tarcze i bambusowe pałki, leżały równo rzędami na ziemi. Część policjantów miała po osiemnaście lat na oko, jeden czy dwóch na mnie zagwizdało. Dużo było też pań policjantek.
Pytałam, jakie są nastroje po ataku terrorystycznym w centrum handlowym w Dżakarcie parę tygodni temu. Okazuje się, że najbardziej przejęła się tym chyba moja rodzina. Mieszkańcy Dżakarty natomiast uważają, że nic się nie stało, nie boją się kolejnych ataków i parę dni po zdarzeniu przyjeżdżali na miejsce tragedii zrobić sobie selfie.
Po drodze na stare miasto byłam już głodna. Tu nie ma problemu, jestem głodna, mogę zjeść. Był pan przy drodze, który robił omlet. Miał taki mały piecyk na węgiel i naczynie z gliny. Natalie mówiła, że ona tego nie lubi. Potem okazało się, że nigdy nie jadła i nie wie, co to jest. Nie wiedziała nawet, gdzie jest miasto Susie, Lampung, a ja nawet wiedziałam.
Później Susie skwituje ją słowami:
-Ona ogólnie dużo nie wiedziała.
Ale była taka miła.
Zwiedzałyśmy muzea. W Muzeum Narodowym najpierw było sporo hinduskich posągów.
-Widzisz, bo Parwati to żona Sziwy. Sziwa stworzył świat, a Parwati go zniszczy.- powiedziała Natalia tonem znawcy. Odpowiedziałam:
-Sziwa zniszczy świat, a Wisznu go stworzył.
-O, ty już tyle wiesz!
Chyba podziękuję Natalii za oprowadzanie.
Największą atrakcją był oczywiście obiekt kultu hinduistycznego, czyli kamienny posąg fallusa. Była to jedyna nieopisana rzeźba w muzeum.
Moje towarzyszki zaczęły chichotać i robić mu zdjęcia.
Potem była wystawa ceramiki. Tutaj towarzyszki chciały już zawrócić mnie z drogi i nie oglądać nic więcej.
A okazało się, że muzeum ma jeszcze dwie wielkie hale, nawet nie sale, a dosłownie hale eksponatów. Jako że koleżanki się nudziły, porobiłam zdjęcia, by to później opisać.
Pełno było dzieci ze szkół, Natalia powiedziała, że z madras, czyli ze szkół muzułmańskich. Dopytywałam się, czy to szkoła taka po lekcjach, czy szkoła na pełny etat, co naucza biologii, matematyki i innych przedmiotów. Szkoła na pełny etat, okazało się, tak jak szkoła katolicka. Dzieci miały mundurki, dziewczynki identyczne hidżaby.
Oczywiście Natalia zmusiła mnie do sesji zdjęciowej z dziećmi. Widać na zdjęciu chmarę dzieci i mnie w tyle.
Poszłyśmy potem na plac, centrum miasta. Żar lał się z nieba. Ponoć to pora deszczowa w Indonezji, a tymczasem pada po kilkanaście minut w ciągu dnia, nie więcej.
Koleżanki poleciły muzeum kukiełek, co nie brzmiało jak coś, co chciałabym zobaczyć. Jednakże trochę kukiełek było już w Narodowym i podobały mi się. Teatry kukiełkowe są tradycyjne w Indonezji.
Piękne i ciekawe, ale nie wiedziałam, do czego się odnosiły, tak mało było opisów po angielsku. Jeśli były, brzmiały przykładowo tak:
„Bima był dzielnym rycerzem i miał silny paznokieć o imieniu Kuku Pancakaka, który był bardzo ostry. Był drugim synem Prabu Pandu Dewanata i Dewi Kunti. Był jednym z pięciu Pandawa”.
Albo:
„Sagriva Pandu zdziwiony przyjąć przychodzący Resi Vali, nagle zły i całkiem pokonany, Perkelahlanpun nieunikniony, ale Sagriva przegrał i rzucił Dijepi Asem gałąź drzewa”.
Zrozumiano?
Pod koniec, ku ogólnej radości, znalazłyśmy lalki z Polski, w łowickim stroju.
Tu już dałam sobie zrobić zdjęcie.
Musiałam usiąść i odpocząć. Znalazłam jedno krzesło, koleżanki rozłożyły się na podłodze. Śmiały się, że Indonezyjczycy zawsze siedzą na podłodze i są z tego znani na całym świecie.
Susie naszła refleksja.
„No, bo my Azjaci nie lubimy muzeów. My wchodzimy, robimy sobie selfie w kilku miejscach i wychodzimy. A turyści z Zachodu czytają te wszystkie opisy i oglądają. U nas nikt nie lubi”.
Zadałam chyba oczywiste pytanie.
-To dlaczego macie muzea?
-A bo chyba nasz rząd uważa, że to dziedzictwo, że trzeba wystawić w muzeum.
Aha.
Na zewnątrz przyjrzałam się bliżej dorożkom dla turystów. Susie mówiła wcześniej, że nigdy z nich nie korzysta, bo żal jej koni. Zdziwiłam się, bo przecież konie potrzebują pracować. Kiedy zobaczyłam koniki z bliska, zrozumiałam.
Do dorożek zaprzężone są wychudzone konie, kości im wystają i ledwo trzymają się na nogach. Koń musi nie dostawać pić, bo dyszał z gorąca. Stał i nieustannie dyszał. Upał był ogromny. Wyglądał, jakby chciał się położyć, ledwo się trzymał na nogach. W dorożce siedzieli chłopcy, mogli mieć może piętnaście lat, bili go lekko batem dla zabawy i cieszyli się.
Byłam tak bezsilnie zła. Nawet jak na nich nawrzeszczę, tylko sama sobie trochę ulżę, koniowi nie pomogę. Chłopców tylko rozbawię.
Natalia zaczęła się śmiać. Nie oznacza to, że się ze mną nie zgadzała, też mówiła, że jest oburzona, że tak traktują konie. W Azji śmiech jest reakcją na zażenowanie, wstyd.
Powiedziała mi, że lepiej, żebym nie szła zwiedzać zoo, bo tylko napatrzę się na zwierzęcą krzywdę. Ponoć zwierząt się tam za bardzo nie karmi, ale za to na potęgę drażni. Susie dodała, że kiedyś zrobiono sekcję zwłok żyrafie zmarłej w zoo i znaleziono w jej żołądku kilogramy plastiku, bo, po pierwsze, ludzie rzucali jej do wybiegu śmieci, a po drugie, była tak głodna, że je jadła.
Nie chciałam już oglądać muzeum bankowości, nawet nie skusiła mnie perspektywa kolejnych selfie. Już było gorąco, więc zebrałyśmy się do domu i musiałyśmy pożegnać Natalię.
Wieczorem spędziłam kolejny wieczór nad internetem, a Susie już spała. Po lobby biegały dzieci, szalały, rzucały się, darły jak oszalałe. A rodzice patrzyli się skupieni w telefony. Zdenerwowali by się chyba albo zwrócili uwagę na dzieci, jeśli przeszkodziłyby im w odpowiedzeniu na wiadomość na whatsappie. Widok bardzo typowy w Azji.
Wstałyśmy w niedzielę, Wigilię Chińskiego Nowego Roku i pojechałyśmy zwiedzić kolejną atrakcję Dżakarty: park Taman Mini, czyli kraj w miniaturze.
Idea wydaje się głupia, ale cóż. Nie zwiedzę całej Indonezji, a jakaś atrakcja na dzień jest.
Podróż autobusem nie zajęła nam długo jak na Dżakartę, tylko półtorej godziny. W autobusie spotkałyśmy starszą Chinkę, która usiadła na miejscu dla niepełnosprawnych i zażywała leki na serce. Niosła przekąski do sprzedania na ulicy, dwa pudła. Chciałyśmy od niej kupić, ale miała zapakowane w wielkie paki, które nam się nie mieściły do plecaków i nie chciała podzielić na pół. Widocznie się jej nie opłaca.
Pani opowiedziała, że nie ma rodziny, teraz jedzie do innej dzielnicy Dżakarty spędzić Chiński Nowy Rok z dalszymi krewnymi. Musi się sama sobą zajmować, żadnej emerytury nie ma, nic.
Mówiła do mnie w swoim dialekcie. Susie zapewniała, że pani jest przekonana, że to mandaryński.
Niech pani dalej będzie pewna. Chińczycy często twierdzą, że mówią po mandaryńsku, jeśli do swojego dialektu dodadzą parę słów czy zmodyfikują dwa dźwięki. Niestety, to wciąż nie mandaryński.
W angkocie spotkałyśmy dziewczynkę, która okazała się mieć dwadzieścia lat, choć wyglądała na piętnaście. Pokazała nam drogę. Ona szła tam brać udział w przedstawieniu teatralnym.
Na pożegnanie uścisnęła nam rękę, a potem przyłożyła ją do policzka. To znak szacunku. Uczniowie często całują rękę starszych, bądź przykładają ją do policzka bądź czoła.
W Indonezji istnieje tyle rodzajów powitań, że trudno się połapać.
Zwiedzamy park. Oczywiście Susie próbowała mnie namówić na zwiedzania azjatyckie: jest pociąg, który jeździ po parku i można wysiąść i wsiąść trzy razy. Najlepsze wyjście, bo ten park jest TAKI OGROMNY!
Ma najwyżej dwa kilometry długości. Już widzę te tłumy Azjatów, co wsiadają w kolejkę, wyskakują trzy raz, robią sobie selfie i idą na lunch jeść „many deliciuous food”.
Park bardzo ciekawy. Napisów po angielsku nie ma, Susie też nie znała się i nie mogła mi wiele wyjaśnić, ale i tak oko cieszy różnorodność strojów, domów, narzędzi, akcesoriów. Trudno sobie wyobrazić, będąc z homogenicznej Polski, że w jednym kraju może pomieścić się tyle kultur i narodowości.
Niektóre domy są bardzo piękne. Wynajmowane są na wesela i widziałyśmy takowych przynajmniej dwa. Wiele jest zbudowanych w ten sposób, by pomieścić indonezyjskie zgromadzenie. Nie trzeba do tego ścian, wystarczy duża połać drewnianej podłogi i dach. Większość „prowincji” takowe miała. W jednej z nich było jakieś przyjęcie. Chciałam tylko przysiąść na chwilę w cieniu i napić się wody.
Tylko tak uczyniłyśmy, dostałyśmy koszyk ugotowanych orzeszków ziemnych i trochę wody. Susie zapytała bezpośredniością azjatycką w takich sytuacjach:
-A to jest za darmo?
Że też w Azji nikt się nie wstydzi pytać.
Owszem, za darmo. Okazało się, że jest to impreza parafii katolickiej.
-Czekaj, posiedzimy tu trochę, to dostaniemy lunch za darmo.- powiedziała Susie, kiedy już chciałam iść.
Na razie zjadłyśmy orzechy, co do jednego. Gotowanie orzechów ziemnych to dobry zwyczaj. Parafianie bawili się w jakieś gry.
Ja byłam zdania, żeby już iść, Susie chciała czekać, aż dadzą nam jeść. Podszedł do nas parafianin powitać nas. Porozmawiali sobie życzliwie po indonezyjsku. Susie nie omieszkała wspomnieć, że ona i ja jesteśmy katoliczkami. Pan był niesamowicie szczęśliwy, że Polka też jest katoliczką.
No niespodzianka.
Nagle, wśród dalszej wymiany grzeczności, Susie spytała:
-Dostaniemy darmowy lunch?
Pan powiedział, że oczywiście. Nie wierzyłam swoim oczom i uszom.
Najpierw parafia zgromadziła się obejrzeć krótki film. Zdjęliśmy buty i usiedliśmy na matach. Susie usiadła po turecku, to ja też. Po dłuższej chwili każe mi złączyć nogi, bo mam za krótkie spodnie. Spuścisz takiego obcokrajowca z oka i nawet usiąść przyzwoicie nie umie.
Przewodniczący zgromadzenia powiedział wszystkim, że oto gości wśród nas katoliczka z Polski, Julia. Wszyscy się cieszyli i bili brawo. Zrobiło mi się trochę głupio. Jak podwożą mnie Hindusi, jestem wolnomyślicielem. Jak karmią mnie katolicy, katoliczką. Na szczęście wyrzuty sumienia były płytkie, bo byłam głodna.
Po krótkiej przemowie został wyświetlony film. Pokazywał niebezpieczeństwa nowych technologii poprzez szereg różnych scenek. Na pierwszej dziewczyna potyka się i zakupy wypadają jej z torby na ziemię. Chłopak patrzy się w komórkę i nie pomaga. W drugiej scence chłopiec strzela gola, a jego tata odbiera telefon i nie widzi. W trzeciej dziewczynka chce się nauczyć jeździć na rowerze, a jej mama jest zajęta komórką i w końcu dziewczynka porzuca rower. I tak dalej.
Pan to wszystko komentował i pytał się mnie, czy już widziałam ten film.
W dalszej części filmiku wszystko się odstało: chłopiec pomógł dziewczynie, mama córce, tata zobaczył gola. Wszyscy widzowie wiwatowali i bili brawo.
Drugi filmik był po chińsku z napisami po indonezyjsku. Siedzi rodzina przy stole: rodzice i trójka synów. Rodzice dają wykład dzieciom, że przy jedzeniu nie wolno odbierać telefonów. Nagle dzwoni komórka ojca. Ten odbiera i okazuje się, że to nauczyciel dzwoni, ważna sprawa. Mama tłumaczy to dzieciom, że przede wszystkim, rodzice to co innego, sprawy rodziców są ważne, a poza tym to była ważna rozmowa. Tylko skończyła mówić i już dzwoni jej własna komórka. Mówi zakłopotana, że tylko sprawdzi, kto dzwoni, bo może być coś ważnego. Widzi, że krewni i mówi, że musi odebrać, bo to na pewno jakieś nie cierpiące zwłoki sprawy. Odbiera, mówi: tak, słucham. Naprawdę? Naprawdę? Obniżka pięćdziesiąt procent?!
Synowie patrzą na nią tępo.
Susie sprawdziła, czy rozumiałam i czy to tym razem był mandaryński.
Po tych filmikach można było już jeść lunch.
Bałam się trochę, że nałożą mi mięso na talerz i powiedzą: to twój lunch, trzeba będzie przyjąć z wdzięcznością. Ale na szczęście był bufet i jeszcze panie pytały się, czego nie jem i wskazywały, które to warzywa, które ryby. Te potrawy cieszyły się najmniejszą popularnością, przydałam się jako wyjadacz wegetariańskich, niedocenianych potraw.
Panie ostrzegały, że ostre. Uspokoiłam je, że sobie poradzę. Nie takie rzeczy już jadłam w Azji. No ale rzeczywiście, trzy lata temu nie dałabym rady, wszystko było krwistoczerwone od posiekanego na drobny mak chili. Sałatka wyglądała następująco: trochę pomidorów, jakieś liście i pokrojone chili. Ciekawe, czy oni to potrafią przełknąć, chyba tak. Ja odłożyłam większe kawałki papryki na bok. Niestety, słabo widzę, albo nie jestem dość bystra, bo zawsze robię ten sam błąd i popełniłam go i tym razem: widzę kawałek chili i myślę sobie: jaki ładny kawałek pomidora/ marchewki, zjem sobie! I cierpię przez następne minuty.
Zjadłam lunch złożony z ryżu, liści papai, ryby z chili, sałatki z chili, indonezyjskiej chrupiącej przekąski, którą chciała nam pani sprzedać rano (uwaga dla wegetarian: chrupki w Indonezji robi się z tranu) i banana. Była jeszcze woda, Susie zrobiła sobie zapas, bo za darmo.
Przez cały czas reszta parafian śpiewała i tańczyła. Jedna pani śpiewała „You raise me up”.
Pan parafianin podszedł i spytał, czy umiem śpiewać. Przez chwilę byłam przestraszona, że będę musiała dosłownie śpiewać za jedzenie, jak w przysłowiu. Ale na szczęście uwierzył, że nie umiem.
Prędko puścili sobie muzykę z północnego Sulwesi i zaczęli tańczyć swój taniec. Składali ręce, ponoć na weselach wkładają w nie pieniądze i tak tańczą. Susie powiedziała, że musimy się pożegnać ze wszystkimi po kolei. Na szczęście odpadały dzieci i tańczący.
Nauczyłam się nowego pozdrowienia. Podajemy sobie rękę, a potem kładziemy ją na sercu. Zabieramy w ten sposób ofiarowane nam błogosławieństwo do serca. Poza tym kłaniamy się ze złożonymi rękami. Ponoć to wiejskie pozdrowienie, nie robi się tak w Dżakarcie, ale mi się spodobało. Jedna starsza pani pozdrowiła mnie tradycyjnie: złożone ręce, ukłon, a potem obejmuje swoimi złożonymi dłońmi moje czubki palców.
Poza tym widziałyśmy posągi z Sulawesi, które niegdyś stawiano tam wokół domów. Posąg męski ma penisa, a żeński waginę. Bardzo logiczne. Susie się bardzo śmiała, nie wiem z czego.
Poza tym dowiedziałam się rewelacji: zawsze myślałam, że domy na palach w tej części świata stawiano dla ochrony przed powodzią. A tu okazuje się, że w strachu przed dzikimi zwierzętami.
Inną rewelacją była makieta grobu z Sulawesi. Chowają tam zmarłych w środku góry. Susie mówiła, że Szaman zaklina zwłoki i wstępuje w nie duch. Wtedy zwłoki idą same to swojego grobu.
Jeśli to jest prawda, trochę mi głupio, że chwaliłam się czymś tak zwykłym jak duchy wstępujące w żywych ludzi na festiwalach hinduistycznych. Jak wstępują w zwłoki, tym dopiero można się chwalić.
Ponadto, Sulawesi wyglądało najciekawiej ze wszystkich prowincji i szkoda ogromna, że nie zaplanowałam wyjazdu tam.
Koło pierwszej było już gorąco jak w piekle i zwinęłyśmy się do domu. Susie miała jeszcze pomysł, żebym obejrzała makiety tych części Indonezji, które odwiedzę, aby tam nie płacić za wstęp do zabytków. Podziękowałam. Nawet moje skąpstwo ma swoje granice.
Angkot, którym dojechałyśmy na przystanek, był tak zatłoczony, że nie mogłam uwierzyć, że się zmieścimy. Mnie wepchali do przodu, koło kierowcy i pani z dzieckiem. Po dojechaniu na zatłoczoną stację, nie umiałam otworzyć drzwi, bo miały tylko metal, żadnej obudowy, izolacji czy uchwytu. Kierowca na mnie wrzeszczał, paru ludzi rzuciło się pomagać. A potem chciał naciągnąć Susie na tysiąc rupii i była bardzo zła.
Jak wyszłyśmy z angkotu, kierowcy zaczęli krzyczeć w moim kierunku, bo oczekiwali, że zarobią. Jeden chłopak wykonał bardzo obsceniczny gest i wrzeszczał dalej za mną. Poczułam straszliwą złość, ale co zrobię? Jak na niego nawrzeszczę, nie zrozumie. Mam go pobić i mieć problemy z policją? Niech sobie żyje w brudzie stacji, zasługuje na to.
I to mówi dobra katoliczka, kiedy już nie czeka na darmowe jedzenie.
Jechałyśmy szalenie długą ilość czasu, przynajmniej trzy godziny, w szalenie zatłoczonym autobusie. Chiński nowy rok, wszyscy chcieli wyjść się bawić.
Kiedy dojechałyśmy, Susie poszła spać.
Ja siedziałam w lobby na internecie. Umówiłam się z Susie wcześniej, że na dworzec rano zamówi mi gojka, czyli motocyklistę. Ominie korki. Tymczasem w lobby spotkałam pana Chińczyka, który mówi mi, jutro widzimy się o siódmej! Zapytałam delikatnie, czy nie za późno. Pan mówi, nie, on jest pewny, jutro o siódmej mnie odwozi.
Nie było dyskusji.

Rano pożegnałam się z Susie ze smutkiem. Dała mi tyle. Jechałam do Yogyakarty do jej koleżanki. Napisała mi rano wskazówki, jak dotrzeć na wszystkie możliwe wulkany na Jawie. Dała mi namiary na hostel za darmo na Lombok. Towarzyszyła mi, odpowiadała na pytania.
Wszędzie są dobrzy ludzie. Dżakarta jest potwornym miastem i nawet tam są dobrzy ludzie. To ważna lekcja.
Kolejny dobry człowiek, czyli pan Chińczyk, odwiózł mnie ze swoją żoną, indonezyjską Chinką, na lotnisko. Opowiadał, jaki rząd chiński jest dobry i dba o byt ludzi. Zadziwiające, że Chińczycy wychowani tak daleko od Chin wierzą w tak oczywiście kłamliwą propagandę. Jest lepiej niż w czasach wielkiego głodu, owszem, ale trudno byłoby, żeby było gorzej.
Pan wyjaśnił, że nie świętuje nowego roku, bo nie ma dzieci. To raczej święto dla dzieci, tak samym dorosłym trochę bez sensu świętować. Przyznałam mu trochę rację, święta cieszą najbardziej dzieci.
Poza tym jest chrześcijaninem i bardziej obchodzi Boże Narodzenie.
Dojechałam na stację, wydrukowałam bilet, a raczej obca pani mi wydrukowała, bo ja nie mogłam sobie poradzić z automatem. Wsiadłam w pociąg z planem, że będę wygodnie pisać, skoro zapłaciłam za najdroższy bilet. Niestety, pociąg trząsł się jak polska osobówka. A i tak uparcie pisałam przez prawie siedem godzin szkic mojej opowieści o Dżakarcie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Indonezja. Dżakarta.

  1. ~Grzegorz pisze:

    Te owoce w kształcie gwiazdy w Polsce nazywają się karambola (chyba, że są jeszcze inne). A mangostan już bez większego problemu można kupić.

  2. ~Ola pisze:

    Julia,
    Zaczynam się o Ciebie martwić. Coś się dawno nie odzywałaś. Jak powrót do pracy po wakacjach?

  3. ~Marzena pisze:

    Witam
    Czytam Pani bloga od deski do deski. Fascynująca lektura i bardzo pouczająca. Nawet jeżeli nie ma się zapędów podróżniczych w tamte rejony świata i tak nie można się oderwać:-)
    Co do wegetariańskich kiełbas… Są ludzie, którzy lubią smak mięsa ale nie chcą go jeść z powodów nazwijmy to, ideologicznych. Wtedy pozostaje tylko szukać jak najlepszych zamienników. Sama należę do tej grupy i nie chcę moim sposobem odżywiania się powodować większego cierpienia innych istot. Ale też nie zamierzam się przesadnie umartwiać z tego tytułu:-)
    Życzę powodzenia w dalszych podróżach i czekam na nowe wpisy.

    • Julia pisze:

      Dziękuję za komentarz. Ja właśnie mam inne powody niejedzenia mięsa, czyli takie, że go nie lubię. Postaram już się bardzo nie śmiać z zamienników mięsa :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>