Malezja. Pożegnanie.

Byłyśmy w KL tak wcześnie, że jeszcze zdążyłyśmy pojechać do centrum. Kiedy wracałyśmy, do Igi zadzwonił Shibin i powiedział jej, że ich znajomemu, Darrenowi, urodziło się dziecko. Chciał jechać zobaczyć je teraz w tej chwili. Była dziewiąta wieczorem. Iga tłumaczyła, że ona bardzo chętnie, ale jest przekonana, że jest za późno. Shibin tłumaczył, że nie.
Dla obcokrajowców w Chinach niepojęte jest, jak mało planują Chińczycy. Zwykle mówią: przyjdę do twojego mieszkania teraz. Idziemy na kolację za chwilę. I nawet planując z tak małym wyprzedzeniem, potrafią kilka razy zmienić plan.
Kiedy wszystko było już ustalone poprzez kilka telefonów, Shibin zadzwonił jeszcze raz, by odwołać, bo jednak jest za późno i nie wolno już odwiedzać w szpitalu.
Opadły nam ręce, zwłaszcza, że Shibin jest lekarzem i nie wiemy, jakim cudem nie wiedział, do której są odwiedziny w szpitalu.
Następnego dnia chciałyśmy jechać do Melaki, ale Iga była wstępnie umówiona na popołudnie z Shibinem. Wstępnie, bo planów nie potwierdza się aż do ostatniej chwili. Znalazłam nam zatem okolicę z muzeum sztuki, jeziorem, parkiem i świątynią Sikhów. Natrafiłyśmy nawet na tajską świątynię buddyjską. Medytował w niej mnich. Biegały po niej chore psy i jadły ziemię. Zdjęłam naczynie z ołtarza i nalałam im wody, ale nie chciały jej pić. Wróciły do jedzenia ziemi. Strasznie mi było ich żal.
Spędziłyśmy całkiem miło dzień, najpierw nad jeziorem, nad które nikt się nie zapuszcza, a jest przepiękne. Potem zerknęłyśmy do wewnątrz teatru i popatrzyłyśmy na afisze. Przykuł naszą uwagę jeden, reklamujący spektakl „Zombie la la la”. Widnieli na nim aktorzy w przebraniach wiedźm i w pokolorowanych twarzach. Niestety, pokaz premierowy był dopiero za dziesięć dni. Byłyśmy bliskie zmiany naszych biletów lotniczych, by móc obejrzeć „Zombie la la la”, na pewno byłby wyśmienity.
Potem zwiedziłyśmy muzeum sztuki, ale było bardzo, bardzo ubogie.
Poczułyśmy się źle od upału, ja prawie nie spałam w nocy. Nie udało nam się znaleźć świątyni Sikhów niestety. Wróciłyśmy do domu.
W domu zadzwonił Shibin i zaprosił Igę na kolację. Bardzo wyraźnie zaprosił tylko ją, mimo że mówiła, że jest w moim towarzystwie. Iga powiedziała mu, że chciałaby, żebym też przyszła. Shibin rzekł na to, że ja nie jem mięsa i to jest problem.
Poczułam się urażona, Shibin przecież wyraźnie dał do zrozumienia, że woli, żebym siedziała sama w domu. Jako że nie jem mięsa, przeszkadzam mu. Zrobiło mi się przykro i postanowiłam zostać. Idze się też zrobiło z tego powodu przykro. Prosiła, żebym jednak przyszła, że Shibin jest Chińczykiem i nie można go rozumieć według naszych norm obyczajowych. Chińczycy i ogólnie Azjaci tak się zachowują: jeśli mówi się im, że nie je się mięsa, reagują przerażeniem i smutkiem, bo przecież oni mają w planach jeść dużo mięsa i nie chcą, byśmy im te plany psuli. Uważają też, że mięso jest przepyszne i łamie im serce, że ktoś go nie je. Ona sama kiedyś była zaproszona do restauracji w Chinach. Powiedziała Chińczykom, że nie lubi mięsa, na co oni się zdenerwowali. Przecież ta restauracja słynie z jakichś specjalnych żeberek nadziewanych jeszcze innym mięsem i TRZEBA zamówić to właśnie koniecznie i ona MUSI to zjeść. Musiała zjeść z grzeczności, aby Chińczycy się nie denerwowali.
Jakoś jednak przerastało to moje możliwości bycie tolerancyjną, skoro ktoś nie chciał wykazać się tolerancją względem mnie i dosyć wyraźnie powiedział, że woli, żebym nie przychodziła.
No i nie poszłam, napisałam za to wszystkie wpisy i byłam dumna z dobrze wykonanej pracy. Okazało się też prawdą, że meczet obok nadaje kazania przez kilka godzin, pracowałam z muzułmańskim kazaniem w tle. Może mówili, kiedy odcinają prąd.
Iga wróciła wieczorem i powiedziała mi, że jadła kolację z kolegą, któremu właśnie urodziło się dziecko, Darrenem i z Shibinem. Żona kolegi była zmęczona i nie mogli odwiedzić dziecka- od początku to mówiłyśmy, że raczej to dziwne, że tak nalegają na te odwiedziny i to późnymi wieczorami. Tłumaczyłyśmy im, a oni wciąż nalegali, że to nie problem. Podejrzewam, że to matka dziecka się sprzeciwiła, bo oni nie zdawali sobie sprawy, że może być zmęczona. A jedli- uwaga- kraby. Czyli nawet nie jedli mięsa. Nie wiadomo zatem, w czym bym im przeszkadzała, bo jem kraby (tak, według mnie to nie mięso). Ale najwidoczniej Shibin czuł się wygodniej, jeśli nie było mnie w towarzystwie.
Iga wręczyła mi, ku ogromnemu memu zaskoczeniu, prezent od Darrena. Miał przygotowane dla Igi i dla mnie, czyli on się mnie spodziewał. Były to pieniądze w czerwonej kopercie. Otóż, z okazji narodzin dziecka zwyczajowo obdarowuje się niezamężne oraz nieżonatych małą ilością pieniędzy. Jest to błogosławieństwo, ktoś starszy błogosławi kogoś młodszego.
Wyjęłam z koperty dziesięć ringgitów w nowiutkich banknotach jednoringgitowych i rozłożyłam je wachlarzem na stole. Ponad trzy lata w Azji. Nadal nie rozumiem jej mieszkańców. Nie pojmuję.
Następnego dnia rano Darren zabrał nas do Melaki, ponieważ tam pracuje. Po drodze opowiadał nam o historii Melaki. Mnie, jako językoznawcę, zaciekawiło to, że urodził się i wychował w Malezji, ale mówi prawdziwym, chińskim Chinglish. Fascynujące, jak to możliwe?
Po drodze opowiadał nam ciekawe rzeczy o historii Malezji. Otóż, sułtan Melaki uciekł przez Holendrami do Johor Bahru i teraz tam zasiada król Malezji. Malezja ma dziewięciu królów i wymieniają się co kadencję w byciu królem Malezji. To unikatowy system rządów na świecie. Nie sprawdziłam, czy to prawda i czy to w ogóle możliwe, ale tak nam wytłumaczył Darren swoim czystym Chinglish.
Wysadził nas w starym mieście. Zanim to zrobił, okrążył je trzy razy, aby nam wszystko pokazać. Jak to Chińczyk, wskazał nam, gdzie jest pyszne miejscowe jedzenie (to najważniejszy element podróżowania wszystkich Chińczyków. Zawsze słyszę od studentów: „I like travel and eat many delicious local food”- kluczowe zdanie w Chinglish) Bardzo przepraszał, że musi iść do pracy i nie może nas osobiście oprowadzić.
Zwiedzanie zaczęłyśmy od spania pod drzewem, bo byłyśmy zbyt zmęczone. Za wcześnie wstałyśmy.
Potem poszłyśmy na wzgórze z kościółkiem, gdzie zaczepiała nas jedna grupa studentów po drugiej, żeby przeprowadzić z nami wywiad. Zaczęłyśmy w końcu udawać, że nie umiemy po angielsku, bo nie dawali nam spokoju. Kiedy podeszła do nas piąta grupa, Iga spytała się ich, czy przypadkiem nie powinni mieć teraz zajęć, ale profesor wypuścił ich i kazał przeprowadzać wywiady.
-Tak.- uśmiechnął się dobrodusznie student.
-To weź powiedz swojemu profesorowi, żeby już tak nie robił. Jest was tu czterdzieścioro na raz i może piątka turystów. Nie dajecie nam spokoju.
-Tak, dobrze.
I tak nic nie powie profesorowi. Czy odważyłby się zasugerować, że może lepiej poprowadzić zajęcia, zamiast wypuszczać studentów w teren i kazać zamęczać kogoś innego? Profesor pewnie potrzebuje wolnego czasu, żeby zjeść pyszne lokalne jedzenie.
Wywiad też był ciekawy.
-Co ci się podoba w Melace?
-Jeszcze nie wiem. Dopiero przyjechałam.
-Jakie jest twoje ulubione jedzenie w Melace?
-Jeszcze nic nie jadłam. Dopiero przyjechałam.
-Gdzie się zatrzymałaś w Melace?
-Nie zatrzymałam się. Po południu wyjeżdżam.
I tak dalej. Najwięcej pytań było oczywiście o jedzenie. Najważniejsza rzecz w Azji.
Potem przeszłyśmy się nad morze, starym miastem. Było sympatycznie. Kupiłyśmy też książkę w prezencie dla Sebastiana, w centrum handlowym z muzyką na chiński nowy rok. Straszliwie się tego słucha, w kółko wyśpiewują „Szczęśliwego nowego roku! Powodzenia! Pomyślności! Tobie! I tobie też!”
Kiedy wracałyśmy na stację autobusową, pan kierowca się zgubił. Zamiast pojechać na dworzec, wróciliśmy się na stare miasto. Jest to dosyć ciekawe, zwłaszcza, że nawet ja wiedziałam, gdzie skręcić.
Zdarzyło się nam to po raz drugi w Malezji. Kierowcy się gubią.
Wróciłyśmy do domu, spakowałam się i następnego dnia poszłyśmy razem na autobus na lotnisko.
Tuż za domem witał nas pan, uśmiechnięty, kłaniał się. Idze umknął mały szczegół: pan miał przypiętego kajdankami do nogi innego pana.
Czy to policjant, czy to magnat narkotykowy, nigdy się nie dowiemy. W każdym razie wydawał się bardzo zadowolony z siebie.
Tym małym absurdem skończyłam wizytę w Malezji i pożegnałam się z Igą.
Po drugiej wizycie w tym kraju jestem wciąż wielbicielką Malezji. Nie ma tam wprawdzie wspaniałych zabytków, nie ma Angkor Watu ani kanionów i wulkanów, ale jest za to unikatowa mieszanka kultur. Podziwiam, że jednocześnie wszyscy zachowują swoją tożsamość i język, i żyją w zgodzie z innymi. Powinniśmy się od nich uczyć. Ponadto wciąż uważam, że to kraj o tak grzecznych i pomocnych mieszkańcach, że warto tam wracać. Z czystą przyjemnością zostawiam swoje pieniądze w kraju, gdzie odnosi się do mnie uprzejmie i chce pomóc. To jedyny mi znany kraj, gdzie wystarczy postać chwilę z niezdecydowaną miną, by ktoś podszedł i spytał, czy może mi czegoś nie trzeba wyjaśnić albo nie wskazać gdzieś drogi.
Smuci mnie i dziwi narzekanie na Malezję, właściwe jej mieszkańcom, i to nie tylko obcokrajowcom. Panuje przekonanie, że to kraj skorumpowany i niebezpieczny. Z pewnością skorumpowany jest, skoro się tak mówi, wiadomo też, że przestępców tam też nie brakuje, ale czy naprawdę tylko według mnie przyćmiewa to zalety Malezji?
Iga też okazała się być niezastąpioną towarzyszką i bardzo jej za to dziękuję.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>