Indonezja. Yogyakarta

Susie powiedziała mi, że zwykle załatwia nocleg w Yogyakarcie swoim gościom u swoich koleżanek. Rozmówiła się ze swoją koleżanką ze studiów, Hue Nee (czytamy: Yuni, tak jak czerwiec). Poinformowała mnie, że Hue Nee jest muzułmanką, nosi hidżab, ale jest bardzo tolerancyjna. Ponadto, nie ma własnego mieszkania, tylko wynajmuje pokój, więc będzie trochę skromniej. Jeśli mi to wszystko nie przeszkadza, Hue Nee mnie zaprasza.
No oczywiście, że mi nie przeszkadza.
Po ośmiogodzinnej podróży pociągiem wysiadłam razem z wielkim tłumem w Yogyakarcie. Yogyakata, nazywana też Jogja, kolejna mekka turystów w Indonezji. Przy stacji parking z uklepanej ziemi, motocykliści, taksówkarze i riksiarze nie dają spokoju. Tuż obok stacji stoją dwa pięciogwiazdkowe hotele, wśród baraków z blachy. Tam stanęłam i zaraz podeszła Hue Nee z wielkim uśmiechem. Przyjechała po mnie na motorze. Pojechałyśmy do niej do domu.
Jest to zwykły, prosty dom. Jest w nim sporo drzwi z drewna, każde otwiera się wprost do pokoju, a każdy zajmuje inny lokator. Wyszłyśmy po schodkach na pierwsze piętro, na balkon. Walają się wszędzie jakieś stare graty, które należałoby wyrzucić parę lat temu. Nawet z moim upodobaniem do chaosu poczułam potrzebę powkładania tego w worki foliowe i wyniesienia na śmieci. Na balkonie rosną papryki chili w doniczce.
Hue Nee otworzyła drzwi do swojego pokoju. Jest to mały pokój, z materacem na podłodze i prowizorycznymi sprzętami zamiast szaf. Z mebli tylko mały stolik. Na podłodze nie beton, ale jakiś rodzaj cieplejszej wylewki. Sufit z dykty, goła żarówka u sufitu, zwisają pajęczyny wysoko. Wszystko czyste, oprócz tych pajęczyn i schludnie poukładane.
Obok tego pokoju jeszcze dwa, w jednym mieszkają dwie studentki, w mniejszym jedna. Na te cztery osoby jest jedna łazienka na piętrze, Hue Nee poleca, żebym się umyła, zanim pójdziemy coś zjeść.
Wybierałam ubrania na zmianę i spytałam się, jak powinnam się ubierać w tym domu, gdzie wszyscy lokatorzy są muzułmanami. Hue Nee powiedziała, że tak, jak mi wygodnie. Pokazałam krótkie spodenki gimnastyczne i spytałam, czy w to też mogę się ubrać. Tak, zapewniła mnie, w mieście ludzie mają bardzo otwarte umysły i mogę ubrać, co chcę.
Zamknęłam się w łazience. Wygląda to następująco: kucana toaleta. Obok niej głęboki basen z wodą. W basenie plastikowy czerpak. Myślałam nad tym chwilę, obejrzałam łazienkę i upewniłam się, że mam pobierać wodę tym czerpakiem i się polewać. Jest też do spłukiwania toalety. Jak jej ubywa w basenie, dolewa się z kranu.
Tak też robię.
Potem okaże się, że w jednym pokoju na parterze mieszka cała rodzina. Państwo mają małą córeczkę, niemowlę i pani jest w zaawansowanej ciąży. Dziewczynka ma chyba zajęczą wargę. Jest urocza, bardzo chce się witać, znanym mi już gestem: podaje mi rękę i przykłada sobie do policzka.
Ja naprawdę w Azji spałam w gorszych warunkach. Nagle jednak zaczynam się potwornie przejmować, że wykorzystuję biednych ludzi. Tacy biedni, a ja ich wykorzystuję. I męczy mnie ta myśl.
Wraz z upływem czasu dotrze do mnie, że przeżywam po prostu szok kulturowy. Hue Nee nie jest biedna. Ma i własny sklep i jest nauczycielką biologii. Studentki też nie są biedne. Tak właśnie mieszka w Indonezji nie biedota, a klasa średnia. To taki odpowiednik wynajmowania pokoju w Warszawie czy Krakowie czy innym mieście, do którego przyjechało się do pracy albo studia. To nie jest bieda. Przed przyjazdem upewniano się tylko, czy warunki mi nie przeszkadzają. Kiedy okazało się, że nie, zostałam zaproszona. Bo Hue Nee chciała mnie zaprosić.
Przebieram się, a ona pokazuje mi na tablecie zdjęcia z innymi couchsurferkami, które przyjechały od Susie. I z samą Susie też. Poczułam się lepiej.
Poszłyśmy najpierw coś zjeść. Po zapytaniu, jaką mam dietę i po dowiedzeniu się, zabrała mnie do tradycyjnego miejsca, gdzie miejscowi lubią spędzać czas. Akurat było dosyć wyludnione, bo był poniedziałek. Je się pakieciki z ryżem, wybrałam jeden z rybą i jeden z grzybami. Do tego można wybrać przekąski, wzięłam jajka z przepiórek, gotowane chyba tak jak w Chinach, jak jajka herbaciane, i jakieś smażone kotlety z tofu.
Zapoznajemy się i bardzo ją od razu polubiłam. Rozmawiamy o zainteresowaniach. Ona bardzo lubi poznawać ludzi, podróżować. Ma trzydzieści siedem lat. Parę lat temu zwiedziła sama całą Indonezję na couchsurfingu, co oczywiście nie wszystkim się podobało, że kobieta sobie tak sama swobodnie podróżuje. Uważa, że na świecie powinna być różnorodność i ludzie powinni mieć różne kultury i wierzenia. Bardzo się cieszy, że może porozmawiać z kimś o innej religii i z innego kraju, to bardzo ciekawe.
Choć po angielsku nie mówi jak anglistka, ale mówi dobrze, swobodnie możemy się porozumieć.
Okazuje się, że jest bardzo zadowolona ze swojego poziomu zasobności, a powiedziała mi to przy okazji rozmowy o małżeństwie. Na całym świecie mogę bardzo łatwo złapać kontakt z kobietami. Wystarczy zapytać, jak tam praca, a czy wyszła za mąż, a czy chciałaby, a dlaczego nie, a dlaczego tak, co tam sobie planuje. Na Zachodzie już nie wypada, ale tutaj to nie jest sprawa prywatna, można to omówić z nieznajomą.
W każdym razie ona jest bardzo zadowolona ze swojego życia i zarobków. Przydałoby się tylko więcej jakby wychodziła za mąż, bo wiadomo, to kosztuje, a dzieci jeszcze więcej. Bardzo chciałaby mieć dzieci, ma moim zdaniem lekką obsesję. Chodzi na kursy przygotowawcze dla matek, żeby już się przygotować. Ma też sklep z produktami dla dzieci, bo tak uwielbia dzieci.
Tylko męża nie ma, o tym porozmawiamy później.
Na razie rozmawiamy o biednych ludziach. Opowiadam jej, jak my pomagamy bezdomnym w Polsce. Ona mi mówi, że w Indonezji każdy ma dom, bo przecież to tanie. Wskazuje na tradycyjny dom, w którym jest restauracja: taki dom kosztuje dwieście tysięcy. Tak, tłumaczę, ale to nie jest dobry dom, nie ma ścian. Oponuje, że bardzo dobry. Staram się jej uświadomić, że w takim domu w Polsce w zimie czeka mieszkańców śmierć. Dom nie ma ścian. Powtarzam kilka razy, nie wierzy mi. Dopiero, kiedy dokładnie wyjaśniłam, ile jest stopni w Polsce w zimie, dociera do niej. Nigdy nie pomyślała o tym, to abstrakcja. Natychmiast oświadcza, że jest bardzo szczęśliwa, że mieszka w Indonezji.
Jest bardzo zadowolona ze swojego życia.
Potem jedziemy na koncert jazzowy za darmo. Studenci zrobili bardzo dobre jam session. Nie słyszałam jeszcze jam session w Azji i sprawiło mi ogromną radość, że coś takiego się odbywa. Była i skrzypaczka, i saksofonista, pianista, basista, perkusista. Najbardziej utalentowani wydawali mi się śpiewak i skrzypaczka.
Pomiędzy numerami konferensjerzy zagadują widownię, dając muzykom czas na przygotowanie. Każdy obcokrajowiec, w tym ja, został wypytany skąd jest, jak ma na imię, co robi, jak mu się podoba i ile tu zostaje. Przypomniał mi się mem internetowy, którym dzieliły się jakiś czas temu koleżanki, które mają małe dzieci. Mem pokazywał kartkę, którą powinna nosić ze sobą każda nowo upieczona matka. Napisane było na niej mniej więcej to: „Tak, dobrze się czuję. Dziewczynka. Ma dwa miesiące. Karmię piersią. Tak, wiem, że to zdrowo”.
Ludzie uwielbiają zadawać pytania i zawsze te same. Ja powinnam napisać sobie kartkę: „Jestem z Polski. Polska jest zimniejsza niż Indonezja. Polska nie jest taka sama jak Indonezja. Jestem tu na trzy tygodnie. Bardzo mi się podoba Indonezja. Tak, jadłam miejscowe jedzenie. Tak, pyszne. Byłam w Dżakarcie, potem pojadę na Bali”.
Oprócz tego żart toczy się przez dłuższy czas wokół tego, że jest dzień noworoczny roku chińskiego, a nikt nie umie po chińsku. Próbują i się śmieją i składają sobie życzenia Gong xi fa cai. Jeśli reszta była podobnie śmieszna, to wiele nie straciłam.
Hue Nee stara mi się tłumaczyć mi żarty:
-Bo Holland Bakery to popularna piekarnia.
Aha. Pomogłoby mi to, jakbym zrozumiała cokolwiek poza „Holland Bakery”.
-Przepraszam. W innym języku może nie śmieszne.-mówi Hue Nee.
Obawiam się, że ogólnie nie bardzo śmieszne, bo widownia siedziała dosyć spokojnie, podczas gdy chłopaki dusili się ze śmiechu do mikrofonów.
Przynajmniej oni dobrze się bawili.
Hue Nee następnego dnia wstaje o piątej, nie modli się jednak, bo ma okres. Ja dostałam klucz i spałam do ósmej. Wyruszyłam zwiedzać stare miasto, które jest oddalone o jakieś dwa kilometry. Dzięki aplikacji mogę tam bezbłędnie dotrzeć i wrócić. Z jednej strony polegam za bardzo na technologii, a z drugiej, nie oszukujmy się, bez technologii jest mi trudno. Spotkałam tylko jedną osobę w życiu spoza mojej rodziny, która miała podobnie kiepską orientację w terenie, co ja. To był jeden z moich studentów. Jak szliśmy gdzieś razem, potrafiliśmy iść w złą stronę przez pół godziny, albo czekać na złym przystanku przez parę kwadransów.
No ale mimo to, zwiedziłam sporo krajów zanim odkryłam aplikację i GPS. Teraz problemem jest to, że nie mam dodatkowej baterii, bo mi ją wszak na lotnisku zabrali, i jak mi się rozładuje telefon, to nie wrócę do domu.
Wychodząc z domu, zabieram wielką torbę brudnych ubrań. Myślę, może na starym mieście zostawię. Tymczasem da się zostawić już zaraz koło domu, jest pralnia „Julia”. Kiedy wypisują kwitek i pytają, jak mam na imię, z dumą mówię, wymawiając po angielsku przez „dż”, że Julia. To napisali moje imię „Xulia”.
Dlaczego nie wiedzą, jak się wymawia nazwę ich pralni? Teraz przypominam sobie, że koleżanka z Indonezji mówiła mi, że oni mają imię „Yulia”, czytane jak po polsku.
Na razie idę przez stare miasto, które wygląda, jakby się delikatnie waliło. To nie jest majestatyczna krakowska starówka, ale przyjemne. A raczej byłoby przyjemnym miejscem do relaksu, gdyby nie riksiarze i sprzedawcy pamiątek, którzy spokoju nie dają. Zachowują się jak pijawki i od razu przepraszam za porównanie ludzi do pijawek, ale po Malezji takie porównanie nasuwa mi się samo. Czekają przy drodze bez ruchu, a jak się przechodzi koło nich, krzyczą, zaczepiają, gwiżdżą i zaganiają mnie ruchem dłoni, który być może tu jest normalny, ale dla mnie tak się zagania konie do zagrody. Niektórzy idą za mną i nie dają spokoju, gdzie idziesz? A po co? A rikszę? Tania jest riksza! I tak bez końca.
Czuję się obserwowana. Jak przysiadam zjeść sobie chrupki, patrzą się. Zakrztuszę się nimi, komentują: o, ostre! Haha! Skąd jesteś?
Jak skończę jeść chrupki, komentują, że mimo że ostre, to zjadłam i dobrze się czuję. Ale muszę napić się wody.
PRZESTAŃCIE SIĘ NA MNIE PATRZEĆ.
Jak wstanę po zjedzeniu chrupek, oni pokażą, zaprowadzą, podwiozą rikszą.
NIE.
Najpierw zwiedzam pałac sułtana.
Uwaga, jestem znów nieprzygotowana. W pałacu siadam sobie na stopniu i czytam i okazuje się, że sułtan nadal tu mieszka. Zaskoczyło mnie to. Jego służba przechadza się w sarongach.
Na dziedzińcu codziennie jest przedstawienie. Muzyka tradycyjna grana przez służbę jest jednak bardzo monotonna dla mojego ucha. Szkoda, że sułtan nie jest fanem jam session i nie zarządził obowiązkowego szkolenia gitarowego dla swoich pracowników.
Dowiem się później od Hue Nee, że oni zarabiają śmiesznie mało, po dziesięć tysięcy miesięcznie. Mają jednak zapewniony wikt i opierunek, a praca dla sułtana to ogromny zaszczyt. Tę pozycję dziedziczy się, nie można zostać zatrudnionym inaczej.
W pałacu zaczepia mnie jeden człowiek i pyta, czy nie chcę zobaczyć, jak się robi kukiełki na przedstawienie. No pewnie, chcę. To mnie prowadzi i kieruje się do wyjścia z pałacu. Staję i protestuję. Ten tłumaczy, że tutaj mieszka służba, tymi drzwiami mogę sobie później wrócić. Kręcę głową, mówię, że ktoś na mnie czeka i odchodzę. Później się oczywiście zabłąkam i ci sami ludzie zaczną mnie zaczepiać:
-Ej, co, szukasz swojego przyjaciela?
Oczywiście, wszyscy już wiedzą, kim jestem, obserwują mnie i wiedzą, jaką wymówką się wykręciłam. I ku mojemu zawstydzeniu widzą, jak wszędzie się gubię. Nie cierpię być obserwowana. Nie wiem, czy kiedykolwiek ci wszyscy nagabujący z Wietnamu, Tajlandii, Kambodży i Indonezji zrozumieją, że w świecie Zachodu obowiązuje jedna nienaruszalna świętość: sfera prywatności. To nie złośliwość, oni po prostu sfery prywatności w naszym rozumieniu nie mają i nie rozumieją, że jej naruszenie powoduje dyskomfort.
Potem ruszam do Taman Sari, ruin starego pałacu, w części odnowionego. Pytam się jakichś ludzi siedzących na ławce, w którą stronę. Natychmiast jeden pan wstaje, on zaprowadzi. Bardzo mu dziękuję, odmawiam. Pan mi tłumaczy, że on nie chce pieniędzy. On jest pracownikiem sułtana (tu wyciąga i daje mi do ręki legitymację), ma dzisiaj dzień wolny, to chce pokazać. Rzeczywiście, oprowadził mnie i rzeczywiście, nic nie chciał.
Jak widać, wszędzie są prawdziwie uczynni ludzie.
Najpierw idziemy przez ruiny, są bezpłatne. Pokazuje mi, jak zniszczyły pałac trzęsienia ziemi. Potem kierujemy się do płatnej części. Podchodzę kupić bilet. Kosztuje piętnaście tysięcy, podaję pani pięćdziesiąt i dostaję z powrotem dwadzieścia. No chyba trochę za mało, prawda? Mówię pani. Ta uśmiecha się, chwyta za głowę, przeprasza, pomyliła się. Dostaję jeszcze piętnaście. Coś mi się jednak wydaje, że pani sobie znalazła sposób na zarobienie na boku, czyli wykorzystywanie faktu, że obcokrajowcy nie orientują się w banknotach. Wydanie z pięćdziesięciu nie jest przecież czymś, co pani na kasie robi rzadko i wciąż się w tym gubi.
Chyba że ma taką orientację w pieniądzach, jak ja w terenie. Ale jak już wspominałam, mało ludzi ma.
Pan pokazuje mi pałac, baseny. Pokazuje mi, że w jednym kąpały się konkubiny czy też żony sułtana, a on się przyglądał z wieży. On miał swój prywatny basen. Poza tym oglądamy sypialnię, garderobę. Na dziedzińcu pokazał mi, jak inny pracownik robił kukiełkę. Bardzo misterna praca: pan rzeźbił dłutem w skórze bawoła. Potem pokazali mi, jak rzuca cień na ziemię. Potem sklep z malowidłami z batiku, które oczywiście sprzedawca chciał mi sprzedać za dwieście tysięcy, jak go wyśmiałam, spadło do siedemdziesięciu. Jak wytłumaczyłam, że naprawdę nie mam pieniędzy, rozpaczliwie pytał, czy nie mam karty kredytowej. Jak tłumaczyłam, że nie mam miejsca w plecaku, zwijał obrazek i pokazywał, że zajmuje mało miejsca. Nie ma jak się grzecznie wykręcić.
Ale pan, który mnie oprowadzał, nic nie chciał.
Po wyjściu przeprowadził mnie wąskimi uliczkami, gdzie stoją kolorowe domki pracowników sułtana. Prawie każdy ma klatkę ze śpiewającym ptaszkiem. Mówił, że po południu będzie konkurs śpiewu ptaków, będą ze sobą rywalizować. Natychmiast zaczęłam podejrzewać, że ptaki się w ten sposób męczą.
Tłumaczył mi, że każdy chce mieć tu takiego ptaszka, relaksują się ich śpiewem po pracy.
Pokazał mi też, który to jego dom, pokazał sklep, gdzie pracuje jego brat. Mówił, że rodzice też pracują dla sułtana i grają muzykę. Jak jego mama przejdzie na emeryturę, może też będzie grać, zastąpi ją.
Ładnie się mu ukłoniłam i się pożegnaliśmy.
Posiedziałam trochę w ruinach i popatrzyłam się na to, co według mnie jest współczesnymi ruinami miasta, a według Indonezyjczyków porządnymi domami.
I wróciłam do domu, była już druga. Hue Nee na mnie czekała i zawiozła mnie na lunch. Zjadłam tanią zupę z nudlami, a w niej dużo jajek. W Azji je się kilka jajek dziennie przynajmniej. Ktoś mi mówił, że różne rasy mają różne zapotrzebowanie na jajka, podobnie jak mają różną tolerancję na alkohol. Azjaci mają najwyższe zapotrzebowanie na jajka i najniższą tolerancję na alkohol. Współczuję weganom, którzy postanowią wybrać się do Azji.
Później Hue Nee musiała uczyć. Ubrana byłam w swoje spodenki gimnastyczne i poprosiła, żebym się przebrała. Jej nie przeszkadza, sąsiadom też nie, uczniom też nie, ale rodzice uczniów mogą się oburzyć. Kiedy wyjaśniłam, że wszystko jest w praniu, pożyczyła mi sarong.
Czekałam na nią w szkole. Internet i różne sprawy do załatwienia pochłonęły mnie tak, że nie zauważyłam, jak minęły te dwie godziny. Podczas tych dwóch godzin tylko raz zrobiłam z siebie idiotkę. Recepcjonistka powiedziała coś, co brzmiało jak moje imię i podsuwała komuś krzesło. Jako że wyrwała mnie z mojego świata, zrozumiałam, że podaje je mnie i chciałam usiąść. Okazało się, że rozmawiała z kimś zupełnie innym. Potem się z tego śmiałyśmy, że ona nie umie po angielsku, a ja po indonezyjsku. Zrozumiała, że to niemożliwe, żebym po pięciu dniach już rozumiała indonezyjski.
Po lekcji Hue Nee i jej uczniowie wylali się na korytarz. Żartowała z nimi i ich żartobliwie szturchała. Wydało mi się to niepokojąco ciekawe. Ja nie szturcham swoich uczniów. Ona tłumaczy, że jej uczniowie to przyjaciele.
Pojechałyśmy na Maliboro Road, czyli główną ulicę targową, gdzie sprzedaje się batik. Batik bowiem (i tu znów jestem nieprzygotowaną turystką) pochodzi z Indonezji. Całe życie pewna byłam, że z Indii. Mało tego, został wpisany na listę niematerialnego dziedzictwa ludzkości UNESCO.
Są to ubrania z pięknych, wzorzystych tkanin. Hue Nee zaprowadziła mnie do swojego ulubionego sklepu i oszalałam z radości. Warto zwiedzać z kimś miejscowym- nigdy nie weszłabym do tego sklepu, bo jest najdroższy. Tymczasem, w głębi jest wielka sterta tańszych ubrań, a wszystkie są znacznie lepszej jakości niż wszystko dostępne na Maliboro Road. Jak szalona przymierzam bluzki, nie udaje mi się znaleźć właściwej dla mnie, ale za to kupuję sobie sukienkę, w której będę zwiedzać następnego dnia i wiele innych dni do końca podróży.
Zjadłyśmy następną kolację. Zamawianie było trudne, chciała mi wytłumaczyć, czym są poszczególne dania i nie umiała po angielsku. Powiedziałam jej, że jej ufam, niech po prostu zamówi coś bez mięsa. To jadłyśmy pyszne ryby, z ryżem, rękami. Była też ostra pasta z pomidorów i warzywa z sosem tamaryndowym. Zdejmuje się buty i siedzi na ziemi na matach, przy niskich stolikach. Pochwaliła mnie, że tak ładnie jem, zjadłam wszystko do ostatniej odrobiny ryżu.
Wieczorem Hue Nee pokazuje mi kolekcję swoich ubrań z batiku. Chciałam jej zrobić zdjęcie z batikiem ze wzorem w Hello Kitty, na co zaczęła się chować w popłochu. W domu nie nosi chusty, zaraz szybko ją nałożyła i pozwoliła mi dopiero zrobić zdjęcie.
Następnego dnia chciałam jechać do świątyni Borobudur, więc wstałam razem z Hue Nee o piątej. Podwiozła mnie kawałek na przystanek. Dogadała się z miejscowymi, który autobus i że maksymalna cena to piętnaście tysięcy, nie płacić przypadkiem więcej. Powiedziała, że jak wrócę, żeby dać znać, ona po mnie przyjedzie. Odmówiłam, mówię, że blisko, naprawdę sobie podejdę, nie będę jej przecież zawracać głowy.
Potem tłumaczy mi, że autobus nie jest klimatyzowany. Poirytowałam się całkiem. Ja wiem, że jestem z Europy, ale nie oznacza to, że jestem milionerką i wymagam klimatyzowanego autobusu. Dam radę przemieszczać się tak, jak miejscowi.
Hue Nee, wytłumaczyła mi, że ona myśli nie w ten sposób. Oni, Indonezyjczycy, nie jechaliby tym autobusem, jeśli robiliby sobie wycieczkę do Borobudur. Tylko samochodem, a jakby nie mieli, to by wynajęli.
Nigdy, nigdy nie przyszłoby mi to do głowy. Ci wszyscy riksiarze też zamęczają, bo myślą swoimi kategoriami. Indonezyjczykom nie chce się chodzić nawet poniżej kilometra. Oni wynajmą rikszę. Europejczycy chodzą i miejscowi patrzą się nas jak na wariatów. Nie rozumieją, że można chodzić i nie jechać rikszą.
Wszystko to potwierdziło się, kiedy rozmawiałam już w Ningbo z koleżanką z Indonezji. Przez całe swoje życie nie jechała publicznym transportem w swoim kraju. Rodzice jej zakazali, przysłaliby po nią samochód z kierowcą, jeśli nie byłoby taksówek, ale na pewno nie wolno by jej było jechać autobusem. Nie mieści jej się w głowie, że turysta może chcieć jechać transportem publicznym. Według niej, sama jestem winna tym wszystkim nieprzyjemnym sytuacjom, które mnie spotkały w autobusach w Indonezji.
Wsiadłam do autobusu. Jest pan do zbierania opłat, podaję mu piętnaście. Ten nie, że ma być dwadzieścia. Podnoszę krzyk na cały autobus, pytam się, ile trzeba płacić. Jedna pani potwierdza, że dwadzieścia, to daję dwadzieścia.
Po mnie wsiada inna turystka. Płaci dwadzieścia pięć.
Dojechaliśmy po około dwóch godzinach. Na stacji pyta się mnie turystka, czy też do Borobudur, potwierdzam i oferuję, że nas zaprowadzę, bo mam fantastyczną aplikację. Idziemy, oczywiście chodzi za nami pan i nie chce słyszeć, że nie chcemy rikszy. Rozmawiamy sobie po angielsku. Mam myśl, że może jest z Polski, ale ją odganiam, bo zwykle umiem rozpoznać polski akcent.
No to okazuje się, że koleżanka jest z Polski.
Ma na imię Marta i mieszka w Indiach. Jest oburzona, że oszukuje się tu na transporcie publicznym. Jakim prawem cena dla miejscowego za autobus publiczny to piętnaście, a białego dwadzieścia pięć? Z jakiej przyczyny? Mówi, że w Indiach oszukuje się na potęgę, tak, ale tak jak wszędzie w Azji oszukują: taksówkarze, riksiarze, holelarze, owszem. Ale nie oszukuje się na transporcie publicznym i jedzeniu. Jak turysta chce gdzieś dojechać sam publicznym transportem, miejscowi pomogą.
No to jesteśmy oburzone.
Doszłyśmy do Borobudur. Bilet wstępu: trzydzieści tysięcy dla miejscowych. Dwieście osiemdziesiąt tysięcy dla obcokrajowców.
Usiadłyśmy z wrażenia.
Marta powiedziała, że to o trzydzieści złotych droższe, niż Taj Mahal.
Rzuciłam potokiem przekleństw na wszystkich, którzy są temu winni. I wszystkich, którzy mnie naciągają. Nie jestem bogata. Zarabiam tyle, ile nauczycielka w Indonezji.
No ale jestem biała.
Dylemat za to następujący: po co jechać do Yogyakarty, jeśli nie pojedzie się do Borobudur? Można sobie od razu kupić bilet lotniczy do Bali. A że Borobudur jest z klasy najlepszych zabytków w Indonezji, po co w ogóle jechać do Indonezji?
Nie wiem.
No to kupiłyśmy sobie bilety, ja łączony na Borobudur i Prambanan, za czterysta dwadzieścia tysięcy. Można za to kupić dwa domy.
Zwiedzamy. Ja bardzo dokładnie oglądam każdy relief, bo mnie to zawsze cieszy. Niemniej, wygląda to na taką mniejszą świątynię w Angkorze, której nie chciałoby mi się nawet zwiedzać. Marcie wygląda to na taką małą zapuszczoną świątynkę, do której może się iść pomodlić w Indiach za darmo.
Jesteśmy już obie zbyt rozpieszczone przez Azję, ale jakby ktoś przyleciał z Polski prosto do Indonezji, umierałby z zachwytu.
Mimo to dzwony na szczycie są piękne i oryginalne. Roztacza się stamtąd piękny widok na góry.
Indonezyjczycy są dziesięć razy bardziej natarczywi od Chińczyków, jeśli chodzi o robienie zdjęć z turystami. W Chinach się zdarza, w Indonezji chce takie zdjęcie każdy. Musiałyśmy odmawiać, bo nie byłybyśmy w stanie zobaczyć nic. Ja się zwykle lituję nad dziećmi. Mężczyznom odmawiam zwykle. Zwłaszcza, że nawet jeśli są w towarzystwie, chcą mieć zdjęcie sami ze mną. Oczywiście, bo będę później w opowieściach ich dziewczyną. Wszyscy jednak będą pokazywać to zdjęcie i opowiadać bajki, że spotkali obcokrajowca, rozmawiali, zaprzyjaźnili się.
Siedzimy sobie na szczycie świątyni i jemy banany. Pani nas szturcha od tyłu i pokazuje naprzód, patrzcie się w obiektyw, błysk! Zdjęcie zrobione. Bez pytania, zapowiedzi. Jak jemy banany.
-Bo my jesteśmy dla nich takimi małpkami.- skomentuje Marta.
Nic, rozdzielamy się po zwiedzaniu, Marta pojedzie gdzie indziej. Znalazłam autobus do Jogji, pytam ile. Dwadzieścia pięć. Mówię nie, to kierowca proponuje dwadzieścia. Dobra.
Siadam, jedziemy i pobierający opłatę mówi, że ma być dwadzieścia pięć. On o żadnym dwadzieścia nie słyszał.
Marta mówi, że chodzi o zazdrość. Miejscowi uważają, że biali nigdy nie chorują, nigdy nie są nieszczęśliwi, są bogaci, to mają moralny obowiązek dać się naciągnąć. Ja myślę, że tu chodzi o władzę. Bo taki pan, któremu się w życiu bardzo nie powiodło, ma przez tę chwilę władzę, żeby coś wymusić. Bo co ja zrobię, wyskoczę z biegnącego autobusu w las? W tym autobusie to on jest panem. Albo chodzi o kombinację dwóch rzeczy? O cokolwiek nie chodzi, moja koleżanka z Indonezji powiedziała, że sama jestem sobie winna, ona jeździ tylko taksówkami.
Na szczęście turyści Chińczycy też się kłócili, że miało być dwadzieścia i tyle zapłaciliśmy.
Po drodze zerwał się deszcz. Jest teraz w Indonezji pora deszczowa. Na razie się cieszę, bo to zupełnie poza sezonem, hotele są tańsze i wolne miejsca.
Autobus zatrzymał się na głównym dworcu autobusowym i nie pojedzie dalej, tam gdzie wsiadłam. Mogłabym napisać do Hue Nee, ale wolałam jednak sobie poradzić. Odkryłam miejscową wersję autobusów miejskich, podobna zasada jak w Dżakarcie: płaci się przy pierwszym wejściu, potem można się przesiadać ile się chce za darmo. Pracownicy są na każdym przystanku i dodatkowo w autobusie. Wykrzykują, gdzie można dojechać, jak zbliża się autobus. Ci w autobusie wykrzykują, jak autobus zbliża się do przystanku. Wszyscy są mili i wyjaśnią, jak gdzieś dojechać. Jest to oficjalna firma, dają rachunek za bilet, nikt nie oszukuje.
Spotkałam trójkę Polaków. Podobnie, jak w Malezji, sami Polacy. Ja się pytam, kto zrobił promocję na loty w tę część świata w lutym?
Panowie rozmawiają ze mną luźno, jeden ornitolog, jeden nauczyciel, jeden leśnik. Rozmawiamy o jedzeniu. Śmiali się, bo spotkali czwórkę Polaków- wegan. Powiedzieli, że jak zobaczę czwórkę głodnych ludzi snujących się po mieście, to na pewno oni. Nie dają rady nic zjeść, są załamani. To chyba lekka tortura być weganinem. Przy każdym posiłku trzeba się pytać, czy przypadkiem to jedzenie nie dotknęło w jakiś sposób jajka, czy nie dodano mleka, czy nie dodano miodu. To musi być straszne.
Potem rozmawiamy o mięsie i pan leśnik obalił moje poglądy na dziczyznę. Zawsze myślałam, że sarny trzeba odstrzelić, bo jest za mało wilków. A jak już się je w dobrej sprawie odstrzeli, można już by zjeść. Przewrócił na to oczami. Mówi, że to propaganda rozpuszczana przez myśliwych i bzdura. Po pierwsze, wilków jest coraz więcej, a po drugie, są inne metody selekcji naturalnej, na przykład głód w zimie. Sarny nam nie zagrażają.
No to znalazłam kolejną rzecz, której jestem przeciwna, niczym Phoebe z Przyjaciół.
Leje wciąż jak z cebra, idę do domu i jestem przemoczona. Zatrzymuję się w pralni, odebrać rzeczy sporo po ustalonym terminie. Pranie wciąż wisi, no rozumiem, powietrze jest wilgotne. Dziewczyna proponuje, że mi wszystko wyprasuje, macham ręką, nie trzeba. Ściąga i pakuje. Daję jej ustaloną kwotę, ta wydaje mi tysiąc, który mi się wcale nie należy. Pomyślałam, że to może za brak prasowania. I proszę, jak można być uczciwym.
Z Hue Nee nie chce nam się nigdzie iść. Leje. Zaprosiła nas jednak jej koleżanka do domu. Mówię, ja jestem zmęczona, ale ty idź, jeśli chcesz posiedzieć do późna. Nie, ponieważ koleżanka zaprosiła też mnie i zaprosiła specjalnie dla mnie jakichś obcokrajowców. Posiedzimy krótko. Ok.
Wcześniej poszłyśmy na kolację, mała miejscowa knajpa, dobre jedzenie. Całe szczęście, że jestem z kimś miejscowym. Zabiera mnie tam, gdzie sama jada, taniej, lepiej, nie męczą mnie. Przyjemnie.
Hue Nee tuż po jedzeniu rzuciła się bawić z dzieckiem właścicieli. Ja nie rozumiem, jak można tak bardzo lubić dzieci.
Hue Nee prosi mnie, abym pokazała jej zdjęcia z Borobudur. Ogląda i pokazuje, jak reliefy zbudowane są z różnych kamieni stopionych ze sobą. Tłumaczy, że potrzeba bardzo wysokiej temperatury, aby scalić ze sobą te substancje. Nie wiadomo, skąd budowniczy w ósmym wieku wzięli taką rozwiniętą technologię. Dlatego istnieje teoria, że Borobudur zbudowały dżiny.
Nie rozumiem bardzo długo. Okazuje się, że muzułmanie wierzą w istnienie dżinów. Pytam się, czy to anioły, ale nie. Są to inne istoty, my ich nie widzimy, ale żyją razem z nami w świecie.
Pojechałyśmy do jej koleżanki. Wchodzimy do pokoju. Goła podłoga, na niej dywanik. Cała rodzina siedzi na dywaniku. Z boku jakieś krzesła. Oprócz tego komputer i telewizor. To całe umeblowanie. Witam się, mówię im Assalam Alejkum, siadam na krześle, nie wiem, co dalej zrobić. Rodzina w składzie: pani gospodyni, jej mąż, ich dwuletni synek, siostra męża, jej może dwunastoletnia córka. Zapraszają, siadaj z nami na dywaniku, nie siedź tam sama. Gospodyni dosuwa jeszcze kołdrę, żebym miała więcej miejsca. Zapoznajemy się. Mąż i jego siostra mówią trochę po angielsku, ale tylko trochę. Po ustaleniu, kim jestem, co robię, że w Polsce jest zimniej niż w Indonezji, że Polska nie jest taka sama jak Indonezja, i że pada deszcz, nie mamy dużo więcej wspólnych tematów. Okazuje się, że siostra męża ma męża Szweda, mieszkają w Szwecji, przyjechali tu tylko na wakacje. Jej córka umie mówić tylko po szwedzku.
Poza problemami językowymi, scenka prawie jak z Polski. Siedzi sobie rodzina, rozmawiają, dzieci się nudzą. Pani położyła jedzenie na dywanie, jemy. Najpierw takie słodkie kulki, chyba z miodu, potem zwykłe w Indonezji prażone placki z ryżu. Jadłam już wiele razy, ale musiałam podziwiać, że są z ryżu i zachwalać. Jedliśmy owoce i tłumaczyli, co to za owoce. Bardzo się cieszyli, że mogą się podzielić czymś z gościem zza granicy.
Hue Nee z miłością w oczach bawi się z dzieckiem. Ja wzdycham. Dzieci są takie nudne.
Jak już miałyśmy iść, kiedy przyjechała młodsza siostra męża i jeden Szwed. Myślałam, że to mąż starszej siostry i ojciec dziewczynki, ale wyglądał trochę za młodo. Okazało się, że to mąż tej właśnie młodszej siostry. Obie mają mężów Szwedów. Młodsza siostra przyjechała w odwiedziny do starszej do Szwecji na parę tygodni, od razu go poznała. Miesiąc później przyjechał w odwiedziny do niej, do Indonezji. Potem ona już wyjechała na zawsze do Szwecji i się pobrali. Z nią porozmawiałam sobie bardzo miło, ładnie mówiła po angielsku. Była bardzo ciekawa, a polski to podobny język jak szwedzki? Bardziej podobny do rosyjskiego, tłumaczę, Szwed w tle kiwa głową, ona zafascynowana. Wygląda może na osiemnaście lat, a ma dwadzieścia siedem. Pracuje i też się uczy. Zaczęła rozmowę ze mną tradycyjnymi przeprosinami, że mówi źle po angielsku. Zakrywam uszy i tłumaczę, że słyszę to sto razy dziennie i fajnie byłoby usłyszeć coś innego dla odmiany. A ona mówi po angielsku zupełnie dobrze. W Azji chyba jest grzecznie pokazać swoją skromność i na samym początku przeprosić rozmówcę, że słabo mówi się po angielsku.
W domu rozmawiamy z Hue Nee. Nie dzieliłam się wcześniej na blogu moimi przemyśleniami związanymi z popularnością małżeństw w zestawie mężczyzna z Zachodu- kobieta z Azji. Przemyślenia te mogą się wielu bardzo nie spodobać. Też nie chcę, by ktoś odniósł wrażenie, że zdaję się mieć regułę na wszystkie małżeństwa, bo oczywiście, że nie mam. Mam tylko opis mody i skąd według mnie się bierze.
Moja dyskusja na ten temat z Hue Nee była jednak tak ciekawa, że muszę to zamieścić.
Chciałam przede wszystkim wyjaśnić jej, jak ja to widzę i spytać, czy ona, jako Azjatka, się ze mną zgadza, bo może się mylę. Okazało się, że nigdy się nad tym nie zastanawiała, ale podzieliła się swoimi przemyśleniami na temat indonezyjskich kandydatów na męża.
Z moich obserwacji wynika bardzo jasno, że my, kobiety Zachodu, jesteśmy wychowywane bardzo inaczej. Kształcimy się, jesteśmy świadome naszych praw, mamy własne zdanie. Mamy też doświadczenia z mężczyznami przed małżeństwem i owocuje to w pewności siebie i w wymaganiach wobec partnera. Chcemy, żeby partner szanował nasze zdanie, żeby nam pomagał. Nie dajemy się do niczego zmuszać. Krytycznie podchodzimy do nowo poznanych mężczyzn, ciężko nam zaimponować.
Kobiety są w Azji wychowywane inaczej. Dbają o dom, usługują mężowi, zgadzają się z mężem. Nie sprzeczają się. Nie wymagają. Podporządkowują się. Małżeństwo jest ważne. Mąż, dzieci, to wszystko jest tu wciąż treścią życia dla większości kobiet, porażka na tym tle to porażka życiowa. Wiele celowo nie kształci się ani nie zajmuje karierą, bo to zmniejsza ich szanse na zawarcie małżeństwa. Żona wszak powinna być mniej wykształcona od męża i mieć niższą pozycję.
W Chinach się to powoli zmienia, dziewczyny teraz coraz więcej chcą korzystać z życia, poprzez podróże, kształcenie się, poznawanie ludzi. Nie widzą swojej wartości tylko przez pryzmat małżeństwa. Niestety, wciąż dużo dziewczyn boi się nawet robić magistra po licencjacie, bo to wszak najlepszy czas, by znaleźć męża, i jak się go przegapi, będzie się dwudziestosześcioletnią starą panną! Odradza się też Chinkom robienie doktoratu, bo przecież nikt za mądrej kobiety nie będzie chciał.
Ale przede wszystkim, Azjatki podziwiają mężczyzn z Zachodu. Taki człowiek wydaje im się dwa razy przystojniejszy i inteligentniejszy, niż jej rodacy. I to szansa wyjechać za granicę.
My, kobiety Zachodu, zdobyłyśmy po latach walki swoją pozycję. Domagamy się podziału obowiązków w domu, pomocy w opiece nad dziećmi. Mamy swoje opinie, podejmujemy decyzje razem z partnerem. I nie podziwiamy mężczyzn z Zachodu, to dla nas zupełnie normalny człowiek.
Po co taki facet ma się żenić z kobietą z Zachodu? To nie ma dla niego najmniejszego sensu. Coraz więcej jest małżeństw Francuzów, Niemców, Norwegów z Azjatkami. I często jest tak, jak widziałam w tej rodzinie: jedna siostra znajduje męża za granicą, zaraz następnej się udaje.
Oczywiście nie chcę obrażać tych dziewczyn. Są często bardzo mądre i bardzo miłe. Są z biedniejszych krajów i na pewno chcą poprawić swój los. Też bym chciała i pewnie zrobiłabym to samo na ich miejscu. Przede wszystkim, dostają szansę na lepsze warunki życia, na dobrą pracę, ciekawe wykształcenie. Tak jak ta dziewczyna, wyjechała do Szwecji, może się uczyć, rozwijać, ma lepszą pracę, a jej mąż ma żonę, która mu się podoba. Wszyscy są szczęśliwi.
Oprócz kobiet z Zachodu mieszkających w Azji. Nie da się konkurować z Azjatkami. A co ciekawe, związki z Azjatkami kończą się małżeństwem, bo panowie zdają sobie sprawę, że inaczej nie da się kontynuować związku.
Hue Nee słucha, nigdy o tym tak nie myślała. Ona nie jest taka, mówi mi. Opowiada mi, jakie problemy ma jak dotąd ze znalezieniem męża. Przede wszystkim, dotychczasowym kandydatom mówiła, że ona wprawdzie będzie się sama zajmować gospodarstwem domowym i dziećmi, nie wymaga żadnej pomocy, ale czasem będzie mieć gorszy dzień i dom nie będzie wysprzątany na czas. Nie chce wtedy awantury, mąż powinien to zrozumieć. Też chciałaby, aby mąż czasem zajął się dziećmi i pozwolił jej gdzieś wyjść. Tak raz w tygodniu.
Wszyscy mówili jej, że taka żona jest za droga. Nie opłaca się.
Wymaga też, aby przyszły mąż zrobił test na HIV, jeśli wcześniej miał kontakty seksualne. Żaden się nie zgadza. Są oburzeni takim wymaganiem.
Chce też brać udział w podejmowanych decyzjach. Mówi, że wszystkie kobiety w Indonezji po prostu robią to, co mąż zadecyduje. Ona i Susie się na to nie zgadzają i dlatego są same.
Powtarzam: na jej miejscu spakowałabym się, wyjechała do starszej siostry mieszkającej za granicą i poszukała męża.
Tłumaczy mi, że takie traktowanie kobiet jest bardzo sprzeczne z prawami islamu. W islamie kobieta jest równa z mężczyzną, to jest bardzo wyraźnie napisane. Mamy też przykład z życia Proroka, który bardzo szanował swoje żony. Aby nie sprawiać im kłopotu, sam po sobie sprzątał, gotował, naprawiał swoje ubrania. Zawsze pyta się tych mężczyzn, dlaczego twierdzą, że są muzułmanami, a żyją w sprzeczności z prawami islamu.
Chyba nie chcą takiej żony, co zadaje im pytania. Zwłaszcza takiej, która czegoś wymaga.
Potem powiedziała mi, że w islamie jest nawet prawo, które mówi, że mężczyzna może zakończyć akt miłosny dopiero wtedy, kiedy żona osiągnie satysfakcję.
Pytam się ze trzy razy, czy to jest prawo i czy to właśnie jest zapisane w świętych księgach, a ona bardzo poważnie potwierdza, że tak jest napisane w biografiach Proroka. Zwijam się ze śmiechu. Już wiem, dlaczego mężczyźni w Europie tak się boją praw islamu.
(Dla ewentualnych trolli: to był żart.)
Jest taki odcinek Futuramy, kiedy światu znów grozi zagłada. Jeden mieszkaniec Ziemi zbudował na tę okazję homoseksualną arkę Noego. Kiedy reporter zapytał się, jaki ma sens ratowanie dwóch samców jednego gatunku, Noe- gej odparł: „Hej, dajcie mi spokój, są fragmenty Biblii, które mi się podobają, i te, które mi się nie podobają!!!”.
I tak właśnie każda religia wyraźnie zaznacza, że kobieta jest równa mężczyźnie, a wciąż dosłownie w każdej religii wielkie głowy potrafią udowodnić, że wcale nie i ignorować te właśnie fragmenty świętych ksiąg, które nie są im po myśli.
Potem chcę porównać Polskę i Indonezję i pytam się o edukację seksualną. Hue Nee mówi, że w islamie trzeba dzieci wyedukować wcześnie, bo seks związany jest z ablucjami przed modlitwami. Każda czynność seksualna oznacza, że należy ablucję powtórzyć i dzieci się uświadamia. Ona sama uczy biologii i wszystko tłumaczy. Mówi też, że mówi uczniom o wszystkich środkach antykoncepcyjnych i tłumaczy, że poza małżeństwem należy je stosować.
I najciekawsza dla mnie rzecz: mówi, że antykoncepcja w małżeństwie nie jest grzechem w islamie. Zdziwiła się, że w katolicyzmie jest. Przecież antykoncepcja jest ważna, tłumaczy. Czasem trzeba wyważyć, co jest mniejszym złem, a nie iść według sztywnych norm. Taki muzułmanin nie zrozumiałby zatem, o co chodzi katolikom w Polsce.
To sobie z nią ciekawie porozmawiałam. Życzę wszystkiego najlepszego, może wreszcie uda jej się znaleźć męża przestrzegającego praw islamu.
Następnego dnia idę do Prambanan. Dojeżdżam miejskim autobusem, z miłą obsługą, która mi wszystko wyjaśniła, a nawet napisała na karteczce.
Świątynie naprawdę piękne. Niestety, Angkor Wat niszczy postrzeganie piękna na parę lat przynajmniej. Ja jeszcze się nie otrząsnęłam. Imponujące Prambanan nie jest wcale imponujące. I pozostaje dylemat: czy cokolwiek innego zwiedzać w Azji? Bo przecież nie można skończyć podróżować po zobaczeniu Kambodży.
A tak naprawdę moje wątpliwości wywołuje szalenie wysoki bilet wstępu. Droższy nawet niż Angkor Wat. Jakby był tańszy, zwiedziłoby się.
W świątyniach muszę przede wszystkim zrobić sobie setkę selfie z miejscowymi. Odmawiam tylko, jak ktoś naruszy moją prywatność, na przykład ustawia się do zdjęcia ze mną bez mojej zgody, albo mnie chwyta I zatrzymuje. Jestem przecież osobą, a nie maskotką, którą można targać.
Co mnie zachwyciło, to reliefy ze zwierzątkami wokół świątyni. Są króliki, żurawie, sarenki, małpy. Na każdym w innej pozycji, zwłaszcza małpy. Na jednym jedzą, na innym są smutne, na innym rozprawiają i gestykulują, na innym się śmieją. Urocze.
Po świątyni jem curry z jackfruita na stoisku. Bardzo ciekawe, ale mała porcja. Po raz pierwszy spotkałam się z curry z owoców. Dowiem się potem, że w Azji smażony jackfruit jest tanim zastępstwem dla wieprzowiny.
Wracam i idę znów na Maliboro Road do sklepów. Wysyłam smsa Hue Nee, czy nie chce dołączyć. Pisze, że niestety, teraz się musi przygotować na lekcje, a potem będzie uczyć do szóstej. Właściwie to się ucieszyłam, bo mogłam sama poprzerzucać wielką górę kolorowych ubrań i trzy razy zanieść po dziesięć sztuk do przymierzalni i wszystko przymierzyć. To była wspaniała zabawa. Ja i kolorowe ubrania.
Przeszłam cały pasaż wzdłuż i wszerz i rzeczywiście, w tamtym sklepie są najlepsze ubrania za taką samą cenę. Sama bym do niego na pewno nie weszła, bo wygląda na drogi. A wystarczy poszperać w kupie na środku.
Kupiłam sobie też następne lody w chlebie. Cudowne przeróżne smaki: wybrałam awokado z kawą. Nigdy nie wpadłam na to połączenie.
W pokoju czekam na Hue Nee, pakuję się, słucham muzyki, odpoczywam. Umieram powoli z głodu, ale obiecałam poczekać na nią z kolacją. Przyjeżdża przed siódmą. Mówi, że jeszcze musi zadzwonić do kolegi. Dzwoni, a mi się przekręca powoli żołądek. Uśmiecham się dziarsko.
Zadzwoniła po rekomendacje na temat restauracji. Pyta, czy chcę jeść warzywa i ryż, mówię, że wspaniale. Poza tym jej ufam i na pewno nie zamówi mi mięsa. A wszystko bez mięsa jest dobre.
Poszłam do łazienki. Czuję, że coś chodzi mi po stopie. A to mój przyjaciel karaluch.
Wrzeszczę, wybiegam i mówię Hue Nee, co się stało. Studentki zbiegły się sprawdzić, co się dzieje. Nikt mnie nie rozumie przez chwilę i w przerażeniu się na mnie patrzą, myśląc, że dzieje się jakaś straszna krzywda. W końcu jedna z nich zrozumiała, przetłumaczyła i wszystkie wybuchły śmiechem. Biała kobieta, głupiego karalucha się boi!
Jedna z nich uczynnie idzie do łazienki i topi karalucha, polewając go z czerpaka. Problem z karaluchami jest taki, że one nigdy nie chcą umrzeć. Ktoś mi kiedyś powiedział, że jeśli odetniemy karaluchowi głowę, umrze z głodu. Od tego czasu się ich boję.
Dziewczęta sąsiadki robią wywiad, czy nie mam przypadkiem iphona 5, bo one by chciały pożyczyć ładowarkę. Jeśli nadal myślałam, że mam do czynienia z biednymi ludźmi, już mi przeszło w tej chwili. Azja. Ludzie śpią na ziemi, mebli nie ma, w łazience karaluchy i nie ma prysznica, ale iphone 5 jest.
Hue Nee umyła się i w końcu jedziemy. Dojeżdżamy do restauracji, zamawia. Czekamy. Przynoszą nam smażony ryż. Zaczynamy jeść.
Już jemy i czuję, że jest coś nie tak. Hue Nee mówi:
-To jest z kurczakiem, ale może być, prawda?
Chyba moja mina powiedziała jej, że nieprawda.
-A to wyjmij sobie i połóż na talerzu.
Jest mi przykro.
Przynoszą nowe danie, zupę.
-O popatrz się, tu masz warzywa.- Hue Nee uśmiecha się przemiło.
Warzywa. Z kawałkami mięsa. Utopione w rosole.
-Ale to jest mięso.
-Ale przecież zupa zawsze jest gotowana z mięsem.
-No to ja nie mogę jeść takiej zupy, prawda?
-Ale warzywa, warzywa!
-Jak byś się poczuła, jakbym ci dała ryż z wieprzowiną i kazała ci powybierać wieprzowinę, a potem dała ci zupę z wieprzowiną i kazała sobie zjeść warzywa?
Hue Nee nareszcie zrozumiała mój punkt widzenia. Trudno w kraju, gdzie większość ludzi ma te same przyzwyczajenia, wyobrazić sobie, co czuję. Przykład z wieprzowiną jej to wyjaśnił. Zaczyna przepraszać, jak litania: sorry sorry sorry sorry. Błagam ją, żeby przestała i jest mi bardzo przykro. Zauważyłam, że zwykle, kiedy ktoś zrobi coś względem mnie, czego nie powinien, jest mi bardzo przykro i wręcz przepraszam za to, że jestem zła.
Hue Nee zaniosła się takim żalem, że od razu było mi bardzo głupio. Tak bardzo mi pomaga, a ja nie chcę zjeść malutkich kawałków kurczaka. A z drugiej strony, to naprawdę nietrudne zamówić coś bez mięsa, jadłyśmy bez mięsa cały mój pobyt. Z tłumaczeń Hue Nee wynika, że uważa, że powinnam spróbować lokalnego jedzenia i to jest typowe jedzenie i jest pyszne. Pytałam, dlaczego nie mogłyśmy pojechać tam, gdzie byłyśmy wcześniej, mówi, że to już jadłam. No tak, trzeba przecież jeść „many delicious local food”, z naciskiem na many.
Mamy zupełnie inne kody zachowań. Hue Nee oszalała z żalu i nie przestaje przepraszać, a ja się czuję coraz bardziej winna i nie pozwalam jej nawet zamówić nowego jedzenia dla mnie. Poświęcę się i zjem. W rezultacie przebrałam trochę ryż, skubnęłam warzywa i jestem głodna.
Myślę, że w Polsce ta sytuacja zostałaby rozwiązana następująco: osoba zamawiająca nie zważałaby na moje protesty, że nie chcę sprawiać kłopotu, tylko zamówiłaby mi coś nowego, przeprosiła raz i sprawa zostałaby zapomniana. Tutaj Hue Nee bardzo się ucieszyła na moje grzeczne zapewnienie, że nie chcę nowego dania, ale za to nie przestaje przepraszać. Wysłuchuję litanii, która brzmi: soorry sorry sorry sorry sorry ja się skupiłam na tym, że ty chcesz jeść warzywa sorry sorry sorry sorry bo ja zapomniałam, że nie jesz mięsa sorry sorry sorry sorry popełniłam błąd sorry sorry sorry. Aż wybucham i wprost mówię, żeby przestała. Tłumaczę, że na Zachodzie mówimy więcej „dziękuję”, a w Azji „przepraszam”.
Chińczycy zwykle przepraszają tyle razy, że zaczyna mi się robić przykro. Przykładowo: zapraszam pięć osób na lunch. Jedna osoba mówi, że przeprasza, nie może. Nie kończy się na tym: usłyszę, jak bardzo mnie przeprasza, przynajmniej jeszcze trzy razy, aż robi mi się głupio i zastanawiam się, czy ta osoba myśli, że mam obsesję na jej punkcie i płakałam całą noc, bo nie przyszła na lunch. Następnym razem pomyślę dwa razy, zanim ją zaproszę, bo będzie znowu mnie przepraszać tydzień. A dla Chińczyków przeprosić sto razy jest grzecznie.
Podobnie dla Hue Nee. Przeprosiła mnie sto razy, aż nie zrobiłam jej wykładu o przepraszaniu. Zaczyna się śmiać. I w końcu rozumie, co mam na myśli i przestaje przepraszać.
Nauczka z tego jest taka: jeśli zdarzy się podobna sytuacja raz jeszcze, nie wmuszać w siebie mięsa. Zamówić sobie coś nowego, dać komuś naprawić błąd i nie rozmawiać o tym więcej. A przede wszystkim: najeść się.
Następnego dnia daję Hue Nee bransoletki hinduskie z Malezji. Bardzo jej się podobają i też chce mi coś dać. Tłumaczę, że dała mi gościnę. Przystała na to w końcu i dziękuje mi też, że tyloma informacjami się z nią podzieliłam i tyle dzięki mnie poznała.
Odwozi mnie na dworzec i się żegnamy. Napisałam jej smsa z pociągu, że jeszcze raz jej bardzo dziękuję i bardzo proszę, by nie mówiła już więcej przepraszam.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Indonezja. Yogyakarta

  1. ~Ola pisze:

    Przepraszam, że Cię kolejny raz pogoniłam:) Ale Twoje wpisy czyta mi się tak dobrze, że zawsze nie mogę doczekać się kolejnego…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>