Indonezja. Yogjakarta- Bali

Usiadłam w pociągu, który wyglądał tak samo, jak polskie stare osobowe, ale miał gniazdka elektryczne. Prędko poznałam grupę czterech Polaków, w tym samym przedziale. Dołączył się do nich Francuz, Valentine. Zaczęłam od razu kombinować, czy nie moglibyśmy razem pojechać na Ijen, wulkan.
Wokół mnie od razu pojawili się pasażerowie. Nie można było siedzieć gdziekolwiek, trzeba było restrykcyjnie trzymać się rezerwowanych siedzeń. Zupełnie nie pasowało mi to do atmosfery polskiej osobówki. Panie sąsiadki z siedzenia otworzyły swoje śniadania, czyli tradycyjnie pakieciki z liścia i obie chciały się ze mną podzielić, żebym sobie nabrała trochę ręką, ale odmówiłam.
Podróż Yogyakarta- Banyuwangi trwa czternaście godzin. Jestem niemalże pewna, że nigdy nie jechałam tak długo pociągiem. Moja gospodyni z Dżakarty z, Susie, jakiegoś powodu uparła się, żebym wspinała się na wulkan Ijen jeszcze tej samej nocy po przyjeździe. Około dziewiątej wysiadłabym przed stacją Banyuwangi, złapała tam ojek do bazy wspinaczkowej na Ijen, poczekała tam do pierwszej w nocy, wspięła się na górę, zeszła i pojechała do Banyuwangi, a najlepiej to od razu prosto do Denpasar na Bali. Powiedziałam, że nie ma mowy, umrę ze zmęczenia. Susie chyba jednak czuła się trochę zraniona, że nie chcę słuchać jej rad, tak sumiennie napisanych na karteczce.
Podsłuchując rozmowę Polaków, dowiedziałam się, ku swojemu rozbawieniu, że to ta czwórka wegan, z której śmiali się koledzy leśnicy i ornitolodzy. Trochę jednak przesadzili, bo ta grupa jednak jadała sery. Nie przesadzili jednak całkiem, bo wegetarianizm i narzekanie na miejscowe jedzenie było głównym tematem konwersacji grupy.
Przysiadłam się do nich pogadać o Ijen. Tak sobie myślałam, że jeśli trzeba by było wypożyczyć samochód, to stać mnie tylko w większym towarzystwie. Wspólnie staramy się zebrać informacje o Ijen. Valentine wyjmuje swoje Lonely Planet po francusku i bardzo nieskładnie próbuje przetłumaczyć na angielski, co też tam piszą. Pomagam, bo czytałam to samo po angielsku, proponuję koleżance, że jej pokażę moją książkę.
-A po jakiemu masz, po angielsku?
-Tak.
-Nie ma po polsku, prawda?
Zdumiałam się. Nie szukałam nawet.
-No, nie ma.- westchnęła.
Proponuję moje LP drugiemu koledze.
-Ale nie, ja nie mówię po angielsku.
Trzymają się w czwórkę, w kupę, dwie osoby mówią coś trochę. Valentine nie mówi właściwie nic i przyłączył się do nich chyba ze strachu.
Wróciłam na swoje siedzenie i piszę opowieść o Yogyakarcie. Zatrzymaliśmy się na stacji, po może czterech godzinach drogi. Nadają komunikat. Pomyślałam sobie, ale by było zabawnie, jak informowaliby pasażerów o jakimś problemie czy zmianie, a ja bym nie zrozumiała.
I właśnie coś takiego się stało.
Pasażerowie w reakcji na komunikat zaczęli wzdychać, wznosić okrzyki i okazywać zniecierpliwienie. Następnie część z nich zaczęła się zbierać do wyjścia, a część została na miejscu.
Polacy podnieśli od razu krzyk i zaczęli się wszystkich pytać, czy mówią po angielsku i co się dzieje. Nikt im nie umiał wytłumaczyć.
A przecież nie trzeba. Jedyną ważną w tej chwili kwestią było to, czy mam zostać w pociągu, czy iść, a do tego nie trzeba angielskiego. Pokazałam pani obok mnie bilet z napisaną na nim stacją, do której jadę. Pani pewnym ruchem pokazała palcem, że mam zostać. Krzyczę to do Polaków, ale w popłochu nie słyszą. Jedna pani opanowała ich panikę, tłumacząc im po angielsku, żeby zostali w pociągu. Jej posłuchali.
To podchodzę do tej pani, kiedy zamieszanie już ucichnie i pytam się, co się stało. Wyjaśnia, że po drodze jest powódź i pociąg pojedzie inną drogą. Pasażerowie do miejscowości Surabaya muszą jechać transportem zastępczym. My dojedziemy naokoło i późno w nocy.
Tłumaczę to Polakom. Robią wielkie oczy, skąd wiem. Następnie uczynnie podzielili się ze mną polskimi gazetami. Mieli wielki wybór, lewicowy i prawicowy do porównania.
Przez parę ładnych godzin to piszę wpis na blogu, to jem mój prowiant, to czytam polskie gazety i nadrabiam zaległości w polskiej polityce. Ze smutkiem przeczytałam wywiad z panem Bogusławem Kaczyńskim, zmarłym przed paroma dniami. Czytam, to czatuję na komórce, którą to całe szczęście da się podładować. Znalazłam idealną wymówkę, dlaczego nie chcę się wspinać na wulkan dzisiaj, właśnie spóźnienie. Susie wciąż się nie poddaje, każe spytać pracownika pociągu, czy nadal staje tam, gdzie ona radzi mi wysiąść, żebym mogła się wspinać prosto po pociągu. Czy ty słyszysz? Tragedia się stała, pociąg zalało, a ty mi każesz się na wulkan dzisiaj wspinać. W końcu przestaję jej odpowiadać. Jedyny możliwy sposób na kogoś, kto wysyła mnie we wnętrze wulkanu bo dwudziestu godzinach w pociągu.
Piszę maila do hotelu, w którym mam rezerwację, dostaję odpowiedź, że ktoś wyjedzie po mnie na stację i numer telefonu, na który mam dać znać. Dzięki niech będą za internet mobilny.
Prędko nie tylko ja zgłodniałam, ale cały pociąg zgłodniał. Roznoszą i roznosili od samego początku jedzenie: kawę, herbatę, smażony ryż. Dwa razy wypiłam kawę, wcale niedrogo. W miarę upływu czasu pasażerowie wykupują coraz więcej. Ja wciąż się boję, że jest z mięsem, a właściwie jestem pewna, że jest, bo doświadczenie z Hue Nee z Yogyakarty nauczyło mnie, że dla miejscowych jedzenie bez mięsa to tak jak nie jedzenie. Coraz bardziej nie mogę patrzeć na ciastka, którymi ratuję się w chwilach głodu przez całą podróż. Planuję sobie, że na kolejne wakacje zabiorę kuchenkę.
Sąsiedzi Polacy podzielili się ze mną swoim jedzeniem: kawałkiem bagietki, z serem, z sałatką i nawet z keczupem. Smakuje mi to jak nic nigdy w życiu i od razu ich pokochałam i postanowiłam być ich przyjaciółką do końca mych dni.
Mówili, że w innym przedziale też są Polacy i wódkę tam piją, zapraszają.
Za głowę się chwyciłam. W Polsce by wódki nie pili, bo wstyd byłby nie z tego świata i karę by trzeba było płacić, ale jadą sobie za granicę i wódkę w pociągu piją. W muzułmańskim kraju. Ja chyba napiszę petycję do tych linii lotniczych, żeby przestały dawać te tanie bilety.
Inną obserwacją o podróżujących Polakach jest zupełny brak Polek podróżujących samotnie bądź w damskim towarzystwie. Tylko pary albo grupy mężczyzn. Koleżanka Marta z Indii jest wyjątkiem, wszak już tak długo mieszkała w Indiach.
Zaprzyjaźniłam się też z panią, która mówi po angielsku. Mówi, że mieszkała w Australii, bo jej mąż tam robił doktorat, a teraz wykłada w Denpasar. Jeździ bez przerwy na trasie Denpasar- Yogyakarta, bo swojej mamie pomaga i swojej córce też. To tak jakby ktoś narzekał, że jego rodzina mieszka daleko i nie ma czasu odwiedzać, bo ma do nich pięć godzin drogi. Tu są dwa dni drogi.
Opowiadała mi, jak miała raka i lekarze dali jej rok życia. Przemyślała to sobie i stwierdziła, że skoro został jej rok, to ona nie będzie chodzić na chemioterapię i uciekła ze szpitala. Podczas tego roku robiła wszystko, czego zabronili jej lekarze- jadła niezdrowo, przetworzone jedzenie, czekoladę, wszystko, czego nie wolno. Minął rok, dwa, trzy, sześć lat minęło od tego czasu. Nigdy nie czuła się lepiej i nie poszła do lekarza.
A mówiła mi to a propos nudli błyskawicznych o smaku kurczaka, które zaczęto roznosić w pociągu. Polacy zaczęli między sobą rozmawiać, jakie to obrzydliwe, wstrętne, jak ci ludzie mogą to jeść. No trudno, głodni są.
Jak już roznieśli jeden raz, drugi raz, zaczęłam żałować, że sama sobie nie kupiłam. Byłam głodna straszliwie.
Było już w okolicach ósmej. Pociąg planowo miał przyjechać o dziewiątej piętnaście, ale czekały nas jeszcze długie godziny drogi i wszyscy powoli więdliśmy z głodu, zmęczenia, niewygody. Ja napisałam już wszystko, co było do napisania, przeczytałam wszystkie gazety i zaprzyjaźniłam się z każdym w przedziale, z kim mogłam się dogadać.
Valentine patrzy się na zegarek i cieszy się:
-Jeszcze tylko godzina drogi! Godzina!
Patrzymy się po sobie i omawiamy to po polsku. Jak to, nie wie, że pociąg jest spóźniony? Rozumiemy, że nie mówi po angielsku, ale nie widział zamieszania, nie widział, jak ludzie wysiadali? Nie widzi, że wykupują jedzenie, jakby zbliżała się klęska żywiołowa?
-Weź mu to jakoś wytłumacz po angielsku.- szturchają mnie.
-Valentine- mówię.- pociąg jest spóźniony. Będziemy około pierwszej, drugiej w nocy.
-Nie!!!- Valentine wybuchnął śmiechem.
-No tak, prawdę ci mówię.
-Nie.- kręci głową. Ma minę mówiącą, że nie da się nabrać.
Poddałam się. Sprytny Valentine nie da się zrobić w konia.
Wszyscy byliśmy już strasznie głodni i wszyscy stwierdziliśmy, że koniecznie chcemy te nudle błyskawiczne. Ja tłumaczę sobie, że tam tak naprawdę nie ma kurczaka, tylko coś kurczakopodobnego z plastiku czy też styropianu. Koledzy wytłumaczyli sobie to chyba inaczej, że można zalać sam makaron. Kolega wraca z wagonu restauracyjnego i powiedział, że zostały dwa kubki na cały pociąg.
Pobiegłam w te pędy. Tak zachowuje się wygłodniały wegetarianin.
I za chwilę było mi głupio, bo roznosili te same nudle za darmo. Dawali też za darmo wodę. Byłam jednak tak głodna, że zjadłam dwa opakowania.
Mówię Polakom, że mam zarezerwowany tani hotel, może oni też by się dołączyli i potem razem pójdziemy na Ijen. To wybrali tłumacza swojej grupy, aby do niego zadzwonił, że on się dogada. To dzwoni. Tłumaczy naszą sytuację, pyta się, czy są wolne pokoje dla ich wszystkich. Właściciel chce wiedzieć, gdzie chcą dojechać, aby być pewnym, że nie ma żadnego nieporozumienia.
Popłoch.
-Ty wiesz, gdzie jedziemy?
-Nie. a ty?
-Nie.
-Nie.
-Kto wie?
-Julia wie.
-Julia!!! JULIA!!! Gdzie my jedziemy?
Biegnę na ratunek.
-Jedziemy do Banyuwangi.
-Gdzie?
-Ban-yu-wan-gi.
-OK.-kolega przy telefonie zwraca się do rozmówcy.- We go to Banialuki. Are you hotel in Banialuki? (jedziemy do Banialuków. Czy jesteście hotelem w Banialukach?)
Wrzasnęłam na niego:
-Banyuwangi!
Położyłam się spać i zostałam obudzona jak przyjechał pociąg, o drugiej. Pożegnałam z się z miłą panią. Właściciel hotelu przyjechał po nas samochodem. Zakończyła się najdłuższa podróż pociągiem w moim życiu.
Dnia następnego nastawiłam sobie budzik na parę minut przed dziesiątą, żeby zdążyć na darmowe śniadanie.
Schodzę na dół. Polacy zwracają się do mnie:
-A ty wiesz, co jest na śniadanie? Takie ohydne z mięsem, pakowane w plastik, odgrzewane, nie wiadomo, kiedy to zrobiono. Takie jak w samolocie.
Krzywię się cała, oni się śmieją. Przynoszą nam picie. Narzekają, że słodkie i ohydne. Przynoszą nam jedzenie i mówię głośne „Aha”. Przynieśli nam zwykłe, miejscowe śniadanie, czyli pakieciki, tylko zapakowane w plastik, a nie w liścia. Pytamy właściciela, czy to z mięsem. On mówi, że nie, w środku są takie małe kawałki smażeniny, ale są z kukurydzy, soi, tofu. Jem. Chłopacy też zjedli, dziewczyny zostawiły, bo się boją i brzydzą. Na pewno ich okłamują, źle to wygląda, na pewno dotknęło to mięsa, jest ogólnie nieczyste.
Mój kolega George, wcześniej wspomniany, jest wegetarianinem od może czterdziestu lat. Mimo to nigdy nie widziałam, aby przy chińskim stole, przy którym wszyscy wkładają swoje pałeczki i łyżki bezpośrednio do potraw, a potem do ust, robił komuś problemy, że dotyka pałeczkami mięsa, a potem warzyw, które on George będzie jeść. Nigdy nie wybrzydzał, że te warzywa są nieczyste. Tłumaczył mi, że on jest wegetarianinem, bo jest przeciwny zabijaniu zwierząt w rzeźniach, ale dla niektórych wegetarianizm to kwestia osobistej czystości. On nie chce jeść mięsa, to nie je, tyle go obchodzi.
Koleżanki natomiast opowiadziały mi, że nie jedzą potraw ugotowanych w garnku, w którym wcześniej było gotowane mięso. Ryknęłam mimowolnie śmiechem, bo taką samą zasadę mają koszerni żydzi- nie mogą jeść potraw gotowanych w garnku, w którym wcześniej ugotowano niekoszerne jedzenie. Koleżanka się nie obraziła, tylko dalej tłumaczyła mi, że jej punkt widzenia jest oczywisty, bo smak mięsa przechodzi na garnek, a potem na warzywa i wszystko czuć tym mięsem.
Ciekawa jestem, kim stanę się za parę lat wegetarianizmu. Wolę jednak być taka jak George, a nie głodować jak podróżuję, bo podają mi wprawdzie wegetariańskie jedzenie, ale nieczyste.
W międzyczasie towarzystwo stwierdziło, że picia nie będzie dotykać, bo słodkie i ohydne i ponarzekało sobie na miejscowe jedzenie, jakie wszystko jest ohydne. Nie mają przypraw, narzekają. Bo nie używają tutaj sosu sojowego. Protestuję i wymieniam przyprawy, jakie tutaj są, kręcą głową, nie ma przypraw i miejscowi w kółko to samo jedzą.
Staram się wyobrazić sobie sytuację odwrotną: wegetarianin z Azji przyjeżdża do Polski. Stawiają przed nim talerz pierogów ruskich (bez skwarek, z cebulą) i mówią mu, że to bezmięsne, można jeść bez obaw. Ten wegetarianin natomiast krzywi się, że jakoś to dziwnie pachnie, nie jak indonezyjskie jedzenie. Ten tłuszcz, którym jest polane, on nie ufa, mimo że kucharz mówi, że roślinny. A te kawałki cebuli? Wyglądają jak mięso. A poza tym ci Polacy wstrętne jedzenie mają, nie ma sosu sojowego. I cały czas jedzą te ziemniaki i ziemniaki, cebulę, nie ma to smaku, w kółko to samo. On następnym razem, jak będzie jechał do Polski, przywiezie konserwy z domu i nie będzie już zdany na to wstrętne polskie jedzenie.
Ja bym się śmiertelnie na takiego wegetarianina obraziła.
Koleżanki się pytały, jak daję radę sobie z jedzeniem w Chinach. Powoływały się na znaną podróżniczkę, której imienia niestety zapomniałam, która była wegetarianką i zjeździła autostopem cały świat. Z Chin szybko uciekała, bo nie miała co jeść. Zdziwiłam się niezmiernie, bo przecież jest tyle przeróżnego jedzenia w Chinach. Może potrzebne jest doświadczenie, żeby wiedzieć, co jest czym. Na początku też kupowałam ciastka i ku mojemu obrzydzeniu okazywało się, że są z mięsem.
Dostałam od koleżanek ich śniadania, których nie tknęły ze strachu i obrzydzenia, choć były bezmięsne. Poszłam spać. Obudziłam się w porze lunchu, zjadłam je i poszłam spać. Obudziłam się w porze kolacji i postanowiłam iść na plażę.
Idę na plażę wzdłuż drogi. Po jakichś dwóch kilometrach widzę centrum handlowe i postanawiam kupić sobie owoce. W Indonezji, gdzie owoców jest zatrzęsienie, nie jest łatwo je kupić. W małych sklepach spożywczych ich nie ma, a straganów jest niewiele. Najpewniejsze są hipermarkety.
Wchodzę tam i spotykam Polaków. Mówią, że właściciel hotelu zaraz po nich przyjedzie.
No to już nie pójdę na plażę. Robię tylko szybko zakupy. „Zaraz przyjedzie” oznaczało, że mieliśmy też czas zjeść kolację w postaci wegetariańskiej pizzy zakupionej w piekarni. Dziewczyny pobiegły wykupić wszystkie kawałki.
-Biedne dziewczyny, nie mają co jeść.- mówi ze smutkiem kolega.
-No jak są takie przewrażliwione.- wzruszam ramionami.
-Nie przewrażliwione, tylko tutaj to wszystko jest z mięsem!
No właśnie nie.
Ponadto opowiedzieli mi o swojej wyprawie na miasto i jak im się podobało. Natrafili na scenę przygotowywaną pod koncert heavy-metalowy. Jako że jeden z nich sam jest dźwiękowcem, podszedł do ekipy sobie popatrzeć, co tam ustawiają i indonezyjska ekipa bardzo się ucieszyła, że z Polski są, bo Behemoth!
Jak na razie Indonezja wygrywa z Chinami muzycznie. Bo mają muzykę.
Właściciel odwiózł nas do hotelu. Poszłam spać. Niesamowite, ile ja potrafię spać.
Wstałam pół godziny po północy, gotowa na wspinaczkę na Ijen.
Nigdy nie byłam na wulkanie. Przed wyjazdem dostaliśmy latarki i maski gazowe. Maska gazowa wydała mi się fanaberią.
Trafiłam do innego samochodu, niż Polacy, z parą dziewczyn z Holandii i z parą z Turcji. Jedziemy nocą. Droga trudna, w Lonely Planet pisali, że możliwa tylko w samochodzie z napędem na cztery koła. Polacy natomiast mieli pomysł, żeby podjechać sobie na skuterach, bo tak czytali na blogach podróżniczych, że inni Polacy tak robili.
Ludzie, nie czytajcie tylu blogów podróżniczych.
Samochodem w każdym razie dojechaliśmy bez problemu pod bazę, żywą turystami gotowymi na wspinaczkę. Kupiliśmy wejściówki po sto pięćdziesiąt tysięcy na głowę, a w Lonely Planet sprzed roku pisało, że jest piętnaście od osoby. Nawet mnie to nie zdziwiło, że podnieśli cenę dziesięć razy i nawet już nie chciałam wiedzieć, ile płacą miejscowi.
W bazie unosi się dziwny swąd. Okazuje się, że nie od oparów wulkanu, tylko o plastikowych butelek palonych na wielkim ognisku. Jak widać, te piętnaście dolarów od osoby nie wystarcza im na wywózkę butelki od osoby. Lepiej spalić.
W Indonezji mam ogromny problem z wyrzucaniem śmieci. Po raz pierwszy spotkałam się z krajem, gdzie ciężko o kosz na śmieci. Czasem zbieram śmieci godzinami w reklamówkach i nie mam gdzie wyrzucić. A nawet, jeśli kosz jest, to nie wiadomo, co też się z tymi śmieciami stanie. W Lonely Planet głoszą, by podróżować rozsądnie, ekologicznie i nie niszczyć Matki Indonezyjskiej Ziemi. Nie używać wody butelkowanej, nie śmiecić. I co z tego, skoro sami Indonezyjczycy wyrzucają śmieci, gdzie popadnie. Ich pięknie plaże wyglądają jak wysypiska śmieci.
Podobnie z olejem palmowym, mogę być przeciwna i nie kupować produktów zawierających go, i co to da, skoro sami używają go do produkcji niemalże wszystkiego.
Razem z Turkami mieliśmy podobne myśli i znieśliśmy do miasta nasze butelki po wodzie. A pani i tak stwierdziła, że to nie ma sensu, bo wrzucą je i tak do rzeki. Najlepiej zawieźć do Turcji, zażartowała.
Tymczasem idziemy już na wulkan, zupełnie prostym szlakiem. Musiał wić się wokół góry, bo nie był ani trochę stromy. Oświetlaliśmy sobie drogę latarkami. Mimo że był środek nocy, nie czułam zmęczenia, bo przecież przespałam cały dzień.
Doszliśmy do schroniska po drodze, odpoczęliśmy, zostawiliśmy zmęczone Holenderki z tyłu i idziemy dalej. Nagle uderzył nas potworny zapach.
Jest powód, dla którego siarka kojarzona jest z diabłem. Powód jest taki, że śmierdzi potwornie. Poza tym albo jestem przewrażliwiona, albo naprawdę czuć było chlorowodór, czyli zapach zgniłych jaj. Już wiedziałam, że maska to nie fanaberia i ją założyłam. Pomagała tylko trochę.
Doszliśmy do brzegu krateru z napisem informującym, że schodzenie do wnętrza jest surowo zabronione i zrobiliśmy, co wszyscy, czyli zaczęliśmy schodzić do wnętrza. Podobny napis wisi w biurze sprzedającym bilety, a wszyscy kupują je, by zejść do wnętrza. Czyli dopóki jest napis, jest dobrze. Państwo prawa.
Po drodze wciąż jeszcze ciemno i dym coraz gęstszy. Mijają nas idący w górę panowie z dwoma koszami przewieszonymi przez ramię niczym szale wagi, wypełnionymi żółtymi kamieniami. Zgadłam, że to siarka, wydobywają, bo to bardzo cenne. Wynoszą to w środku nocy, bo jest zimno. Przykro się robiło na ten widok, bo to nadludzki wysiłek, ale ci panowie się mniej lub bardziej na to zgodzili. Przypominały mi się natomiast książki historyczne mówiące o rdzennych mieszkańcach Ameryki Łacińskiej, wykorzystywanych przez Hiszpanów do pracy w kamieniołomach, którzy bez wyjątku od tego wysiłku pomarli. Brzmi to mało smutno, jeśli czyta się to w książce, można odłożyć i obejrzeć telewizję. O wiele łatwiej sobie wyobrazić ich straszną śmierć, kiedy widzi się na własne oczy trud takich pracowników.
Kiedy mijamy panów, stajemy i usuwamy się z drogi, by dać im dużo miejsca i nie zahaczyć o kosze. Każdy z nich usiłuje nam sprzedać wyrzeźbione kawałki siarki na pamiątkę.
Schodzimy mozolnie. Z braku innej rozrywki wyobrażam sobie dla zabawy, że schodzę do piekła.
Po drodze koleżanka Turczynka wróciła się, bo miała problemy z maską gazową i dusiła się. Zostałam sama z kolegą Turkiem. Tylko wybrani zeszli na sam dół piekła.
Na dole, w gęstych kłębach dymu i w tłumie, mogliśmy podziwiać rury, z których wypływała ciekła siarka. Przyszliśmy podziwiać piękne widoki i niebieskie ognie, podziwialiśmy natomiast tylko gęsty dym. Nie wiem, czego się spodziewałam we wnętrzu czynnego krateru, przejrzystego powietrza i widoków? Lekcja płynąca z tego doświadczenia: wulkany śmierdzą siarką i wydobywa się z nich dym.
Wracając, zobaczyliśmy niebieskie ognie. Jest to zjawisko wyjątkowe, można je zaobserwować tylko na Islandii i w wulkanie Ijen. Nie był to spektakularny widok, ale przynajmniej mogę powiedzieć, że przyjechałam je zobaczyć i widziałam.
Zebraliśmy się na szczycie i poszliśmy powoli na dół. Świtało po drodze, ale pięknych widoków nie było, bo zasnute były dymem. Mimo to mijaliśmy całe tabuny turystów, również z Polski, stojących uparcie na lodowatym wietrze, by zrobić sobie idealne selfie.
Swoją drogą, ludzie wyglądają naprawdę idiotycznie, jak robią sobie selfie i uśmiechają się do telefonów.
Zjechaliśmy na dół, Holenderki wypiły herbatę. Nauczka dla wszystkich, nie umiejących stosować tego, co w nauczaniu angielskiego nazywamy „grading the language”, czyli dostosowanie języka do poziomu rozmówcy. Koleżanki powiedziały: „Nie, nie chcemy herbaty, bardzo dziękujemy, już wypiłyśmy herbatę wcześniej dzisiaj.” Po czym pan usłyszał tylko „herbata”. I sprzedał im po kubku.
Spakowaliśmy swoje śmieci i pojechaliśmy dalej na wycieczkę. Pierwszym przystankiem była plantacja kawy, gdzie mogliśmy zobaczyć drzewka kawowe oraz luwaki. Luwaki to takie zwierzątka, które jedzą ziarna kawy, wydalają je, tworząc w ten sposób bardzo drogą i ponoć najpyszniejszą kawę świata. Same zwierzątka były ładne, takie małpko-szopy. Pozwolili nam też nakarmić kozy, wychodząc z założenia, że turysta to dziecko i się ucieszy. W moim przypadku bardzo się nie pomylili.
Następnym przystankiem była plantacja kauczuku, gdzie mogliśmy zobaczyć naturalny kauczuk. My podnieśliśmy grudkę z ziemi, obmacaliśmy, powąchaliśmy, ścisnęliśmy w dłoniach i rzuciliśmy z powrotem na ziemię, ale pan kierowca od razu podniósł i sobie wziął. Pewnie cenne.
Ostatnim przystankiem było miejsce, w którym napijemy się kawy z luwaka za darmo. Nas, doświadczonych turystów, od razu złapała podejrzliwość, czy oby na pewno za darmo. Wszak kawa przepuszczona przez przewód pokarmowy luwaka bezcenna jest. Dopytujemy się. Tak tak, za darmo. Trochę odetchnęliśmy, jak zawiózł nas do siebie do domu, bo rzeczywiście, w domu nie powinno się płacić.
Powitał nas wiekowy ojciec pana kierowcy, w majtkach i podkoszulku. Pan, okazało się, miał ojca Holendra i matkę Chinkę. Porozmawiał płynnym holenderskim z koleżankami, a za chwilę ze mną po chińsku i pokazał mi zdjęcia rodziny z Chin. Poczęstował nas nie tylko kawą, ale też awokado ze swojego ogrodu. Po raz pierwszy spotkałam się ze zwyczajem jedzenia awokado osobno, bez chleba, bez sałatki. Dał nam w prezencie awokado, które miało dojrzeć za trzy dni, a dojrzało znacznie później. Mozolnie targałam je przez setki kilometrów i zjadłam tydzień później i dwie wyspy dalej.
W końcu okazało się, w jakim celu była wizyta. Pan planował otworzyć hotel w swoim domu, tak zwane homestay i potrzebował reklamy. Zrobiliśmy sobie zdjęcie z panem, zadowoleni goście. Nie ma sprawy.
Kawie z luwaka nie wystawiam zbyt entuzjastycznej recenzji. Jeśli komuś by przeszło do głowy pić kawę przetrawioną przez niby to kota, niby to małpę, i płacić za to dużo pieniędzy, to może, ale niech nie oczekuje cudów.
Podczas wizyty u pana w ogrodzie, napisała do mnie moja następna couchsurferka. Prosto po wycieczce miałam jechać do Denpasar, na Bali. Hosta szukałam już od ponad tygodnia. Napisałam, tak jak poprzednio, prośbę o goszczenie mnie do hostów i też prośbę otwartą. Parę osób chciało mnie gościć i wybrałam jedną dziewczynę, wydawało mi się, że wybrałam bardzo dobrze. Odpowiadała na moje wiadomości, komunikowałam się z nią na bieżąco na temat moich planów i ustaleń w podróży.
Tego samego poranka, kiedy miałam jechać do Denpasar, napisała do mnie, że dzisiaj ma zamiar wypożyczyć skuter dla siebie na cały miesiąc i chciałaby, ażebym się dołożyła. Wypożyczenie na miesiąc kosztuje sześćset tysięcy, więc ona chce, żebym jej zapłaciła sto tysięcy. Zapaliła mi się czerwona lampka w głowie. Będę w jej domu przecież tylko jeden wieczór, potem cały dzień i wyjeżdżam następnego dnia rano. Dlaczego mam płacić jedną szóstą miesięcznego wynajmu skutera? Będę tylko jeden dzień.
Wzięłam wdech, wydech i zapytałam się, czy odbierze mnie ze stacji. Wcześniej mówiła, że nie może, ponieważ nie ma żadnego pojazdu. W porządku, nie musi mnie odbierać, to przecież nie jest obowiązek. Ale jeśli dokładam się do wynajmu, i to tak dużo, już mogę o to prosić.
Nie odbierze mnie, bo nie wie, gdzie jest stacja, wie tylko, gdzie jest lotnisko. Ale być może (znowu azjatyckie maybe) odwiezie mnie, jak będę wyjeżdżać.
Zaraz. Po co mi ten skuter, jeśli jedynym miejscem, gdzie chcę się dostać, jest stacja i z powrotem, a tam mi nie pomoże się dostać? I wystąpił błąd logiczny: jeśli nie wie, gdzie to jest, dlaczego da radę odwieźć mnie, gdy będę wyjeżdżać, a nie wtedy, kiedy będę przyjeżdżać?
Nie czułam się dobrze z prośbą o pieniądze. Chętnie bym się dołożyła, ale to za dużo pieniędzy jak na wynajem skutera na dzień. Porozmawiałam z koleżankami Holenderkami, które wróciły z Bali, mówią, wynajem skutera to sześćdziesiąt tysięcy dziennie, benzyna osiem za litr. Na dwie osoby połowa. Niewątpliwie, koleżanka mnie naciąga. Zwłaszcza, że kiedy jej tłumaczyłam, że dla mnie to dużo pieniędzy, odpisała, że prosi mnie o nie, żeby dla niej było taniej. W tym momencie rozmowy była chyba najbardziej szczera.
Odwołuję moją wizytę, tłumacząc, że nie mogę jej dać tych pieniędzy, a ponieważ o nie poprosiła, czuję się niezręcznie, korzystając z jej gościnności.
Odpisała, że chciała dla mnie dobrze. Chciała wynająć skuter, abym mogła wszędzie jeździć, bo na Bali nie ma transportu publicznego. Wypożyczenie skutera to sześćdziesiąt tysięcy dziennie, więc sto za dwa dni to dla mnie prawdziwa okazja. No tak, ale ona nie jest wypożyczalnią, wynajmuje ten skuter dla siebie. Chętnie się dołożę, ale nie tyle.
Potem napisała kolejną wiadomość dlaczego nie może odebrać mnie ze stacji. Ma stary telefon komórkowy, tłumaczyła. Nie działa na nim google maps, działa tylko whatsapp. Dobrze, ale po pierwsze, smartfony wynaleziono niedawno, ogromna część ludności świata nadal ich nie ma, a potrafi znaleźć dworzec we własnym mieście. Poza tym, ma couchsurfing, więc ma też komputer, ergo, ma dostęp do map. Ponadto, jeśli nie umie nigdzie pojechać, jak korzystałybyśmy ze skutera?
Grunt, że po raz pierwszy couchsurfer chciał mnie naciągnąć na pieniądze i mam nadzieję, że będzie to ostatni raz. Znamienne jest, że zdarzyło się to na Bali.
Poza tym, inna couchsurferka na Bali napisała, że chętnie mnie ugości, ale pod jednym warunkiem: mam udzielić jej pracownikom lekcji angielskiego. Nawet nie odpisałam, bo nie znalazłam słów. Couchsurfing nie powinien polegać na ciągnięciu korzyści materialnych z gości. Jeśli ktoś ma inne wyobrażanie o couchsurfingu, chyba nie rozmawiamy tym samym językiem i lepiej od razu przerwać komunikację.
Powtarzam, znamienne jest, że takie dwa przypadki zdarzyły się właśnie na Bali.
Napisałam do Marty, z zapytaniem, gdzie jest. Okazało się, że w Kuta, na Bali, zameldowała się w hotelu. Od razu pytam, czy się nie mogę dołączyć. Oczywiście, mogę. Rozmawiamy, jak by tam można było się do niej dostać. Tłumaczy mi, że Kuta jest zaraz obok lotniska w Denpasar, jej hotel jest oddalony o jakieś dwa kilometry. Jak dojadę na lotnisko, ona po mnie przyjdzie. Postanawiam tak zrobić.
Jestem już dosyć mocno roztrzęsiona całą sytuacją, a jeszcze nie dotarłam na Bali.
Właściciel hotelu odwozi nas osobiście na prom i wyjaśnia mi, jak dostać się do Kuty. Jeśli ktoś by przypadkiem zawitał do Banyuwangi, to hotel pana zwie się Permata Indah Permai. Takich uczynnych przedsiębiorców należy wspierać i polecać.
Jestem bardzo niespokojna. Na Bali nie ma transportu publicznego, a taksiarze na pewno nie są uczciwi. Znowu czuję się samotna i przerażona.
Omawiam na promie sytuację z parą z Turcji, opowiadają o swojej drodze z Kuty na Banyuwangi. Muszę dostać się na dworzec Ubung w Denpasar, a stamtąd znaleźć autobus na lotnisko. Tego tylko nie są pewni, czy będzie jakiś. Dowiem się, kiedy dojadę.
Prom dobił do brzegu i za poleceniem pana z hotelu idziemy na dworzec, nie słuchamy panów, co nas nagabują na promie. Na stacji tylko nie jest ani trochę uczciwiej, bo napadło nas więcej panów i agresywniej, a okienek z biletami nie widać. Zgadzam się w końcu na autobus do Denpasar za pięćdziesiąt tysięcy, głównie dlatego, bo autobus odjeżdża za pięć minut, mniej dlatego, bo jest klimatyzowany. Rozstajemy się z parą i życzymy sobie nawzajem powodzenia w radzeniu sobie z balijską rzeczywistością.
Siadam z przodu autobusu, nauczona tak z czasów wycieczek szkolnych, chorób lokomocyjnych i awiomarinu, że z przodu nie powinno mi być niedobrze.
Kierowca i pasażerowie z przodu palą jednego papierosa za drugim przez całą drogę. Ponieważ autobus jest klimatyzowany i więcej za to zapłaciłam, nie mogę otworzyć sobie okna.
Witamy na Bali, w egzotycznym raju.
Krajobraz za oknem piękny. Bali to naprawdę raj. Pola ryżowe, palmy, góry, świątynie hinduistyczne, ołtarzyki.
I nawet taki raj potrafi zniszczyć ludzka niegodziwość.
Przed wyjazdem pytam się kierowcy, jak transportem publicznym dojechać na lotnisko, powiedział, że bardzo łatwo, najpierw bemo, czyli balijskim odpowiednikiem angkotu, to kosztuje dziesięć tysięcy, a potem autobusem publicznym, to kosztuje trzy.
Dojechaliśmy nie na dworzec, tylko pod sklep. Zupełnie nie wiedziałam, gdzie mam iść. Pytam się kierowcy, twierdzi nagle, że na lotnisko można tylko taksówką, on o żadnym publicznym transporcie nie słyszał. Pytam się instynktownie młodej dziewczyny, pomoże. Znalazła dla mnie bemo i dogadała się z kierowcą. Zawiezie mnie, ale za dwadzieścia tysięcy, nie mniej. Dziewczyna próbowała tłumaczyć, że jest moją koleżanką, ale nie pomogło. Biały człowiek ma płacić więcej. Umówili się, gdzie ma mnie wysadzić, miał pojechać na przystanek zaraz obok lotniska, przystanek autobusu Swargita. Stamtąd mogłabym nawet dojść.
Wsiadam i jedziemy. Już jest ciemno. Boję się. Pan przejechał się po mieście pięć minut i stanęliśmy obok jakiegoś przystanku, mówi, że to tu. Wysiadam, nie mam wyjścia, choć mu nie wierzę. Od razu upomina się o pieniądze. Problem w tym, że nie mam drobnej dziesiątki. Mówię mu, że dam mu dwadzieścia, ale ma mi wydać dziesięć. Zaczyna wrzeszczeć, że nie ma mowy, mam płacić dwadzieścia. To ja też wrzeszczę, że dlaczego wszyscy płacą dziesięć, a ja mam płacić dwadzieścia.
-You come to Bali you come to Bali! You pay!- wrzeszczy pan.
Że przyjechałam na Bali, to mam płacić.
A współpasażerowie? Pan zaczął na mnie wrzeszczeć, że inni płacą po dwadzieścia pięć za osobę, a ja tylko dwadzieścia. Powiedziałam mu, że kłamie, to zaczął zbierać pieniądze od pasażerów, żeby mi pokazać, ile płacą. Wymachuje pieniędzmi i wrzeszczy. Pasażerowie chętnie dają pieniądze i się ze mnie śmieją. Nikt nie postawi się, nikt nie odezwie w mojej obronie.
To daję mu te dwadzieścia, informując go, że chciwość i kłamstwo to ogromne grzechy i niech ma te dziesięć więcej, ale niech wie, że to grzech.
Pan odjeżdża, a ja się wspinam na platformę przystanku.
Patrzę na GPS i oczywiście jestem trzynaście kilometrów od lotniska. Jest ciemno, nie wierzę, że autobusy jeżdżą o tej porze, bo nawet na Jawie nie ma już transportu publicznego wieczorem. Obok są jakieś sklepy, mogę prosić o pomoc tam ewentualnie. Na razie czuję ogromną gulę strachu w gardle.
Ja wiem, że narzekałam na Tajlandię, ale nawet tam cena za transport publiczny jest równa dla wszystkich. Na Bali jest kilkakrotnie wyższa, a jak widać, nie wolno mi nawet jechać publicznym autobusem. Podczas ponad trzech lat w Azji kierowcy autobusów wysadzali mnie na tym przystanku, na którym potrzebowałam. Na początku w Chinach nie umiałam przecież po chińsku, pokazywałam tylko na karteczce, kiwali głowami, pamiętali o mnie i pokazywali mi, gdzie wysiąść. Tutaj pan policzył sobie dwa razy więcej, to samo w sobie jest krzywdzące, ale nie to jest najgorsze. Najgorsze jest to, że wysadził mnie w nieznanym mieście w nocy daleko bardzo od miejsca, gdzie miałam się dostać. Dlaczego nie zawiózł? Dlaczego chciał, żebym była w niebezpiecznej sytuacji?
Proszę sobie wyobrazić, że w Europie nie pozwolimy Azjatom na korzystanie z transportu publicznego albo podwoimy ceny dla nich. Nigdy nie stanie się coś takiego. Na szczęście. Ja bym tak jednak zrobiła, ale tylko temu panu.
To tyle na temat bycia dobrą katoliczką i o nadstawianiu drugiego policzka.
Na razie wciąż jestem na przystanku, wokół śmigają samochody i motory, ale żadnego autobusu. Piszę do Marty i czuję się bezradna, nie znoszę być tak zdana na pomoc innych, przerażona. Otwieram aplikację gojek, czyli aplikację do zamawiania taksówek motocyklowych i sprawdzam, czy da się jej używać w Denpasar. Kiedy tak kombinuję, wpatrzona w komórkę, nadjeżdża autobus, otwierają się drzwi i wita mnie w nich uprzejma pracownica autobusów miejskich, odpowiednika transjakarty i transjogji, gdzie cena jest równa dla wszystkich i pracownicy pomagają. Poczułam się, jakby nadjechał Kotobus, jakbym ujrzała Hogwart Express po raz pierwszy. Poczułam się jak w domu.
Pakuję rzeczy do środka, pani powie, jak się przesiąść na lotnisko. Pytam się, do kiedy jeżdżą autobusy, skoro mam się jeszcze przesiąść. Pani mówi, do ósmej. Patrzę na zegarek, dopiero siódma dziesięć, nie ma problemu.
Przejechałam przez całe miasto, mam się przesiąść na przystanku. Patrzę na GPS, jestem tuż obok lotniska. To tu miał mnie dowieść pan kierowca bemo. Tutaj, dwanaście kilometrów dalej, niż dowiózł.
Wsiadłam do kolejnego autobusu i dojechałam. Czekała już na mnie Marta i przeszłyśmy na piechotę do hotelu, ignorując zaczepki co parę metrów, czy chcemy taksówkę.
Okazuje się, że na Bali jest inna strefa czasowa. O czym wiedziałam, ale zapomniałam. Było już zatem po ósmej i miałam ogromne szczęście, że udało mi się jeszcze złapać autobus. Kierowca bemo wysadził mnie zatem samą po ciemku tam, gdzie teoretycznie mogłam czekać na autobus do rana. Dlaczego? „You come to Bali!” Przyjechałam na Bali, to mam za swoje.
Marta opowiada mi o swoich przygodach. Po tym, jak rozstałyśmy się w Borobudur, chciała pojechać na wulkan Dieng. Zapytała się panów na stacji, mówią, że to powinno kosztować jakieś siedem tysięcy. Wsiada zatem do autobusu, pyta się dziewczynki obok, ile autobus kosztuje. Bardzo miło wyglądała dziewczynka. Nie umiała powiedzieć po angielsku, ale wyciągnęła banknoty z portfela, żeby pokazać i pokazuje dwadzieścia tysięcy. Marta na to kręci głową, że nie, pokazuje na palcach, ma być siedem. Na co dziewczynka podeszła porozmawiać z kierowcą. Kierowca odwrócił się i powiedział Marcie, że ma płacić dwadzieścia. Ta chwyta się ostatniej deski ratunku, pyta się reszty pasażerów, ci zgodnie twierdzą, że ma być dwadzieścia. Kiedy, nie mając wyjścia, zapłaciła, wszyscy ryknęli śmiechem.
Tu nie o pieniądze wcale chodzi. To o ten śmiech. O to, że oszukiwanie turystów sprawia tym ludziom radość. To jest przyjemne. Ja rozumiem, że ludzie oszukują i kradną dla zysku. Ta dziewczynka jednak nic nie zarabiała na tym, że Marta zapłaciła więcej, ona po prostu chciała dla własnej przyjemności ją oszukać.
Dziewczynka sama zapłaciła sześć tysięcy i wysiadła tam gdzie Marta.
Po raz pierwszy spotykam kraj, gdzie współpasażerowie nie pomagają, a robią jeszcze więcej krzywdy, dla czystej rozrywki.
Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że Marta przyjechała do następnej miejscowości za późno i nie było już żadnego autobusu. Została przyjęta w gościnę przez miejscową rodzinę. Nakarmili ją, pomogli, a nawet dali naszyjnik na pamiątkę, by nigdy ich nie zapomniała, byli przemili.
Są tacy i tacy ludzie w Indonezji. Ale bardzo smutne, że ci, którzy są chytrzy, tak psują tę rajską wyspę.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Indonezja. Yogjakarta- Bali

  1. ~Sandra pisze:

    super wpis.
    Jesteś odważna jeżdżąc po takich dalekich krajach.
    Można się nieźle naciąć.
    Couchsurfing może jest fajny ale ja (gdybym podróżowała sama) nigdy chyba nie zdecydowałabym się na to.
    Nie wiem, przecież de facto kontaktujesz się z zupełnie obcymi ludźmi, którzy w biednych krajach mogą couchsurfing traktować jako okazję na zarobki.
    Ale wpis świetny, dzięki że podzieliłaś się swoimi doświadczeniami

    Pozdrawiam,
    a ja jeżdżąc korzystam z super tanich hoteli i chyba nie przełamię się do couchsurfingu
    http://www.cowartozobaczyc.pl/tani-hotel-gigantyczna-porownywarka-wyszukiwarka-hoteli-polska-swiat/

  2. ~ola pisze:

    Szybko pojawił się następny wpis:) Bardzo ciekawie piszesz, a zastanawiamy się z mężem gdzie pojechać jesienią – jedną z opcji jest właśnie Indonezja (inną opcją jest Sri Lanka). Wygląda zachęcająco, ale z drugiej strony zawsze bardzo męczy mnie takie naciąganie turystów… Trochę boję się kolejnego wyjazdu, bo ostatnio na Filipinach zaliczyłam mały wypadek (na szczęście skutki przyszły dopiero w Polsce, niestety już prawie 2 miesiące siedzę w domu), ale mam nadzieję, że do jesieni się ze sobą ogarnę… Ile w sumie czasu spędziłaś w Indonezji?

    • Julia pisze:

      Ojej wypadek brzmi wcale nie na mały, bardzo współczuję.
      Ja byłam dwadzieścia trzy dni, można być tylko trzydzieści. Zależy, gdzie się pojedzie, ja poleciłabym Lombok w Indonezji i wyspy Gili.

  3. ~kaper pisze:

    Zgniłymi jajkami pachnie siarkowodór. Chlorowodór jest żrący i śmierdzący, ale inaczej.
    A przede wszystkim – dziękuję za kolejny artykuł. Za to, że swoje wrażenia i spostrzeżenia przekazujesz innym, w sposób świetny merytorycznie i literacko. Rozwijanie ciekawości świata jest najlepszą odtrutką na ksenofobię, poczucie wyższości, kompleksy wobec innych ludzi. Niech Ci się pisanie bloga nie znudzi, jesteś potrzebna!

    • Julia pisze:

      Bardzo dziękuję :) Chyba czasem potrzebuję takiej zachęty do pisania. A lekcje chemii, jak widać, były bardzo dawno :) Siarkowodór też ma więcej sensu, wszak tam była siarka.

  4. ~Jaanibykto pisze:

    „bo smak mięsa przechodzi na garnek, a potem na warzywa i wszystko czuć tym mięsem”
    - homeopatyczna wieprzowina :D

    • Julia pisze:

      no właśnie zastanawiam się, kim będę za kilka lat- tolerancyjnym człowiekiem, czy człowiekiem, który je tylko z koszernie czystych garnków.

  5. ~senor martino pisze:

    Cześć,

    Dokładnie 2 miesiące temu też przeżyłem podobną przygodę na Bali. Na Iljan miałem dużo więcej szczęścia (bez chmur, piękne widoki rozpościerają się gdy wejdziesz na sąsiadującą górę). Nota bene ponowie którzy wnoszą siarkę dostają ok. 0,5 PLN za kg a wnoszą ok. 80 kg (sam podnosiłem z nimi żeby się przekonać że to tyle waży). Ja akurat jechałem północną częścią wyspy z Banyuwangi do Amed. Przygodę z autobusem miałem bardzo podobną do Ciebie, mimo to targowałem się ale za całość i tak zapłaciłem z koleżanką ok. 70 tys. IDR. Co do traktowania turystów na Bali w ten sposób to masz 100% rację też się wściekłem i to nie raz gdy wystawili mnie na pustej drodze a później pojawiali się koledzy oferujący przejazd. Balijczycy widzą białego człowieka jako chodzącego dolara, ale też australijczycy i inni ich do tego przyzwyczaili i traktują ich jako tanią „siłę roboczą” – OMG is so cheap nie raz powtarzają. Ja starałem się dłużej rozmawiać z tubylcami ale nie z naganiaczami tylko z Panią ze sklepu (która po krótkiej rozmowie o swojej rodzinie i życiu na Bali – wszystko mi opowiedziała jak dojechać). Ja Bali odkrywałem skuterem z kilkoma znajomymi i to jest najfajniejszy środek transportu „wolność”. Jeżeli wyjedzie się poza tereny turystyczne (najgorsza jest Kuta oraz zagłębia surferów) to odkrywa się zupełnie inne Bali. Dla osób wybierających się w celu nurkowania i snorklingu (ceny są bardzo tanie ale poza wrakami) rafa jest bardzo zniszczona. Polecam wielką rafę koralową i Komodo.

  6. ~arta pisze:

    O tym przechodzącym smaku mięsa już kilkakrotnie słyszałam i, mimo że sama mięso jadam, wierzę w to. Kubki smakowe chyba faktycznie odzwyczajają się od jego smaku.
    (i fajnie, że tyle wpisów :) )

    • Julia pisze:

      Nie no, przechodzi smak, ale z mięsa na jedzenie, a nie z mięsa na garnek na jedzenie… Czy za jakiś czas będę się domagała koszernego garnka? :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>