Indonezja. Kuta na Bali

Pierwszą sprawą do załatwienia w Kucie, po tak długiej i nerwowej podróży, było jedzenie. Podchodzimy do jednego pana, ma menu bez cen. Jest to podejrzane, jeśli nie ma napisanych cen, znaczy, że są wymyślane na poczekaniu. To Marta pyta, ile ryż z kurczakiem, pan się zastanowił i prosi o dwadzieścia tysięcy. Ja się pytam, ile ryż z warzywami, pan się zastanowił jeszcze dłużej i prosi o dwadzieścia pięć.
Panu podziękowałyśmy. Za dużo się zastanawia.
Idę ulicą i patrzę: tam mają cennik!
I tam zjadłyśmy. Pani nawet rozumiała, co to znaczy wegetariańskie, wcale nie udawała.
Udałyśmy się na zasłużony wypoczynek.
Następnego dnia zjadłyśmy hotelowe śniadanie. Ja wyraziłam pragnienie zobaczenia Kuty. Poszłyśmy na plażę, bo musiałam ujrzeć na własne oczy legendarne balijskie śmieci na plaży. I rzeczywiście, cała plaża zasypana śmieciami, morze wyrzuca więcej na brzeg. Brzydziłam się wejść do wody, uciekałam przed falami.
Zjadłyśmy lody w McDonaldzie i proszę mnie nie krytykować, przynajmniej w tym przybytku można spokojnie zjeść i nie bać się, że sprzedawca oszukuje. Mimo to, należy być świadomym, że w podaną cenę nie jest wliczony podatek VAT.
Zrobiłam zdjęcia świątynkom hinduistycznym po drodze. Miejscowi mają zwyczaj umieszczać takie pudełka złożone z liści bananowca, wypełnione jedzeniem, na progu domu, wejścia do sklepu, do hotelu. Na zewnątrz przybytków stoją też kapliczki, prawie jak „domki dla ptaków” w Kambodży.
Kończą mi się pieniądze, ale boję się iść do kantoru, jako że ostrzegała mnie przed Kutą i jej kantorami para Turków. Mówili, że dwa razy byli w Kucie, w dwóch różnych kantorach. W każdym z nich pracownik wziął ich dolary i nie chciał dać rupii w zamian. Za każdym razem poszli na policję i kiedy wracali do kantoru w towarzystwie policjanta, pracownik bez słowa dawał odpowiednią ilość rupii. Obie sytuacje skończyły się dobrze, ale bałam się przechodzić przez to i postanowiłam poczekać do przejazdu na wyspę Lombok. Po raz pierwszy w życiu boję się iść do kantoru.
O nagabywaniu przez miejscowych nawet nie wspominam, ponieważ jest właściwe całym Indochinom. W każdej miejscowości turystycznej słyszy się pytanie, czy przypadkiem nie potrzeba mi taksówki, co minutę. Bali nie jest wyjątkiem, ani też się nie wyróżnia. Bardzo szybko staję się głucha na pytania: „Gdzie idziesz? Taksówka? Transport? Skąd jesteś? Gdzie idziesz?”
Nie nawykłam do tłumaczenia obcym ludziom na ulicy, gdzie idę. I nie mam zamiaru nawyknąć.
Kolejną ciekawostką jest forma grzecznościowa, którą używają w kontaktach ze mną. W Tajlandii czy Kambodży narzekałam na „lady” i „madam”, bo postarzali mnie za bardzo. Nie wiedziałam, że może być gorzej. W Indonezji do wszystkich turystów, nieważne, czy mężczyzn, czy kobiet, mówi się „sir”. Wszyscy zwracają się zatem do mnie „proszę pana”.
Dzień byłby dniem odpoczynku, ale musimy zorientować się, jak następnego dnia dojechać na wyspę Lombok. Niestety, nie jest to w Indonezji łatwe zadanie i zajmie nam całe popołudnie. Najpierw wyszukuję, skąd płynie prom i okazuje się, że z Padangbai, portu na wschodzie wyspy. Transport publiczny polega na przesiadaniu się dwa razy autobusami, najpierw trzeba się dostać na dworzec w Denpasar. Najpierw zajmuje mi parę godzin wybicie Marcie z głowy, żeby tak robić. Po pierwsze, zajmie to za dużo czasu. Po drugie, przy każdym kolejnym autobusie zostaniemy oszukane i nie zaoszczędzimy wcale albo nic, a nawet może wyjść drożej. „Ale popatrz się”- Marta mówi, pokazując mi mapę-„Przecież to półtorej godziny się jedzie, to powinno kosztować najwyżej dwadzieścia tysięcy, tak jak do Borobudur”.
Powinno, ale nie jestem w Indonezji od wczoraj, by myśleć, że będzie tyle kosztowało. Albo zapłacimy trzy razy więcej, niż miejscowi, albo zostaniemy na noc w szczerym polu. Ponadto, miejscowi najczęściej nie pokażą, gdzie jest autobus, bo uważają, że my turyści, nie powinniśmy nim jechać. Nawet jak sami nie czerpią z przemysłu taksówkowego korzyści, nie pokażą, gdzie jest autobus, byśmy wzięli taksówkę. Turysta ma brać taksówkę i płacić za nią podwójnie, przyjechał w końcu na Bali!
Udało mi się jej wybić podróż trzema autobusami z głowy.
Marta znajduje firmę przewozową, której autobus kosztuje siedemdziesiąt pięć tysięcy. Dzwonimy, podają swój adres w Kucie. Mają biuro około trzy kilometry od nas, nie wiemy dokładnie gdzie, za daleko, żeby tam iść rano i możemy nie znaleźć.
Idę zamówić autobus w hotelu. Jest podany cennik, autobus ma kosztować sto tysięcy. Chcę go zamówić na jutro, zajmuje się tym starszy pan, pracownik hotelu. Najpierw mówi, że powinnyśmy wykupić transport za trzysta tysięcy, autobus i szybka łódka na Lombok. Kręcę głową, nie, po prostu popłyniemy promem, który kosztuje tylko czterdzieści tysięcy. Pan niezadowolony, ale dzwoni do firmy przewozowej. Odkłada telefon i informuje mnie, że trzeba będzie zapłacić sto pięćdziesiąt, inaczej nas nie wezmą. Oczka już mu się świecą z chciwości, widać, że kombinuje, na ile nas tu się uda naciągnąć. Zaczynam być bliska rozpaczy. Czy uda nam się przejechać te pięćdziesiąt kilometrów i dostać na ten prom, jeśli na każdym kroku kłamią, oszukują i rzucają kłody pod nogi? Przecież cennik jest, dlaczego nie może być taka cena, jak w cenniku? W Wietnamie, Tajlandii, Kambodży, wszędzie były cenniki, można się było przejść od biura do biura i wybrać najtańszy. Niektórzy mieli za wysokie ceny, to szło się gdzieś indziej. Nie było jednak tak, że odmawiano transportu za podaną cenę, bo byli tak chciwi.
Pan, widząc moją minę, od razu spuszcza cenę do stu dwudziestu pięciu za osobę i mówi, że może jeszcze uda się coś spuścić. Mówię, że porozmawiam z koleżanką i idę do pokoju. Nie mija pięć minut, a pan posłał do nas chłopaka z pytaniem, czy zamawiamy ten autobus.
Dzwonię jeszcze raz do firmy przewozowej, bo Marta wpada na wspaniały pomysł- spytać się, obok którego większego obiektu są. Pani po drugiej stronie słuchawki podaje adres baru. Znajdujemy go na mapie, mamy tam tylko półtorej kilometra. Idziemy tam i pan już widzi, że stracił interes. Mówi nam, że za sto tysięcy też możemy jechać. Ja uprzejmie odpowiadam, ze teraz idziemy coś zjeść, a potem porozmawiamy.
Marta się na mnie rozzłościła, bo sama chciała mu powiedzieć, że idziemy zamówić tańszy autobus, żeby spuścił z ceny. Ja nie chciałam mu tego mówić, przyzwyczajona do chińskiej kultury tracenia twarzy. W Chinach taki pan by stracił twarz i byłby zły na nas, że przez nas stracił twarz. W Chinach trzeba bardzo uważać, żeby nasz rozmówca nie stracił twarzy, bo wtedy od razu staje się naszym wrogiem. Albo po prostu wcale nie wyniosłam tego z Chin, tylko z Polski? Myślałam, że jeśli nie udałoby się zamówić tamtego autobusu, ten byłby w zapasie, a jeśli panu już powiemy, że mamy tańszy i okaże się, że nie, jego cena znów skoczy do stu pięćdziesięciu.
W każdym razie i tak już nie chcę jechać z kimś, kto chciał mnie oszukać. Powiedzenie z mojego domu rodzinnego głosi, że chciwy dwa razy traci. Jakby nie chciał oszukać, dawno bym zamówiła ten autobus i miałby zarobek. A tak? Nie ma nic i na to zasługuje.
Doszłyśmy do biura firmy przewozowej i wyszło nas po sześćdziesiąt tysięcy w jedną stronę, bo kupiłyśmy powrotne i dali nam zniżkę. Ponadto, mogę najpierw pojechać do Ubud, kiedy będę wracać, a potem do Kuty, wliczone wszystko w cenę. Doskonały interes.
Jestem przekonana, że czytelnicy się zmęczyli, czytając to, ponieważ ja się zmęczyłam, pisząc. Tak upływają całe popołudnia wakacji na Bali. Tak się je spędza, zamiast wypoczywać. Szukając sposobu, jak przejechać pięćdziesiąt kilometrów i nie zostać oszukanym.
Kiedy wracałyśmy, minęła nas grupa chłopców, bawiąca się na ulicy. Krzyknęli w biegu: „Tourist! Money money money money!!!”
Dzieci jeszcze nie potrafią się przedstawić po angielsku, a już potrafią powiedzieć „turysta pieniądze”. To wmawia im się od dzieciństwa i w to wierzą. Trudno się dziwić, że jak podrastają, od razu na widok turysty zaczynają kombinować, jak tu wyciągnąć pieniądze.
Dzień zakończyłyśmy w knajpie, uczęszczanej bardzo wyraźnie tylko przez miejscowych, bo nie było nic napisane po angielsku i obsługa też nic nie mówiła. Były za to napisane ceny, bardzo tanie. Zjadłam sobie rybę z ryżem i warzywami za dziesięć tysięcy i popiłam pysznym sokiem z melona.
Dlaczego turyści w ogóle przyjeżdżają do Kuty? Nie mam pojęcia.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>