Indonezja. Lombok

Budzimy się rano, idziemy pieszo do biura o szóstej rano, ignorując setki pytań, gdzie idziemy i czy chcemy taksówkę. Dowieźli nas do Padangbai, wysiadamy i idziemy do budynku, który wygląda na biuro sprzedaży biletów. Po drodze zaczepia nas na tych dziesięciu metrach przynajmniej trójka ludzi. Siedzi sobie przy ogrodzeniu pan, pyta, gdzie idziemy, jego też ignoruję.
-Where you go?- pyta.
Zignorowałam.
-Why you no answer? Why you so stupid?- powiedział do mnie,
Krew mi zawrzała. Przejechałam pół Azji wzdłuż i wszerz. Nigdy i nigdzie nikt mnie nie obraził. Aż dotąd.
-What did you say?!
-I say you stupid.
-You are very rude!- wrzesnęłam.
-Yes you stupid! Bali is different! You come to Bali! I ask you no answer! You stupid! Yes! You come to Bali!
Wypowiedź podana w oryginale dla pokazania bogatej gramatyki owego pana, jak również do pokazania jego wypowiedzi w oryginale, gdyż ja do końca nie umiem zinterpretować jej semantycznie. Ogólnie pan uważa, że jestem głupia, bo zignorowałam go i nie wytłumaczyłam jemu, obcemu człowiekowi z ulicy, gdzie idę. Pojawił się też wszechobecny na Bali slogan: „You come to Bali”, który w tym wypadku nie oznacza wyjątkowo, że mam dać się naciągać, tylko że mam dać się obrażać.
Wrzasnęłam raz czy drugi, że jest chamem i nie ma prawa się do mnie tak zwracać, na co słyszałam, że ja jestem przecież głupia, dobrze mi przecież mówi, szczerą prawdę. Trzęsąc się cała ze złości, odeszłam, klnąc. Marta pośpieszyła mnie poinformować, że nie wolno mi się tak przejmować. Ten pan pomóc chciał, on bardzo dobry jest. On nie umie po angielsku i nie wiedział, co mówi.
Doskonale wiedział.
Odpowiedziałam Marcie, że nie będę przepraszać jej za to, że jestem zdenerwowana, na nią przecież nie krzyczę. Usłyszałam, że ona chciała mi pomóc. Chciała mi powiedzieć, żebym się przestała przejmować.
Miała miejsce sytuacja, z którą nie spotkałam się lata całe. Być może dlatego, bo już na poziomie studiów ludzie bywają bardzo tolerancyjni, a studia zaczęłam dłuższy czas temu. Jestem bardzo uczuciowa i ludzi bardziej chłodnych to wręcz gorszy. Nie rozumieją, jak można się tak złościć, bać, martwić, cieszyć, smucić jak ja. Czysta perwersja. Dla takich ludzi najwygodniej byłoby, gdybym udawała spokój. Nie gorszyłabym ich.
Gdyby Marta pisała tego bloga, nie byłoby wzmianki nawet o panu ani o dziesiątkach innych rzeczy. Dla mnie to wręcz przeciwnie, ważne wydarzenie, ktoś mnie obraził. Znamienne, że zdarzyło się to tylko na Bali.
Wsiadamy na prom. Spotykamy turystę, który zapłacił pięćset tysięcy za transport na Lombok, czyli pięć razy więcej, co my. Do tego obiecali mu szybką łódkę, a potem kupili bilet za czterdzieści tysięcy i kazali jechać promem. Był niepocieszony, że to tak w rzeczywistości mało kosztuje i tak bardzo dał się nabrać. Bo dał się nabrać bardzo.
Na Lomboku czekał nas nocleg w domu Rumah Sinnghah. Jest to miejsce niezwykłe. Rodzina z Rumah Singgah ma duży dom, który postanowiła oddać za darmo podróżnym. Nigdy nie biorą żadnej opłaty za nocleg. Zawsze rozmawiają, pomagają, cieszą się, że ktoś przyjeżdża, czasem karmią. Wszystko zupełnie bezinteresownie. Można się z nimi skontaktować przez couchsurfing.
Ich syn, Sobah, powiedział mi, że czasami śpi w domu nawet i siedemdziesiąt osób, wszystkie pokoje, cały przedpokój, ganek, dach, wszystko jest pełne, ale nie odmawiają noclegu absolutnie nikomu.
Myślałam, że kontaktuję się z przyjacielem rodziny, a po przyjeździe okaże się, że cały czas korespondowałam z córką, Pitą. Była tak uczynna, że nawet dała mi kontakt do swojego znajomego, który ma publiczny autobus, żeby odebrał nas z portu i zawiózł do nich bezpośrednio.
Przeprawa promem trwa pięć godzin. W porcie zadzwoniłam do znajomego. Rzucił się na nas oczywiście tłum przewoźników, ale udało mi się ich przekonać, że ktoś po nas przyjedzie. Zadzwoniłam do znajomego Pity i zaraz był, swoim autobusem. Po drodze brał innych pasażerów. Nieprzyjemny był stan strachu, w którym znajduję się po jednodniowym pobycie na Bali: boję się, czy na pewno nie zażąda więcej pieniędzy, czy na pewno dowiezie. Przestraszyłyśmy się trochę, kiedy podjechał tankować i poprosił nas o pieniądze. Zapłaciłyśmy mu wtedy za kurs, więcej po przyjeździe na szczęście nie chciał.
Dowiózł nas do domu i usiadłyśmy na ganku. Siedziba rodzinna składa się z dwóch domów: większego i mniejszego domku. Oba mają ganki, czyli takie podesty wyłożone płytkami. Jest to miejsce na spotkania towarzyskie, wszyscy siedzą razem na ziemi, jedzą, piją herbatę, rozmawiają. Wokół trochę książek, pamiątki do kupienia.
Podeszła do nas pani domu, starsza pani i z uśmiechem zapytała, czy umiemy po indonezyjsku. Z jak najuprzejmiejszym i najbardziej przepraszającym uśmiechem pokręciłyśmy głowami. Pan domu również powitał nas uśmiechem. Zjawiła się wkrótce dwudziestoparoletnia Pita i zaprowadziła nas do pokoju. Uprzątnęła rzeczy innego podróżnika, powiedziała, że może go przenieść gdzieś indziej, a my możemy tu spać. Zamiotła podłogę, uprzątnęła łóżko. Powitał nas pokój o różowych ścianach.
Dom wygląda niesamowicie. Ma wielki przedpokój, wyłożony matami, na których śpią goście. Są kanapy, wielki telewizor, akwarium ze złotymi rybkami i nawet podświetlana fontanna. Drzwi prowadzą do pokojów, łazienek i pokoju do modlitwy. Ściany pełne są zdjęć podróżników, byłych gości domu.
To jest dom przyjazny podróżnikom.
Usiadłyśmy na ganku i Pita zapytała, czy chcemy kawy czy herbaty. Przyjechał też Juan z Kolumbii i wszyscy byliśmy głodni, ale że Pita gotowała nam herbatę, nie wypadało sobie iść jeść. Siedzimy i zapoznajemy się, opowiadamy o swoich podróżach. Marzeniem Juana jest zobaczyć smoki na wyspie Komodo obok Flores, my nie mamy takich ambitnych planów. Marta miała, dopóki nie zerknęła na mapę i nie zobaczyła, jak daleko jest Flores.
Pita podała nam do herbaty ugotowaną tapiokę i nigdy nic bardziej mi nie smakowało, tak byłam głodna. Dowiedziałam się przy okazji, że tapioka to juka i jest popularna w Kolumbii. Smakuje prawie jak ziemniak.
Poszliśmy szukać jedzenia i znaleźliśmy miejscowe, za tylko dziesięć tysięcy i było pyszne. Miejscowi też się do nas uśmiechali i byli bardzo mili. Pani pytała, które z dodatków do ryżu mi nałożyć i wybrałam wszystkie bezmięsne. Mimo, że pani nakładała tą samą łyżką mięso, nie nakazałam jej umyć jej, wyparzyć, odkazić ani odprawić nad nią modłów, zanim mi nałoży jedzenie.
Napotkaliśmy problem: nie wymieniłam pieniędzy, bo tak bałam się złodziei w Kucie. Myślałam, że Lombok jest turystyczny i na pewno będą kantory, i zaiste, są, ale znajdowaliśmy się w Mataram, stolicy Lomboku, do której nie mają po co zawitać turyści. Nie było więc ani jednego biura wymiany. Na szczęście Marta uczynnie wybrała mi pieniądze swoją kartą i oddałam jej w dolarach.
Wieczorem dyskutowaliśmy o naszych planach. My nie wiedziałyśmy, co chcemy robić. To znaczy, ja wiedziałam, że mam już dosyć i chcę odpocząć. W każdych wakacjach, do tej pory, miałam tygodniową przerwę, w tych jeżdżę jak opętana z miejsca na miejsce. Juan natomiast przyjechał tylko zobaczyć wodospad, zanim wybierze się oglądać smoki. No to my też musiałyśmy jechać nad wodospad.
Wieczorem przyjechał Sobah z rodziną, żoną i dwiema córeczkami. Zapytał się, ile zostaję, na co ja, a ile mogę? Sobah powiedział, że mogę rok.
Omawiamy plany na następny dzień. Jeśli chcemy dostać się gdziekolwiek, potrzebujemy skutera. Naokoło nie da się wypożyczyć skutera turystom, mogą wypożyczać tylko miejscowi. Trzeba pojechać do turystycznej miejscowości. Pytamy się, jak się tam dostać, kombinują, omawiają wszyscy wspólnie. Najpierw do jednego miasteczka, autobusem. Potem… Sobah przerywa i dyskutuje po indonezyjsku z zebranymi. Ojek! Macha ręką. Publiczny transport jest zbyt skomplikowany.
Tracimy nadzieję, że gdziekolwiek uda nam się pojechać. Ja się mniej przejmuję, ja mogę siedzieć w domu i nic nie robić, a właściwie po takiej ilości podróży o niczym innym nie marzę. Marta jest bardziej nerwowa. Chowam się w pokoju, żeby coś napisać, przychodzi zdawać mi relację, co do tej pory ustalono.
Po pierwsze, Sobah przypomina sobie, że jeden z gości wynajmował motocykl i przywieziono go mu tutaj, do domu. Wykonał parę telefonów i pan z motocyklem był w drodze.
Pozostał problem prowadzenia skutera. Ja nigdy nie prowadziłam i przeraża mnie idea zmechanizowanego roweru. Marta niby prowadziła, mówi, że da radę. Próbujemy namówić innego gościa, Indonezyjczyka Banyu, żeby z nami pojechał. W ciągu wieczoru zmieniliśmy „nie” na „może” i w końcu na „tak”. Banyu jest studentem inżynierii maszynowej i co zabawne, byłam z nim w tym samym pociągu z Yogyakarty do Banyuwangi, który spóźnił się pięć godzin.
Juan może jechać jako pasażer. A my? Niczym się nie martwiłam, dopóki nie okazało się, ku mojemu zdziwieniu, że w Indonezji do prowadzenia skutera potrzebne jest prawo jazdy. W Chinach przecież nie jest, dziwię się, tylko na motor. W Polsce? Nie jestem pewna. Doszło już do tego, że Chiny lepiej znam niż Polskę.
Marta ma prawo jazdy, ale zostawiła w Dżakarcie. Ja też mam, ale zostawiłam w Polsce. Juan mówi nam, że jak nie mamy międzynarodowego, to i tak, jakbyśmy nie miały wcale, ale policja i tak nie zatrzymuje. Sobah też mówi, że policja nie zatrzymuje, a jak zatrzymuje, to daje im się pieniądze i tyle. To jest indonezyjskie prawo jazdy!- wyjmuje dziesięć tysięcy z portfela i pokazuje.
Decydujemy się w końcu na ten skuter, a raczej Marta się decyduje. Powiedziałam jej, że mnie nie zależy, mogę siedzieć w domu, po takiej ilości turystyki nie muszę oglądać już nic. Jeśli chce, możemy jechać, jeśli nie, nie musimy. W końcu to ona prowadzi, niech zadecyduje. Decyduje się jechać.
Rodzina zaprasza nas do kolacji. Wszyscy usiedliśmy razem na podłodze ganku, na płaskie koszyki nałożyliśmy brązowy papier, nabraliśmy ryż i potrawy z misek. Atmosfera była gościnna, przyjemna, cała rodzina się uśmiechała i zapraszała do jedzenia, goście się uśmiechali. Zebrani śmiali się z żartów Sobah, który mówił, że jak ktoś chce dokładkę ryżu, to płaci pięć tysięcy. Potem śmialiśmy się z chłopaka Pity, bo przestał jeść, na pewno bał się, że będzie musiał płacić pięć tysięcy. W tym domu było to naprawdę śmieszne, na Bali byśmy się tylko zdumieli, ze tak tanio nam liczą za dokładkę.
Rodzinie było przykro, że zjedliśmy tak mało, a my już przecież jedliśmy kolację. Jedzenie było pyszne, zwłaszcza ośmiornica. Gotowała Pita.
Obudziliśmy się rano i wsiedliśmy na skutery. Najpierw jechaliśmy przez miasto, potem przez las, gdzie wzdłuż drogi siedziały grupy małp. Co zrobiła cywilizacja z małpami, zamiast chować się w lesie, podchodzą, czy by się nie udało dostać bez wysiłku jakiegoś jedzenia. Przetworzone jedzenie, bardzo zdrowe dla małp. Podobnie jak dla ludzi.
Spytałam się Marty, czy się jej dobrze ze mną jeździ. Okazało się, że nie bardzo, bo jestem wysoka, ważę odpowiednio do swojego wzrostu i do tego mam długie nogi i zajmuję miejsce.
Są rzeczy, za które nawet nie będę przepraszać, bo to nie ma sensu.
Ale dałyśmy radę. Absolutny zakaz poruszania się spowodował ból mięśni i kręgosłupa. Jeżdżenie na skuterze jest niewiarygodnie niewygodne.
Dojechaliśmy w końcu pod szlak do wodospadu, zapłaciliśmy po dziesięć tysięcy i idziemy schodami (jak zawsze w Azji w dziczy) przez las. Doszliśmy pod wodospad, najwyższy, jaki widziałam w życiu, wysokości może pięćdziesięciu metrów. Natychmiast popędziłam zrobić sobie zdjęcie z wodospadem, jaka ja jestem malutka, a jaki on ogromny. Towarzystwo koniecznie chciało sobie popływać, a ja nie wzięłam stroju kąpielowego. Trudno, musiałam się kąpać w ubraniu, ale na szczęście temperatury dalekie były od zimowych. Marta zapytała się Banyu, czy może ubrać się w strój kąpielowy, czy tutaj wypada. Zdziwił się, dlaczego się pyta, przecież oczywiście, że można. Jak się okazało, w Indiach nawet turystkom nie wolno pływać publicznie w strojach kąpielowych. W turystycznych miejscach nawet trzeba wchodzić do wody w ubraniu.
Banyu oświadczył, że niebezpiecznie jest zostawiać rzeczy bez opieki i wchodziliśmy do wody na zmianę.
Kiedyś napisałam, że tajfun to jak wodospad, ale myliłam się, nie ma porównania. Od wodospadu bije zimny i mokry wiatr, takie mrowie zimnych igiełek. Jeśli uda nam się przyzwyczaić i oddychać, gdy podejdziemy, sam wodospad spadnie nam na głowę niczym grad, mocno i boleśnie. Nie da się stać pod wodospadem.
Kiedy wszyscy już byli wykąpani, poszliśmy na drugi wodospad, bo ponoć to nie był jeszcze ten właściwy, największy. Idziemy przez las i napotkaliśmy jeden z moich największych koszmarów. Most bez barierki.
To przeszłam nim za rączkę.
Marta próbowała mnie pocieszyć, że ona też ma swoją jedną fobię. Naprawdę? Jedną? Ja kolekcjonuję swoje fobie i dorabiam się wciąż nowych.
Swoją drogą, lęk wysokości jest naprawdę głupi. Zwykle nie mam problemów z chodzeniem prosto, więc raczej bym nie spadła z takiego mostu. Nikt nie jest jednak w stanie mi tego wytłumaczyć, ja sama sobie też nie.
Wodospad przebił poprzedni. Starałam się w nim wykąpać, ale nie byłam w stanie się nawet zbliżyć. Woda i wiatr były lodowate. Juan natomiast siedział pod nim długi czas i świetnie się bawił. Twierdził nawet, że woda spływająca z góry była gorąca.
Banyu nawet nie próbował, trząsł się z zimna.
Wracamy po motocykle, i jak nie zaczęło padać! Prawdziwa tropikalna ulewa. Nie było już nawet różnicy, że kąpałam się w ubraniu. Wyszliśmy na górę przemoczeni do suchej nitki i bardzo głodni. Mimo to Juan odmówił jedzenia w turystycznym miejscu i wydawania kilkudziesięciu tysięcy więcej.
Deszcz wciąż lał. Pod siedzeniem w skuterze znalazłam pelerynę. Oglądam ją, jak to założyć i widzę, dwa kaptury, peleryna dwuosobowa, widział ktoś taką? Nigdy wcześniej tak się nie cieszyłam na kawałek plastiku.
Po drodze pojechaliśmy do pani, która ma dom przy drodze i wystawiła stoisko z jedzeniem. Zajmuje się domem, dziećmi, a przy okazji zarabia. Pani miała tylko ryż i kurczaka. Powiedziałam Banyu, że nie jem mięsa i musiałam kilka razy powtarzać. Rozumiał na pewno angielskie słowa, ale koncept był mu obcy. Poprosiłam, żeby pani mi nałożyła wszystko co ma, tylko nie mięso.
No to zjadłam sam ryż.
Juan wytłumaczył mi, że w Kolumbii w takim prostym przybytku kulinarnym dostałabym ziemniaki i tapiokę.
Nie jest łatwo.
On natomiast narzekał, że dostał jakieś tam małe kawałeczki kurczaka, on się domaga prawdziwego mięsa. Takie coś to nie jedzenie, jeszcze raz będzie trzeba czegoś szukać. Te wszystkie kawałeczki kurczaka w sosie z ryżem tylko go denerwują.
Kiedy wracaliśmy, w porcie w Bengsal odbywała się jakaś ceremonia i ruchem kierowały całe tabuny policjantów. Na szczęście żadnemu nie przyszło do głowy zapytać, czy mamy indonezyjskie prawo jazdy, nieważne, czy chodziłoby mu o prawdziwe, czy o dziesięć tysięcy rupii.
W małpim lesie minął nas konwój pięciu czarnych samochodów z zaciemnionymi szybami, prowadzony przez radiowóz na sygnale. Nie mamy pojęcia, co się w Bangsal właściwie działo, ale wiemy przynajmniej, że coś bardzo ważnego.
Dojechaliśmy i spakowałam swoje rzeczy do prania. Pita wytłumaczyła mi po raz trzeci, nie tracąc cierpliwości, gdzie jest pralnia. Nie znalazłam jej i tak.
Poszliśmy jeść do centrum handlowego, bo Juan i Marta życzyli sobie europejskiego jedzenia, a Juan marzył o wielkim kawale mięsa, najlepiej o całym kurczaku. Nie bacząc na nich, zamówiłam sobie wegetariański zestaw indonezyjski na food courcie. Potem znaleźliśmy kebab, w którym niestety nie było falafelu i musiałam jeść frytki. Nie żałowałam, że nie jem kebaba, bo zamiast odpowiedniego mięsa włożyli w niego kawałki hamburgera.
Wszędzie taszczyłam mój wór prania i w drodze powrotnej Juan uczynnie pytał wszystkich miejscowych o pralnię. Znaleźliśmy wreszcie, zamkniętą, na co Juan zrobił coś, co nie przyszłoby do głowy żadnemu Polakowi, bo przecież uczą nas nie przeszkadzać- zapukał. I zostało nam otworzone.
Pan w pralni był bardzo radosny na nas widok i przybiegły też jego dzieci popatrzeć. Chciał wiedzieć skąd jesteśmy i trudno go było przekonać, że Juan nie jest Arabem. Potem chciał wiedzieć, czy jesteśmy po ślubie i tłumaczymy mu, że nie, wszyscy wolni. Prostą angielszczyzną pokazywał, że jak to, wy nie po ślubie? Powiedziałam panu, że poznałam Juana wczoraj i nie miałam czasu za niego wyjść. Pan chyba nie zrozumiał, ale resztę bardzo ucieszył żart. Temat się jednak nie urwał, jak na to liczyłam, pan tłumaczył, że ślub jest bardzo dobry, bo dostaje się dużo pieniędzy w prezencie i niezwłocznie wszyscy musimy wstąpić w związek małżeński.
Następnie wypisał mi kwit, uczciwie potrącił z ceny, bo było niepełne trzy kilo i umówiliśmy się na odbiór.
Nie rozumiem obsesji wszystkich na temat małżeństwa. I sąsiedzi Ukraińcy, i zupełnie obcy ludzie, kiedy słyszą, że nie wyszłam za mąż, zaraz poczynają tłumaczyć, że koniecznie muszę, jak najszybciej. Może ktoś mi wytłumaczy, czy to dlatego, bo małżeństwo jest takie wspaniałe? Nie wydaje mi się, przecież obcy ludzie nie mają na sercu mojego szczęścia. Czy może przypadkiem nie chodzi o to, że boją się trochę inności? Młodzi ludzie, zawierając małżeństwa wcześnie, przyczyniają się do budowy stabilnego społeczeństwa. Nie przeprowadzają się, nie zmieniają partnerów, zawodów, a co najważniejsze- przekonań. Hołdują wartościom rodzinnym. W społeczeństwach, gdzie małżeństwo nie jest wyborem, a przymusem społecznym, nie ma miejsca dla homoseksualistów, rewolucjonistów, a także dla kobiet, które podróżują samotnie po świecie. Mam wrażenie, że ci, którzy robią mi uwagi, że powinnam być może wyjść za mąż, bo jestem taka nieszczęśliwa, w rzeczywistości uważają, że kobieta nie powinna mieć takiej swobody. I to się właśnie za tym kryje.
I tą refleksją zakończył się dzień.

Następnego dnia Juan już pojechał, ale za to zjawił się Wes i paru innych couchsurfingowych podróżników. Wes jest z Kanady, a pracował przez dwa lata w Australii. Bardzo mi polecał, że powinnam pojechać, świetne zarobki. Przez dwa lata pracował, teraz będzie podróżował, aż nie skończą się pieniądze, nie wie, jak długo.
Zastanawiam się, czy ja nie uprzykrzam sobie życia posiadaniem ambicji. Powinnam też wziąć wszystkie moje pieniądze i podróżować, nie martwiąc się, co będzie dalej.
Ale porzućmy te rozmyślania na chwilę. Wes polecał swoją pracę, więc spytałam, co robił. Okazuje się, że pracował na farmie. Spojrzałam na niego z powątpiewaniem, że mi to poleca. Wytłumaczyłam, że się nie nadaję. Wes tłumaczył mi, że jeździł samochodem, nudno, ale nie ciężko, bardzo dużo pieniędzy.
Myślę, że zupełnie się do tego nie nadaję. Jak musiałabym pracować na farmie, zachowałabym się jak hinduski niewolnik ze skeczu komika Russella Petersa- powiedziałabym szefostwu, żeby samo sobie pracowało, a ja tymczasem wszystkich będę pouczać, jak mają prowadzić księgowość i sprzedaż.
Banyu zabrał tym razem Wesa jako pasażera i razem z jeszcze dwoma gośćmi Indonezyjczykami, czyli w sumie trzema skuterami, pojechaliśmy na południe.
Lonely Planet ostrzegało, żeby na południu uważać. Wprawdzie są tam turystyczne plaże, hotele, pensjonaty, ale zdarzały się napady z nożami na turystów. Pita też ostrzegała, ale powiedziała, że jak wrócimy przed zapadnięciem zmroku, będzie w porządku.
Pojechaliśmy do miejscowości Kuta. Zaczynam podejrzewać, że Kuta znaczy po prostu port, po malajsku jest Kota. Piękna plaża, ale się nie zatrzymaliśmy, pojechaliśmy na bardziej oddaloną. Ta była przepiękna. Naprawdę przepiękna. Pobudowano zadaszenie ze strzechy i ławeczki, można i pływać, i odpoczywać w cieniu. Jedna z piękniejszych plaż, jaką widziałam w życiu.
Miejscowych też nie za dużo, jedni mają stragan z jakimiś przekąskami, inni próbowali nam coś sprzedać. Jeden z nich przysiadł i pogadał sobie, jakie jego życie jest ciężkie, bo teraz nie ma sezonu, za mało turystów, nic nie zarabia. Polecił nam za to spacer na wzgórza wokół plaży, mówi, piękny widok. Najpierw poszli Banyu i Marta, my z Wesem zostaliśmy nad morzem. Długo im zeszło straszliwie, ale jak wrócili, mówią, musicie iść, tam jest pięknie. To biegnę do łazienki koło straganu, taka drewniana brudna budka na tyłach domu. Siedzą koło nich babcie i krzyczą na mnie:
-Toaleta?
-Tak.
-Pieniądze. Pieniądze!!!
-A ile?- pytam zdziwiona, bo już raz korzystałam, rozejrzawszy się uprzednio, czy nie ma informacji o opłacie, żadnej nie było.
-Trzynaście tysięcy!
Nie jestem pewna, czy powiedziała trzynaście, czy trzydzieści. Za obie kwoty można sobie kupić obiad, nie wysilając się.
-Za dużo.
Starsza pani wykonała pogardliwy gest ręką, że jak nie zapłacisz, to wynoś się.
Przykro jest mi zawsze, gdy ktoś jest tak niemiły, mają te swoje rajskie plaże, ale mają też zepsute charaktery. Piękna plaża, zamiast napełniać ich dusze spokojem, radością, pokojem, napełnia je chciwością. A ponadto w ogóle nie dbają o to piękno i powoli zamienia się w wysypisko śmieci. Jeszcze parę lat i będzie wyglądać jak śmietnisko-plaża w Kucie na Bali.
To jest wszystko bardzo smutne.
Ale Bóg w swojej wielkiej mądrości, chociaż stworzył takich ludzi, stworzył równocześnie krzaki. Co choć nie rozwiązuje problemu śmieci, rozwiązuje problem toalety. Pani chyba nie rozumie, że jak poda uczciwą cenę, zarobi uczciwą cenę, a jak podaje śmieszną, nie zarobi nic, bo jesteśmy w dziczy. Choć ja nie rozumiem, jak można na to nie wpaść.
Poszliśmy z Wesem na wzgórza i okazało się, że świetnie się orientuje w przestrzeni i wie, w którą stronę iść, co może nie jest niezwykłe, ale w moich oczach czyni zwykłą osobę nadczłowiekiem. Mnie drogę wskazywały wracające grupy miejscowych turystów z kijami do selfie. Skoro są kije do selfie, znaczy, że tam jest ładnie, tam trzeba iść. Po drodze było już pięknie, widok z góry z zielonych wzgórz na zatoki po obu stronach, przejrzyste wody w kolorze różnych odcieni turkusu. Mijaliśmy po drodze stada krów i ich pasterzy. Zwierzęta kąpały się w stawie z błota. Było tak gorąco, że prawie do nich dołączyłam.
Po powrocie omawiamy dalsze plany. Wes chce zobaczyć jedną jedyną rzecz na Lomboku: różową plażę. Jak usłyszałam, że jest różowa plaża, też koniecznie musiałam zobaczyć. Pytanie, czy dzisiaj, czy jutro. Wszystko zależało od Banyu, bo Wes nie mógł wypożyczyć skutera następnego dnia, można pożyczać tylko na dwa dni minimum. Banyu mówi, że chce jechać dzisiaj. To jedziemy.
Droga była piękna, wzdłuż brzegu, trwała może półtorej godziny. Potem wjechaliśmy w las, w drogę, na której kiedyś leżał asfalt. Kiedy? Można by zbadać metodą węglową. Nie sądzę, że w obecnym tysiącleciu.
Odczułam każdą dziurę na kręgosłupie. Każdą.
Kiedy w końcu przebrnęliśmy przez ten morderczy odcinek, ukazała nam się nareszcie plaża. Różowawa. Troszeczkę, ciut różowawa. Na pewno nie różowa. Jeśli ktoś wcześniej nie zwróciłby mojej uwagi na jej rzekomą różowość, nie byłabym w stanie spostrzec, że jest różowawa. A ja jestem bardzo wysoko wyczulona na różowość.
Popływaliśmy sobie, odpoczywaliśmy, ale niedługo. W głowie indonezyjskich chłopaków powstawał bowiem PLAN.
Oni zostaną na noc, żeby móc obejrzeć zachód słońca. Czy my też zostaniemy na noc?
Dodam, że była to spora głusza, byłam głodna, nie było okazji zjeść nawet lunchu, wyglądało na to, że głodowałabym do przyszłego popołudnia. Spać w bungalowie na dzikiej plaży z jakimiś obcymi chłopakami, a nawet nie wzięłam mydła, ubrań, czystej bielizny i szczoteczki do zębów. A jeśli nawet pokochałabym nagle życie w brudzie i niewygodzie, to nie wzięłam okularów ani pojemniczka na soczewki kontaktowe, a bardzo wątpię, że pokochałabym życie z piekącymi niczym oblane kwasem oczami.
Zbuntowałam się. Chłopaki się muszą nauczyć, że jak dziewczyna ma gdzieś zostać na noc, to jej się to wcześniej mówi. Niech nie myślą, że niebaczenie na higienę będzie czymś, co będą dzielić ze swoimi dziewczynami i żonami. Oszczędziłam im rozczarowania.
Na razie stanęło na tym, że Marta i ja wrócimy, ale wcześnie, żeby było bezpiecznie. Banyu niepokoi się, to na pewno niebezpieczne. Omawiał to długo z kolegami i komunikuje nam decyzję: jesteśmy drużyną, nie rozdzielamy się. Im zależy nie na zostaniu na noc, tylko na zachodzie słońca, więc obejrzymy i pojedziemy. Ponieważ jesteśmy dużą grupą, będzie bezpiecznie. Decyzja została podjęta.
Podjechaliśmy trochę plażą, pod miejscowy dom. Pani miała do jedzenia tylko nudle błyskawiczne i jajka. Zjedliśmy.
Wspięliśmy się na wzgórza i obejrzeliśmy zachód słońca w towarzystwie stada kóz, zrobiwszy oczywiście mnóstwo selfie. Bo jeśli nie byłoby selfie, to tak jakby to nie miało miejsca. Jak żyli ludzie parę lat temu bez selfie? Pamiętam, że po raz pierwszy zobaczyłam kij do selfie jakiś rok temu, a teraz Azjata nie ma szczoteczki do zębów, nie ma bielizny na zmianę, ale może zostawać gdzieś na noc, bo przecież ma kij do selfie.
Schodzimy i wsiadamy na skutery, umówiliśmy się, że my, dziewczyny, nie będziemy prowadzić, bo ta droga była dla Marty za trudna. Nasz skuter poprowadził jeden z kolegów, Marta wsiadła za nim z tyłu. Wes wsiada z Banyu, ja z pozostałym kolegą na ich skuter. Kolega patrzy się na skuter i mówi coś do Banyu. Patrzą się na mnie, coś omawiają. Kolega mówi, żeby Wes usiadł zamiast mnie, potem zmienia zdanie.
Opona mu się zepsuła.
Ujechaliśmy może z kilometr, kolega mówi, że nie da rady. Zostawiają nas i jadą z Banyu napompować oponę. Robi się ciemno, ale na szczęście zaraz wracają. Siadamy i jedziemy, kolega zatrzymuje nas za chwilę i każe Banyu popatrzeć się jeszcze raz na oponę. Omawiają to i jednogłośnie orzekają, że zepsuta.
Na szczęście, w tej głuszy był jakimś cudem mały domowy warsztat motocyklowy i zabrali się do naprawy. Była to mała chatka z bambusa kryta strzechą w głuszy, nic wokoło, tylko las. Zmrok zapadł szybko, siedzieliśmy w ciemnościach, komary nas cięły, koledzy zapalili ognisko. Banyu wytłumaczył, że to tradycyjna naprawa, czyli bardzo powolna. Powiedział też, że się boi.
Ja też się bałam.
Napisałam do Pity, żeby się o nas nie bała.
Byłam taka wdzięczna, że obejrzeliśmy ten zachód słońca! Naprawdę było warto, zwłaszcza, że plaża nie zrobiła się ani trochę różowsza.
Choć długo im zajęło, naprawili w końcu oponę. Chciałam usiąść z tyłu za kolegą, ale powiedział do Banyu coś po indonezyjsku. Podyskutowali trochę i Banyu powiedział mi, że pojadę z nim, a z kolegą pojedzie Wes.
Kolega na pewno twierdził, że to ja jestem najcięższa i psuję oponę. Ja to wiem. Ja to po prostu wiem.
Na szczęście, wcale nie chciałam z nim jechać, wolałam z Banyu, któremu inteligentnie z oczu patrzyło, niż z jakimś kolegą, który nie wiadomo skąd się wziął. Na główną drogę wyprowadził nas miejscowy za drobną opłatą. Banyu tak prowadził, że nie czułam ani jednej dziury. Potem jechaliśmy bardzo szybko, ale prędko też zauważyłam, że Banyu prowadzi z dużą wprawą i się nie bałam. Nie narzekał też na mój wzrost i wagę, nic mu nie przeszkadzało w prowadzeniu.
Zatrzymywaliśmy się, żeby naprawić tę oponę jeszcze przynajmniej raz. Było ciemno i bolały mnie całe plecy, od nasady głowy w dół. Dotarliśmy na jedenastą i Pita czekała na nas z kolacją. Poczułam się w tym obcym domu tak bezpiecznie i tak szczęśliwie.
Chcę wspomnieć teraz, jak bardzo pokochałam couchsurfing, a zwłaszcza miejsca, gdzie zbierają się couchsurferzy. Są to ludzie ciekawi świata, innych kultur, żądni wiedzy. Myślę, że dlatego goszczą innych, bo potrzebują nowości, informacji, towarzystwa. Są to ludzie życzliwi innym, chętni do dzielenia się swoim czasem, domem, wysiłkiem z zupełnie obcymi ludźmi. Ażeby bezinteresownie pomóc. Jest to taki sam system, na którym opiera się ludzka dobroć: ja ci pomogłem, więc ktoś zupełnie inny też mi bezinteresownie pomoże, bo ludzie pomagają sobie bezinteresownie nawzajem. Nie jest to system oparty na szybkim zysku. Ktoś mi pomógł, ja pomogę komuś zupełnie innemu.
A ponadto, od tych wszystkich podróży coś się zmienia w psychice ludzkiej i ci wszyscy podróżnicy rozumieją się nawzajem. Lubię spędzać z nimi czas.
Nie lubię hoteli. To nie jest prawdziwe podróżowanie.
Pan pożyczający nam skuter przyjechał po niego po jedenastej. Nie było problemu.

Dnia następnego Marta obudziła mnie w panice, że tak strasznie zawaliłyśmy, bo mogłyśmy jeszcze dzisiaj jechać na plażę, chłopaki jeszcze raz jadą. Nie. Nie zniosłabym jeszcze jednego dnia na skuterze. Wakacje to ma być przyjemność, nie męka.
Ja chciałam jeszcze dzień odpocząć, ale Martę roznosiło. Cały czas marudziła, że tak strasznie zawaliłyśmy, że nie jesteśmy dzisiaj na wyspach Gili. Spytałam się, czy miałyśmy czas to zaplanować i czy sama wstała dziś o szóstej rano, żeby tam jechać. Rozważanie, jak się tam dostać, zajęło nam dzień cały. W końcu porozmawiałyśmy z Sobah, mówi, że nas odwiezie na autobus, bo to trochę daleko. Autobus zawiezie nas do portu, z portu będzie łódka.
Dosyć mam już szukania opcji transportu w Indonezji. Jak może nie być transportu publicznego? Ja rozumiem, że większość mieszkańców ma motory, ale jak ktoś jest niepełnosprawny, jak ma się poruszać? A starsi ludzie, a dzieci? Po prostu rząd o tych ludziach nie myśli.
Ponoć tak samo nie ma transportu publicznego w Stanach Zjednoczonych. Widać wyraźnie, że jak ktoś pochodzi z Europy, jest przyzwyczajony do zupełnie innej organizacji państwa.
Sobah rano przyjechał, jak przyobiecał i nas odwiózł. Autobus publiczny odjechał, kiedy pan kierowca doszedł do wniosku, że dosyć ma już przykucania na chodniku. Zajęło mu sporo czasu, zanim doszedł do tego wniosku. Pasażerów było sporo, więc jednak autobus jest potrzebny. Panie zwłaszcza woziły wielkie kosze z targu. Panowie palili w środku. Nikt nie protestował, chociaż były w środku niemowlęta.
W porcie poznałyśmy Fina, który jedzie do Finlandii co roku popracować parę miesięcy, bierze pieniądze i siedzi przez większość część roku na Bali, aż wszystkiego nie wyda. Robi tak od 2007 roku. Kolejny człowiek, który nie przejmuje się przyszłością ani ambicjami, może powinnam brać przykład. Życie to dla niego plaża.
Zdumiało mnie natomiast, że ktoś dobrowolnie wraca na Bali i spędza tam życie. Kolega wytłumaczył, że są mniej turystyczne, piękne miejsca. Transport to dla niego nie problem, bo wypożycza skuter. Ceny zna, nie daje się oszukać. Był w całej Azji południowo-wschodniej i najbardziej lubi Bali.
Rzeczywiście, jeśli ktoś ma motor, większość utrapień Bali odpada. Mój problem polega dodatkowo na tym, że nie dam rady utrzymać plecaka na skuterze na długim dystansie. Na Lomboku miałam swój dzienny bagaż tylko i ledwo dałam radę. Nie każdy radzi sobie dobrze na motorze, stąd ten brak transportu publicznego to po prostu brak troski o mieszkańców. Jak ma jechać na skuterze starsza osoba, matka z niemowlęciem?
Kiedy podpłynęła łódka na Gili Meno i wszyscy udaliśmy się w jej stronę, jakiś pan wyrwał mi plecak z ręki, przeniósł parę metrów i włożył do łódki.
-O nie, poprosi cię o pieniądze.- mówi Fin.
-No co ty, przecież mi to sam wziął.- mówię ja.
Pan podchodzi do mnie i życzy sobie dziesięć tysięcy.
Mówię, że mu nie dam, nie prosiłam go o noszenie bagażu, wyrwał mi go z ręki. Pan powtarza na zmianę „dziesięć tysięcy” i „to zależy od ciebie” (up to you) czyli niby mój wybór, czy zapłacę. Nie daje jednak spokoju, więc to średnio mój wybór. Mówię uparcie, że mi zabrał ten bagaż. To jest wymuszanie. Kolega się za mną wstawił i stanowczo powiedział panu, że pieniędzy nie będzie, ten się poddał. Jestem pewna, że dał mi spokój, bo wstawił się za mną mężczyzna. Jakbym była sama, wrzasnąłby, zrobiłby scenę, zbiegłoby się paru innych kolegów na mnie pokrzyczeć i jakby się skończyło na dziesięciu tysiącach, miałabym szczęście. Nie szanuje się bardzo kobiet. A że kolega był obok, to się poddał.
Podziękowałam mu. Wytłumaczył mi, że to samo dzieje się na lotnisku w Denpasar i bagaże zabiera personel w mundurze, niesie gdzieś i wymusza potem pieniądze. A wyglądają na uczciwych, w uniformach. Trzeba bardzo pilnować bagaży.
Zwykle wymuszają na kobietach. Nie tylko kobiecego sprzeciwu się nie szanuje, chodzi też o to, jak się nas wychowuje bez względu na kulturę i szerokość geograficzną. Kobieta stawiająca opór, niezgadzająca się, sprzeciwiająca się, to niedobra kobieta. Kobieta powinna być łagodna, uprzejma, zgodna, zgadzać się dla świętego spokoju, żeby nikt się nie obraził i żeby nikomu nie uczyniła przykrości. Bo jak uczyni przykrość, świat się zawali. Kobiety są uczone wszystkiego poza walką o swoje prawa.
Łódka to istne cudo. Cały środek zapchany jest owocami, jajkami, wodą, ryżem i każdym innym możliwym w tym klimacie produktem spożywczym. Po bokach siedzą ludzie, większość na brzegu łódki i kładzie stopy na ławce, ja usiadłam na ławce i podwinęłam kolana pod brodę. Ludzie upchani tak, że więcej się nie wciśnie. A dlaczego czekaliśmy na łódkę? Bo nie odpłynie, jeśli nie będzie pełna.
Na Gili Meno zaraz znalazłyśmy hotel. To niewielka wyspa, malusieńka. Ma może kilometr średnicy, może dwa. Okazało się, że nie ma prądu. Kiedy będzie? Nie wiadomo.
Zostawiłyśmy rzeczy w domku i poszłyśmy spędzić dzień na plażowaniu. Woda była cudowna, gorąca, czysta. Cisza, spokój. Na przemian czytałam książkę i pływałam.
Wieczorem usiadłyśmy w restauracji i zapoznałyśmy się z resztą gości. Bardzo zabawna starsza pani z Niemiec pytała miejscowych, dlaczego w meczetach śpiewają tak głośno i wcześnie rano, przecież nie każdy chce się modlić, niektórzy chcą spać. Pytała też, dlaczego pozwalają śpiewać komukolwiek, chociaż większość śpiewa bardzo źle. Dlaczego nie można im powiedzieć: nie śpiewasz za dobrze, może jutro nie śpiewaj?- pytała z ciężkim niemieckim akcentem, a my zwijaliśmy się ze śmiechu. Pani nie obchodziło wcale, że może obrazić czyjeś uczucia religijne. Miejscowi chłopcy tłumaczyli jej, że to wcale nieważne, czy ktoś dobrze śpiewa, czy nie, ważne, żeby słowa były wypowiedziane prawidłowo. Nie śpiewa też żadna specjalna osoba, często młodzi chłopcy. Nie wolno wzywać na modlitwę tylko kobietom.
Wśród gości wyróżniał się jeden stolik. Siedzieli przy nim razem młody Indonezyjczyk z farbowanymi na blond włosami w sposób zdradzający dużą troskę o fryzurę i Amerykanin w średnim wieku. Zorientowałam się od razu, że to para.
Poszłam spać wcześniej niż Marta. Rano powiedziała mi, że para zaprosiła nas na snorkeling następnego dnia.
Spotkałam ich na śniadaniu i od razu się polubiliśmy. Amerykanin ma na imię Brian, Indonezyjczyk- Yochi. Odezwałam się do jednej pary z Barcelony po hiszpańsku, co podchwycił Amerykanin i zapytał się mnie w tymże języku dyskretnie, czy wiem, że on i Yochi są parą. Uśmiechnęłam się, przytaknęłam. Wyjaśnił, że boi się mówić, bo nigdy nie wie, jaka będzie reakcja. Na Bali można to otwarcie mówić, poza Bali nie bardzo. Rodzina Yochi na szczęście wie i akceptuje związek.
Homoseksualistom w Azji nie jest łatwo, poopowiadałam mu o moich studentach. Studenci mają tą przewagę nawet nad ludźmi w moim wieku (czyli wciąż stosunkowo niewiele starszymi od nich), że akceptują istnienie gejów. Starsi Chińczycy uważają, że gejów w Chinach nie ma, są tylko na zepsutym Zachodzie. Życie młodych ludzi jest jednak przyporządkowane rodzinie i społeczności. Czy ktoś może sobie wyobrazić rozmiar utraty twarzy, jeśli dziecko jest homoseksualistą? Nie mówiąc już o braku potomka! Zwykle geje i lesbijki w Chinach żenią się i wychodzą za mąż, oszukując swoich partnerów w małżeństwie. Dużo z nich prowadzi podwójne życie: ma rodzinę i sekretnego kochanka czy kochankę. Sprawia to wszystkim bardzo dużo bólu, więcej, niż to wszystko warte. Niestety, nie mogą żyć otwarcie, w prawdzie.
Studentka opowiedziała mi historię koleżanki lesbijki. Powiedziała rodzicom o swojej orientacji seksualnej i jej matka przestała jeść. Kiedy matka wylądowała w szpitalu, studentka oświadczyła, że to wszystko nieprawda, nie jest wcale lesbijką. Matka zaczęła jeść na powrót.
Opowiedziałam też moją zupełnie świeżą historię z zajęć. Chciałam zrobić lekcję na temat piękna. Chińczycy mają bardzo jasno określone, kto jest piękny: białoskórzy, o wielkich oczach, o wyraźnym łuku nosa, szczupli. Kobiety dodatkowo muszą mieć małe usta, uszy, dłonie i być delikatne. Bardzo nieładnie mówią o wszystkich innych: ten jest czarny, ten jest gruby. Chciałam podyskutować z nimi, dlaczego tak mówią? Czy każdy jest piękny na ten sam sposób?
Lubię używać muzyki, więc postanowiłam im puścić piosenkę Christiny Aguilery „Beautiful”. Była popularna, kiedy sama byłam w wieku studentów, albo i wcześniej. Nigdy nie widziałam w niej ani w teledysku nic szokującego. Obejrzałam go ze świeżej perspektywy i zauważyłam, że całuje się w nim para gejów, zupełnie tego nie pamiętałam. Od razu napisałam do studentki Daisy, żeby oceniła, czy wyrzucą mnie z pracy, jeśli to puszczę studentom, czy nie. Daisy oceniła, że nie, studenci są bardzo otwarci.
We wszystkich grupach, którym puściłam teledysk, chłopcy na widok całujących się gejów, cali się wzdrygali z obrzydzenia i nie mogli aż usiedzieć na miejscu. Kiedy po obejrzeniu teledysku, rzucałam im luźne pytanie „A co o tym myślicie?” chłopcy reagowali w ten sposób:
-Dlaczego pytasz się mnie? Ja nie jestem gejem!!!
Zmieszana, śpieszyłam tłumaczyć, że wcale nie posądzam go o homoseksualizm, ja się tylko pytam, czy się teledysk podobał.
Po pierwszych atakach obrzydzenia lub paniki wszyscy uznawali, że geje im nie przeszkadzają, mają znajomych gejów, nie mają nic przeciwko, ale lepiej, żeby nie było geja w ich rodzinie. Tak tolerancyjni raczej nie byli.
Brian kręcił głową. Mają szczęście, że rodzina Yochi jest tolerancyjna.
Znalazłam też wspólne tematy z Yochi. Pokazywaliśmy sobie, jakie ubrania kupiliśmy w Indonezji. Yochi uwielbia tkaniny i tekstylia, właściwie o niczym innym nie mówi. Nie mogłam wyjść ze zdziwienia, że taki stereotypowy gej z amerykańskiego serialu, który interesuje się tkaninami, naprawdę istnieje.
Poszliśmy pływać. Wypożyczyliśmy sprzęt do snorkelingu i Yochi stargował dla nas po pięć tysięcy. Jakby ktoś jeszcze się oburzał, że targuję się w podróży, proszę spojrzeć na miejscowych- targują się ile się da, nawet o złotówkę.
Poszliśmy pływać sami, bez płacenia za wycieczkę łódką. Widzieliśmy przepiękne rafy koralowe i przepiękne kolorowe ryby. Jeśli kiedyś będę bogata, tak właśnie będę spędzać wakacje: na tropikalnej plaży, gdzie codziennie będę mogła oglądać piękne życie podwodne. Nauczę się też wtedy nurkować. Tym razem, przede wszystkim, nie miałam na tyle czasu.
Szczytem radości tego dnia było zobaczenie przeze mnie wielkiego morskiego żółwia. Od razu pokazałam go innym, ale nie wszystkim udało się dopłynąć. Nie wiedziałam, że możliwe jest spotkanie tego morskiego i zagrożonego zwierzęcia. Na wyspie jest akwarium z małymi żółwikami, ratują je i wypuszczają do morza, jak podrosną.
Chcieliśmy też zobaczyć zatopiony wrak statku, ale niestety, pełno było wokół niego łódek i gęsto od turystów. Nie wszyscy umieli pływać. Jedne dziewczyny trzymały się kurczowo za ręce i wolnymi kończynami wymachiwały w panice. Chwyciły mnie w głowę i popchnęły pod powierzchnię, prawie mnie utopiły, zupełnie na oślep.
Doszliśmy do wniosku, że nie damy rady i wróciliśmy się na brzeg. Najbardziej oburzony był Yochi, czymś, czego nie zauważyłam sama: autorki zamachu na moje życie ubrane były w pełny hidżab. Złościł się, że jak ktoś chce nosić hidżab, to niech go nosi do modlitwy, a nie do pływania. Ciekawe, że mnie to zupełnie nie przeszkadza, a przeszkadza jemu.
Poszliśmy coś zjeść i dyskutowaliśmy nadal. Brian pytał się nas z jakiegoś powodu o polską rodzinę królewską. Opowiedział nam historię, którą słyszał od znajomego. Rzekomo następca tronu polskiego pozwał przed sądem międzynarodowym Polskę, bo nie chciała uznać jego pozycji. Wygrał i jest oficjalnie królem Polski, chociaż nie sprawuje tego urzędu. Człowiek, który opowiedział mu tę historię, mieni się być krewnym tego pana i trzecim w kolei do tronu.
Pośpieszyłyśmy wyjaśnić, że w Polsce byli królowie elekcyjni i jak to działało. Historia znajomego Briana jest oczywiście ogromną bzdurą i chciałyśmy wiedzieć, kto coś takiego opowiada. Brian odpowiedział ze smutkiem, że mąż siostry Yochiego.
-Ale on chyba nie jest bardzo zdrowy, prawda?- spytałam najdelikatniej, jak mogłam.
-Zdrowy? On jest zupełnym psychopatą!- odparł Brian.
Pan Polak oszukał wszystkich, całą rodzinę i Briana, taki był ujmujący i czarujący. Po ślubie natomiast zaczęło się piekło. Serce aż pęka, jak się tego słucha. Starałam się pomóc, jak mogłam i opowiedziałam wszystko, co wiem o polskim prawie, co mogłoby być przydatne.
To tak jakby ktoś uważał, że wszyscy muzułmanie katują swoje żony- mamy tu przykład muzułmanki katowanej przez męża Polaka.
Smutna historia i zrobiło nam się wszystkim naraz przykro.
Mieliśmy iść jeszcze pływać, ale zaczęłam czuć, że doprowadziłam do oparzenia słonecznego na plecach, poza tym bolała mnie głowa. Natychmiast wytłumaczyłam Yochiemu, że być może muzułmanki pływające w hidżabie wyglądają śmiesznie, ale są najmądrzejsze z nas wszystkich. Ani sobie nie oparzyły skóry, ani nie boli ich głowa od słońca. Pływanie w pełnym hidżabie to chyba jedyny sposób pływania w tym klimacie.
Ja nie pływałam w hidżabie i spotkała mnie za to kara. Stosuję sposób na oparzenia słoneczne wypracowany w tej podróży: krem sudo. To krem do pieluch dla niemowląt i jest doskonały na oparzenia. Podczas tej podróży smarowałam nim podrażnione miejsca wieczorem i nie było ani śladu po zaczerwienieniu rano. Wcieram go w całe plecy, tym razem nie pomaga tak od razu. Piecze, budzę się w nocy, żeby nałożyć jeszcze jedną warstwę, ale myślę, że i tak mi pomógł, złagodził trochę ból.
Do końca pobytu pływam w ubraniu.
Wieczorem poszliśmy obejrzeć zachód słońca. Wcześniej Yochi pokazał nam filmiki na youtubie autorstwa Kanadyjki, która mieszka w Indonezji „How to be Indonesian”. Złośliwość tej pani przekracza pięć razy moją złośliwość wobec Azji i Chin. Już widzę tę armię trolli, która pisze komentarze, że jak się pani nie podoba, to niech wraca skąd przyszła. Jak siedzieć w Azji, to się zachwycać! A tymczasem ludziom potrzebna jest doza inteligentnej złośliwości. Mądrzy ludzie widzą wady codziennej rzeczywistości. Wszystkie żarty najbardziej bawiły Yochiego, może dlatego, bo filmik wspominał o tym, jak Indonezyjczycy traktują homoseksualistów i jak rodzice traktują swoje dzieci. Po pierwsze: homoseksualizm to choroba. Po drugie: jak dziecko robi coś, co nam się nie podoba, trzeba jak najszybciej wydać je za mąż bądź ożenić, zanim zrobi wstyd przed sąsiadami. I złota zasada: nie przejmuj się uczuciami swoich dzieci. Przejmuj się uczuciami swoich sąsiadów!
Para była tak przesympatyczna! Zauważyłam, że lubię przebywać z gejami. Odpada tyle problemów: czy aby się nie narzucam, czy kolega sobie nic nie pomyśli, czy jego dziewczyna się na mnie nie obrazi. Tutaj nikt sobie nic o mnie nie pomyśli i nikt się nie obrazi!
Dzień kończy się w zapachu palonego przez miejscowych wyspiarzy plastiku.
O poranku jem śniadanie i żegnam się z Martą. Jadę na wyspę obok, Gili Air, bo stamtąd jest więcej transportu.
Nasze drogi się rozchodzą.
Na Gili Air wita mnie podobna atmosfera do Gili Meno, ale ma więcej knajp. Ma też niestety więcej koników, więcej, niż to potrzebne. Trochę mi się to wydaje niebezpieczne, trzeba im uciekać z drogi, przecież koń ma swój rozum i nie da się nim tak precyzyjnie kierować, jak skuterem czy samochodem.
Melduję się w bardzo przyjemnym hostelu, poleconym przez inną podróżniczkę. Ruszam, żeby zamówić sobie transport powrotny, udaje mi się znaleźć biuro firmy, w której kupowałam bilet na Bali. Chcę jechać z nimi jeszcze raz, bo jeśli okaże się stary bilet, dostaje się zniżkę. Niestety, biuro jest otwarte, ale pracownika nie ma i nie ma go w zasięgu wzroku. Bardzo wyraźnie uważa się tu, że wystarczy otworzyć biuro, nie trzeba już w nim siedzieć i pracować.
Jem lunch z widokiem na morze i ruszam obejść wyspę wokoło. Zajmie mi to poniżej dwóch godzin. Niestety, woda wzdłuż brzegu całej wyspy jest za płytka, nie da się swobodnie pływać. Zakładam jednak, że człowiek na wakacjach plażowych w lutym nie powinien za bardzo narzekać na swój los z takiego powodu.
Trzy godziny później udaje mi się dostać bilet i zniżkę. Pani nie rezerwuje mi biletu z Padangbai na Bali na Ubud, bo nie wiadomo, kiedy prom dobije do portu w Padangbai i czy zdążę na ostatni autobus. Dzień podróży będzie dniem improwizacji.
Na razie jednak zajmuję się pływaniem w ubraniu, czytam na plaży, piszę, jem posiłki z widokiem na morze, piję świeże soki z egzotycznych owoców i nie robię właściwie nic bardzo produktywnego poza żałowaniem, nie nie mam pełnego tygodnia, by spędzić go w ten sposób.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Indonezja. Lombok

  1. ~Milosz C. pisze:

    Świetny wpis, bardzo dużo akcji…

  2. ~Ola pisze:

    Julia,
    Wiem, że marudzę (jak zawsze), ale minęły dwa miesiące i się trochę niepokoję, co u Ciebie…

  3. ~ula pisze:

    Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy i w tym czasie po raz kolejny czytam stare posty!
    Nigdy nie sądziłam, że moim ulubionym blogiem podróżniczym zostanie blog bez zdjęć, a jednak!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>