Indonezja. Powrót

Zbieram się rano, pakuję i idę do przystani. To dzień podróży powrotnej na Bali, skąd mam lot z powrotem do Chin. Wakacje dobiegają końca, a ja nie wiem, kiedy minęły, tak bardzo byłam zajęta.
Najpierw łódką o ósmej trzydzieści do portu na Lomboku. Mam na bilecie napisane, do której kawiarni mam się udać czekać na autobus do portu w Lembar, skąd odpływają promy na Bali. Miejscowi chętnie pomagają znaleźć. Kiedy się melduję, wysłuchuję szeregu narzekań, że nie wykupiłam całego transportu z Wysp Gili aż do Ubud. Popełniłam straszny grzech, że sama sobie kupię bilet na prom, a bilet na autobus jest już zapłacony.
Dowiaduję się, że autobus odjedzie za godzinę. Wszyscy mają czas, to jest, wszyscy oprócz mnie, bo mnie ostatni autobus w Padangbai ucieka o czwartej trzydzieści. Mam do pokonania przed tą godziną trasę do Lembar i cztero- lub pięciogodzinną drogę promem, więc potrzebowałabym wsiąść na prom o jedenastej. Rozmawiam z panem przewoźnikiem, mówi, że zaplanowany jest prom o dwunastej, ale spokojnie, zdążę.
Mam pewne wątpliwości.
Wsiadamy wreszcie do autobusu i pracownik zabiera nam bilety. Nic nie mówię, bo jedzie z nami, ale nieoczekiwanie wysiadł i nie wrócił. Denerwuję się po cichu, czy kierowca wie, gdzie jadę? Czy wie, że zapłaciłam za bilet? Po drodze trzeba się przesiadać, czy nie poproszą mnie jeszcze raz o okazanie biletu? Nikt za dobrze nie mówi po angielsku, nie można się nawet zapytać. Nie denerwuję się bardzo, bo nie jadę na gapę i mam czyste sumienie, ale jednak wolałabym mieć w dłoni swój własny bilet.
Droga pomiędzy portami to około sześćdziesiąt kilometrów, ale wleczemy się. Najpierw jedziemy naokoło wysadzić pasażerów w jednej miejscowości turystycznej. Zawracamy do Mataram, gdzie trzeba się przesiąść. Czekamy, aż pojedzie następny autobus, ale sobie poczekamy dłuższą chwilę, bo kierowcy zajęci są gadaniem na parkingu i wcale nie wyglądają, jakby chciało im się jechać. Ja naiwna myślałam, że przejadę tę drogę w godzinę lub półtorej, ale teraz już wiem, że na prom o jedenastej na pewno nie mam szans zdążyć. Na prom o dwunastej tracę szanse. Jest w pół do dwunastej, niby kazali nam usiąść w autobusie, ale dalej stoją i gadają na parkingu. Jeden kierowca chce już jechać za dwadzieścia, to inny się z niego śmieje, co tak wcześnie? Ten pokazuje mu zegarek. Tamten mówi, źle ci chodzi zegarek, mnie chodzi dobrze, jest dopiero dziesiąta! Śmieją się do rozpuku, niektórzy turyści im wtórują. Świetnie, że mają taki dobry humor, ja się coraz bardziej złoszczę.
Dojeżdżamy na parking w Lembar za pięć dwunasta, chwytam plecak i sobie idę. Mam do pokonania kilkaset metrów i kolejkę po bilet na prom. Do pozostałych pasażerów podchodzi pracownik i uprzejmie oświadcza, że ich zaprowadzi na prom. Ja się żegnam i pospiesznie odchodzę, bo nie ma czasu. Trzech pracowników się za mną wydziera przez cały parking, w końcu ktoś sobie przypomina, że mam wykupiony bilet tylko do Lembar. Droga po bilet też utrudniona: zatrzymują mnie sprzedawcy pakiecików i koniecznie chcą sprzedać ryż z kurczakiem. Krzyczy za mną ktoś:
-Hej, proszę pana! Heeeeej!
Nie reaguję. Krzyki, gwizdy, klaskanie. Jakbym chciała co najmniej wejść na teren ściśle tajnej bazy wojskowej.
Zatrzymuję się.
-Gdzie jedziesz?
-Do Panangbai.
-Nie, nie jedź do Padangbai. Lepiej jechać do Ubud, do Kuty. Ja cię zaprowadzę. Ja mam autobus.
Odwracam się i idę. Dalej wrzask.
-Gdzie idziesz? Proszę pana? Gdzie idziesz!
-Na prom!
-Ale jest czas… poczekaj, porozmawiamy, ja cię wszędzie zawiozę.
Krew mi się zaczyna gotować.
-Prom jest o dwunastej.
-Ale prom jest co godzinę. Poczekaj, powoli, ja jestem przyjacielem, zawiozę…
Odchodzę pośpiesznie, straciłam cierpliwość. Nie baczę już na wrzaski „proszę pana”, zresztą, nigdy nie byłam zobowiązana na tytuł „pan” reagować. Co to ma znaczyć, żebym obcemu facetowi musiała tłumaczyć, gdzie idę i on miał mi mówić, co mam robić, o której iść na prom i gdzie jechać? I za mną wrzeszczał na ulicy?
Kupiłam nareszcie bilet na prom i dobiegłam. Na szczęście nie wpuszczano jeszcze pasażerów. Kupiłam pakieciki z rybą, owoce i byłam zadowolona, bo byłam głodna jak wilk, a panowie kierowcy nie dali nam czasu kupić sobie nic. Wokół turystów kursują sprzedawcy biletów na autobusy do Kuty, Ubud czy Denpasar, mówię im, że już mam bilet. Ci uczynnie, że zamówią mi miejsce w autobusie. Pytam, czy aby na pewno na niego zdążę, ci, że oczywiście, prom przybije na czwartą na pewno, nie później. Mówię, że nie mamy teraz czasu rozmawiać, bo będę wsiadać na prom, ci, że prom najwcześniej o dwunastej trzydzieści odpływa.
Jeden pan wziął mi bilet na prom i bilet na autobus. Potem oddalił się pośpiesznie. Zdenerwowałam się.
-Gdzie on sobie poszedł? On ma moje bilety!
-Spokojnie, poszedł ci zamówić miejsce.
-Ale prom zaraz odpłynie!
-Spokojnie, prom nie odpłynie, jest czas.
-Ale gdzie on jest?
-No tam, poszedł zamawiać, zaraz wróci.
-Ale ja chcę moje rzeczy z powrotem!
Jeden młody chłopak uśmiechnął się do mnie.
-Spokojnie, będzie dobrze, to jest mój wujek. Na pewno zaraz wróci.
Dziękuję nieznajomy chłopaku, którego w życiu nie widziałam na oczy. Bardzo uspokoiło mnie to, że to twój wujek.
W międzyczasie podszedł pracownik sprawdzać bilety na prom, krzyczę, że nie mam, bo mi zabrali, wszyscy mnie uspokajają, tłumaczą pracownikowi. Dusi mnie w klatce piersiowej ze zdenerwowania. Co to ma znaczyć, żeby mi zabierać bilety? Czy ja mam pięć lat?
Pan wrócił i wszystko mi oddał. No tak, bo to był wujek tego chłopaka. Wszystko ma sens.
Nikt się nawet na mnie nie zezłościł. Chłopak znalazł przedstawiciela firmy, u której mam wykupiony bilet. Ten obejrzał i powiedział, żebym podeszła do biura w Padangbai, jak tam dotrę, bo nie wiadomo, czy autobus mnie zabierze.
Dziękuję. Tyle wiedziałam sama.
Wchodzę na prom, w naiwnej nadziei, że teraz sobie odpocznę. O naiwna.
Razem z pasażerami weszło na prom kilkudziesięciu sprzedawców. W ogromnym gwarze siedziałam i tłumaczyłam wszystkim po kolei, że już nie chcę więcej jedzenia. Odbyłam tę samą kłótnię z kilkunastoma sprzedawcami wody, bo każdy z nich upierał się, że mam pustą butelkę i muszę kupić od nich nową. Butelka była do połowy pełna i fakt, że nie uważałam ją za do połowy pustą nie oznacza, że jestem optymistką. Odwrotnie: widzę butelkę do połowy pełną, kiedy muszę ją dźwigać. I znów, czy ja mam pięć lat, żeby ktoś wiedział lepiej ode mnie, czy mam kupić wodę, czy nie?
Do tego sprzedawcy kawy, sarongów. Sprzedawca podkoszulków położył mi rękę na ramieniu, że na pewno od niego kupię. Kazałam mu nie dotykać mnie. W Chinach mam taki sam brak tolerancji: nie dotknęli by obcej Chinki, ale białą dziewczynę można, bo przecież biali są otwarci. Można sobie zatem pomacać.
Siedzę i kurczę się w sobie, marząc o ciszy. Do tego wszystkiego ktoś zaczął grać muzykę, dziesięciu innych palić.
Aż nagle, w środku tego bałaganu, jeden sprzedawca staje na środku i zaczyna ni to jęczeć, ni to miauczeć. Jego towarzysze patrzą się, zbulwersowani, po chwili zaczynają się śmiać i chcą go nagrać komórką, ten, nie przerywając swojego występu, odtrąca telefony. Stoi tak bardzo długą chwilę i jęczy. Turyści w ławce za mną ryczą ze śmiechu, nie widzieli nic zabawniejszego. Pan tymczasem wyjął torebkę i zaczyna zbierać pieniądze wśród pasażerów. Mnie omija, chyba mam wypisane na twarzy, co myślę o jego występie. Turyści dają pieniądze, są zachwyceni.
A jeśli ja stanęłabym tam na środku i zaczęła beczeć jak koza, czy też dostałabym pieniądze?
Trwało to długo, za długo, ponad pół godziny. Prom odpłynął dopiero po pierwszej.
Byłoby na nim przyjemnie, gdyby wszyscy nie palili.
Kiedy już wiedziałam, że nie zdążę na autobus i kiedy pojawił mi się zasięg, chciałam sobie zarezerwować pokój w najtańszym hotelu w Padangbai. Coś mnie jednak tknęło i postanowiłam poczekać.
Prom przybił piętnaście po piątej. Zignorowałam wszystkie nagabywania o transport i poszłam prosto do biura mojej firmy przewozowej, w celu nieokreślonym, tylko żeby sprawdzić, czy autobusu na pewno nie ma.
Pokazuję pracownikowi bilet i pytam się, kiedy by był autobus. Ten nie za bardzo umie po angielsku, ale podzwonił parę razy i mówi, że dzisiaj. Nie chcę wierzyć, przecież mi uciekł autobus. Ten wskazuje na samochód firmowy, odwiozą. Jest jeszcze jeden pan, jego zawiozą do Kuty.
Uwierzyłam w to całkiem, kiedy dojechałam do Ubud. Odwieźli mnie, nie trzeba było płacić. Na miejscu wybiegł jeszcze pracownik, pytać się, w czym jeszcze mi może pomóc, gdzie mam hotel? Okazałam się świetnie przygotowaną turystką, bo zarezerwowałam sobie w samochodzie i znalazłam na mapie. Mówię mu nazwę i pokazuję, to będzie tam i ustawiam się w odpowiednim kierunku. Pracownik tylko mi przytaknął i zmartwił się, że mam za daleko. Zapewniłam go, że dam sobie radę i się pożegnałam.
To najlepsza firma na świecie.
Po drodze zobaczyłam pizzernię i mój instynkt kazał mi wejść i zamówić całą pizzę. Wcale nie jest drogo, taka cała wielka Margarita jest po około dwanaście złotych. Kiedy mi ją przynieśli, trochę się przestraszyłam, że nie dam rady przecież tyle zjeść, po co zamawiałam. Postanowiłam spróbować.
Po dziesięciu minutach nie było pizzy. Jak mogłam w siebie nie wierzyć?
Do hostelu trzeba było skręcić i jak tylko to zrobiłam, zaczęłam przeklinać swój los. Droga była wąska, bez chodnika ani pobocza, nieoświetlona. Jakby tego było mało i nie była wystarczająco niebezpieczna, była kręta i prowadziła w górę i w dół, więc samochody i motocykle nie widziały pieszych. Zaczęłam przeklinać, że posłuchałam Juana, który mi polecił ten hostel, ale skąd mogłam wiedzieć? A z drugiej strony, jak on mógł nie zwrócić na to uwagi? To chyba dosyć ważny szczegół, że po drodze do hostelu łatwo się zabić?
Szłam jednak bardzo ostrożnie i jeśli tylko się dało, schodziłam z jezdni. Za każdym razem, kiedy będę szła tą drogą, będę przeklinać, że nie jestem w Malezji, bo tam ktoś na pewno by się zatrzymał i mnie podwiózł, żebym tamtędy nie szła.
Hostel też słabo oznakowany z drogi, a zwłaszcza po ciemku. Jeden gość wyszedł z niego przypadkiem i zapytał się, czy właśnie tam chcę dojść, to on pokaże, gdzie iść. dzięki niemu trafiłam na miejsce.
Na miejscu melduję się i dostaję łóżko na górze. Pytam czy nie mogę spać na innym, na dole, pracownik mówi, że nie, bo jest zarezerwowane. Przez cały mój pobyt będzie puste. Tak się nie robi.
Był też zastrzyk adrenaliny: prysznic nie miał zasłonki. Było go wprawdzie widać tylko z jednego kąta pokoju, a cała sypialnia była pusta, jednak nigdy jeszcze tak szybko się nie umyłam. Następnego dnia marudzę trochę i zawieszą zasłonę. Okaże się, że szef miał przyjść skontrolować hostel i postanowili wszystko wyprać. Skarżyli się, że ich trud poszedł na marne, bo szef wszystkiego dokładnie nie obejrzał.
No tak i po co sprzątali?
Wyspałam się przynajmniej i rano wstałam na śniadanie wliczone w cenę. Podano kilka kawałków owoców. Zaiste, to sute śniadanie.
Nie wiem, czy byłam tak zmęczona, czy rzeczywiście miałam na co narzekać.
W hotelu były codziennie wycieczki, ale trzeba było na nie jechać skuterem, którego nadal boję się prowadzić. Wzdycham i idę sama zwiedzać.
Najpierw muszę wydrukować karty pokładowe i długo szukam kawiarenki internetowej. W jednym sklepie pani pokazuje mi, gdzie skręcić i mówi nazwę. Dzięki temu zauważam szyld, wchodzę przez podwórze na tyłu domu i drukuję, con potrzebuję. Inaczej w życiu bym tego miejsca nie znalazła.
Miasto napchane jest barami, kawiarenkami, restauracjami i sklepami z pamiątkami i rękodziełem. Każdy sklepik ma swoją kapliczkę i każdy kładzie na progu małą ofiarę z kwiatów i owoców w pudełeczku z liścia banana, pali się w środku kadzidło. Raz widziałam papierosy zamiast kadzidła. Po drodze dużo świątyń, na każdej napisane, że wstęp tylko w celu modlitwy i z szacunku nie wchodzę. Podobnie do świątyń wyglądają podwórza domów i hoteli. Bramy wyglądają ciekawie. Typowa brama jest takim hinduistycznym cokołem, przepołowionym gładko na pół, bramka lub drzwi zawieszone są w otworze. U obu stron bramy stoją posągi, owinięte są tkaninami w kratę, ozdobione plecionkami niby z wikliny. Ponadto zwisają w bram wysokie, plecione jakby palmy wielkanocne. Zaginają się u szczytu i zwisa z nich pleciony dzyndzelek.
Tak to ozdobione są przybytki. Ulicami natomiast płynie rzeka samochodów i motocykli, jest potwornie głośno. Chodniki są wąziutkie albo nie ma ich w ogóle, trudno jest iść, zwłaszcza, jak ktoś jeszcze na nich zaparkuje. Poruszanie się po takim mieście bardzo mnie męczy, zwłaszcza w hałasie i w upale. Nie pomagają zaczepki do pięć metrów, czy aby nie chcę taksówki, transportu czy masażu. Domyślam, się, że aby poznać balijską duchowość, trzeba jechać jak najdalej od tego miejsca. Niestety, trzeba mieć w tym celu skuter.  
Zjadłam lunch. Tak smakowało mi na wyspach gado-gado, że zamówiłam raz jeszcze. Po tym doświadczeniu postanowiłam trzymać się kuchni zachodniej. Nie było w tym wcale nawet sosu orzechowego, to gado-gado dla turystów, którzy nie wiedzą, co to gado-gado. Wybór jedzenia ogromny, ceny nie najgorsze, a zachodnie jedzenie smaczne. Bo zachodni turysta wie, jak powinno smakować jego jedzenie, a nie wie, jak powinno smakować indonezyjskie, tak zgaduję.
Poszłam też zamówić sobie bilet na lotnisko w mojej firmie przewozowej. Bilet powrotny z Padangbai wyglądał następująco: Padangbai do Ubud, a potem Ubud do Kuty, wszystko wliczone w cenę. Pytam się, czy mogę jechać w tej cenie na lotnisko, bo to przecież obok, mówią, że nie. wzruszam ramionami, cóż, zapłacę, i tak byli mili i mnie podwieźli samochodem do Ubud. Na co oni wykonali telefon i nagle się okazało, że wiozą mnie na lotnisko, nic nie muszę dopłacać.
To jest naprawdę najlepsza firma na świecie.
Idę do głównej atrakcji Ubud, czyli lasu małp. Jest to miejsce działające na zasadzie hinduistycznej współpracy z naturą. Są w nim świątynie i mieszkają oswojone małpy.
Bardzo liczyłam na zwiedzenie świątyń, ale niestety, wszystkie były zamknięte. Balijczycy nie chcą, by turyści oglądali świątynie. Można sobie tylko obejrzeć z zewnątrz. Wszędzie hasają stada małp. Siedzę sobie wśród nich i bardzo dobrze się czuję. Zawsze bardzo lubiłam zwierzęta, a od kiedy ich nie jem, czuję się w ich towarzystwie jeszcze lepiej. Małpy zachowują się zaskakująco podobnie do ludzi. Najbardziej mi się podobało, jak matka z dzieckiem bawili się w berka. Jedno się chowało, drugie go szukało. Urocze.
Małpom wcale nie przeszkadzałam. Ciekawe, co sobie myślą o ludziach. Ja byłam dla nich trochę meblem, skakały po mnie. Często się biły, wskakiwały mi na głowę i skacząc wokół mnie jak po meblu, biły się dalej.
Przeszłam się po parku, robiąc zdjęcia małpom i świątyniom od zewnątrz. Najciekawsza była świątynia krematoryjna. Jest tam mały cmentarzyk, ale tymczasowy, ciała czekają tam na kremację w świątyni. Jest też mała galeria sztuki, z cenami, na sprzedaż. Najbardziej jednak podobało mi się siedzenie wśród małp.
Żałowałam, że nie miałam żadnych owoców dla małp, ludzie mieli. Jeden facet, wyglądający zupełnie poważnie, pokazał małpie owoc, po czym wrzucił go do sadzawki głęboko w dole.
-No na co czekasz, skacz!- powiedział do niej.
Zastanawiałam się, kto tu jest istotą bardziej rozwiniętą.
Siedziałam sobie w małym amfiteatrze. Jedna małpka wskoczyła na mnie. Zaczęła przeglądać mi rzeczy, zajrzała mi pod bluzkę, potem chciała wyrwać mi naczyniak z dekoltu. Chciałam ją powstrzymać, podkładając jej moje ręce pod jej dłonie, żeby chwytała się palców. Pracownik szybko zareagował, żebym nie dotykała małpy, bo zaraz przyjdzie matka i mnie zaatakuje.
Ale ja się tylko bronię!
Małpka się szybko znudziła, zwłaszcza, jak nie znalazła żadnego jedzenia. Posiedziałam jeszcze chwilę i oto wskoczyła mi na głowę cała zabłocona małpa, co już sprawiło mi  mniejszą radość. Potem poszła popływać w sadzawce i myślałam, że się utopiła, ale nie, zaraz wypłynęła.
Nie ma wielkiej różnicy pomiędzy małpkami i dziećmi. No, może dzieci rzadziej skaczą po głowie.
 Potem chciałam iść do muzeum, ale zerwał się rzęsisty deszcz. Zmokłam, zanim dobiegłam pod zadaszenie. Klimatu równikowego mam zdecydowanie dosyć. Doszłam w końcu do muzeum drogą długą i ruchliwą.
Zwiedziłam po drodze jedyną otwartą świątynię w mieście. Jak całą Indonezję byłam szczęśliwa, że nie ma Chińskich turystów, odkryłam ich na Bali, w najbardziej turystycznym miejscu świata. Niektórzy mieli nawet swoich przewodników, tłumaczących im wszystko płynnie po chińsku. Zwiedzanie świątyni w tłumie wymachującym kijami do selfie nie należy do głębokich przeżyć duchowych. Inna świątynia, którą bardzo chciałam zwiedzić, była zamknięta. Wyślę mamie potem pocztówkę z jej wizerunkiem i napiszę, że choć na Bali nigdzie nie da się dojechać i wszystko jest zamknięte, to można przynajmniej kupić pocztówki z podobiznami tych wszystkich miejsc, gdzie nie da się dostać.
Muzeum było trochę drogie, ale całkiem ciekawe. Sztuka Bali jest dosyć charakterystyczna i sama mogę wyróżnić kilka trendów. Pierwszym będzie ukazywanie sielankowego życia wsi, pracy na roli, ceremonii, plażowania. Kolory są odważne, żywe, niczym z obrazów z Tahiti. Drugim trendem jest ukazywanie historii hinduistycznych, scen z legend. Tak jak my przez wieki ukazywaliśmy żywoty świętych i sceny z Biblii. W muzeum obrazy są opisane, można sobie poczytać, co też na każdym obrazie się dzieje. Czuje się bogactwo kultury miejscowej, folkloru, legend i ogromny smutek, że nie da się tego poznać. Pomiędzy turystą a bogactwem Bali stoi mur taksiarzy, hotelarzy i chciwości miejscowych, którzy chcą zawieźć w kilka miejsc, pozwolić turyście zrobić sobie selfie, ale na tym koniec. Trudno samemu poobserwować, samemu pojeździć po tej wyspie, bo jak, skoro nie ma autobusu? A jak obserwować życie duchowe, skoro wszystkie świątynie są zamknięte przed przyjezdnymi na głucho? Jak poznać życie mieszkańców, skoro nawet couchsurferzy chcą wymuszać pieniądze?
Bardzo smutne, bo Bali wydaje się być bardzo ciekawe i wyjątkowe. Niestety, kilka małp i zdjęć świątyń nie wystarczają mi, widziałam Bali bardzo powierzchownie. Lepiej poznałam życie duchowe muzułmańskiej Indonezji i katolickiej Indonezji, bo ci ludzie zapraszali mnie do swoich domów, dyskutowali, opowiadali, dzielili się przemyśleniami. Gdzie jest głębia duchowa Bali, którą tak bardzo chciałam zobaczyć? Nie dane mi było.
Wieczorem w pokoju hostelowym rozmawiam po hiszpańsku z Kolumbijką. Jej chłopak Indonezyjczyk siedzi obok, nie rozumie i czyta sobie. Opowiadam koleżance o problemach związanych z poruszaniem się po Indonezji i o wymuszaniu pieniędzy w transporcie publicznym. W pewnym momencie koleżanka odwraca się do swojego chłopaka i mówi: „Ona mi opowiada, jak bardzo nienawidzi twojego kraju.” Zrobiło mi się bardzo nieprzyjemnie. Przecież nie chodzi mi o to, że nienawidzę kraju, opowiadam o tym, jak ciężko mi było się po nim poruszać. Takie utrudnienia bardzo męczą, psują wakacje. Stres i strach przed miejscowymi, czy zaraz nie zaczną wyłudzać, czy nie zabiorą mi biletu, czy nie nakrzyczą, czy nie nazwą głupią czy nie wyrzucą gdzieś w środku nocy zamiast dowieźć, gdzie obiecali. Co nie znaczy, że nienawidzę kraju. Bardziej żal mi go, bo mógłby być tak przyjemny, a nie zachęca turystów. Chociaż, mimo chciwości miejscowych wciąż tabuny walą na Bali i nigdy się to nie skończy.
Rozmawiałam potem w Chinach z koleżanką z Indonezji, która robi w Ningbo doktorat. Jest indonezyjską Chinką i chińskim zwyczajem jej rodzice założyli firmę, aby mieć dużo pieniędzy. Nigdy w życiu nie wsiadła do transportu publicznego w swoim własnym kraju i śmiała się ze mnie do rozpuku, że tak zrobiłam. Sama jestem sobie winna. Ją wożą prywatni kierowcy.
Następnego dnia tylko wychodzę zjeść lunch, wysłać kartki, kupić trochę jedzenia. Kiedy wracam, zrywa się znowu ulewa i chronię się pod dachem. Podchodzi do mnie małżeństwo i pyta się, czy idę w tamtą stronę, bo oni tam jadą i podwiozą.
Czyli jednak są w Indonezji mili ludzie.
W drodze powrotnej idę do tej samej pizzerii, znowu jem całą pizzę i idę dalej na stanowisko mojej firmy przewozowej. Rozmawiam sobie z ludźmi, bo jestem za wcześnie. Jedna pani Angielka opowiada mi o Cichej Nocy, czyli hinduistycznym dniu medytacji. Nie działa prąd, nie lądują samoloty, nie wolno wyjść z hotelu. Ktoś jej nawet mówił, że nie wolno wyjść na ulicę, bo aresztują, ale nie chce mi się w to wierzyć. Zwłaszcza, że zapytała się pracownika, a on przeprosił, że za dobrze nie wie, na czym polega to święto, bo jest muzułmaninem. Jakby groził mu areszt za nieprzestrzeganie go, raczej siłą rzeczy by wiedział. Ale tylko tak zgaduję.
Inna pani Amerykanka miała dokładnie taki zawód, jak ja, czyli uczyła angielskiego na uniwersytetach w krajach nieanglojęzycznych. Porozmawiałam sobie z nią dłuższą chwilę i dowiedziałam się wielu ciekawych dla mnie rzeczy.
Fascynuje mnie, że emeryci z Anglii, Szwecji, Niemiec, Ameryki spędzają swój czas na podróżowaniu. Ma to sens, ponieważ jeśli mają nawet i dwa tysiące euro emerytury, wystarczy im to na dostatnie życie w Azji. Straszna szkoda, że polscy emeryci nie mają takich możliwości. Bardzo mnie to smuci.
W strugach deszczu opuszczam Bali, którego nie udało mi się tak naprawdę dobrze zwiedzić. Ale nawet jeśli wynajęłabym skuter, co bym zobaczyła, piękne widoki i piękne plaże? Ja chciałam poznać miejscową kulturę, święta, ludzi. A może mam za wysokie wymagania po przeczytaniu książki „Jedz módl się kochaj”? gdzie jest to duchowe Bali, opisywane w książce? Gdzież ono?
Na lotnisku mam czekać noc i okazuje się, że potrafię spać wszędzie. Przytulam tylko plecak z cennymi rzeczami, co jest ogromnym poświęceniem, bo po tylu tygodniach jest wstrętnie brudny, i śpię. Niestety, budzi mnie ból ucha. Dotykam małżowiny i już wiem, że zaczyna mi się stan zapalny. Googluję, czy można latać z zapaleniem ucha? Wypowiedzi mówią tak samo, że to najgorszy ból, jaki przeżyli w życiu, a powikłania mogą być poważne. Łykam ibuprofen i nie mogę już spać ze strachu. Muszę lecieć, bo co zrobię, zostanę na Bali i napiszę kolejną książkę? Obawiam się, że moja wizja tej wyspy tak dobrze by się nie sprzedała.
Przed startem drżę niczym przed wizytą u dentysty. Na szczęście nie bolało tak bardzo, słuchu też nie straciłam. Przeczekałam dzień na lotnisku w Kuala Lumpur. Przed lotem czeka mnie sytuacja tak dobrze znana mieszkającym w Chinach, komentujemy ją wspólnie przez telefon z koleżanką. Siedzę sobie i czekam, aż zaczną wpuszczać do samolotu, a wokół mnie przepychający się, krzyczący Chińczycy i rozbiegane, niegrzeczne dzieci, na które nikt nie zwraca uwagi. Siedzi sobie taki przerażony człowiek i zastanawia się, gdzie wraca i dlaczego.
W samolocie udało mi się usnąć tylko na chwilę. Wydawało mi się, że tylko zdążyłam przymknąć oczy, a nagle zapaliło się światło i z głośników odezwał się komunikat, że za wwożenie narkotyków grozi kara śmierci. Nie ma to jak delikatnie obudzić pasażerów.
Siedzieli obok mnie dwaj studenci, Chińczycy z Malezji. W przeciwieństwie do swoich rodaków z Chin mówić po angielsku i umieli, i się nie bali. Jeden wytłumaczył mi, gdzie na lotnisku będzie autobus do centrum. Studiują w Chinach i stwierdzili, że oszalałam, że jeździłam w Malezji autostopem. Chciałabym zrozumieć, dlaczego wszyscy mieszkańcy Malezji są tak uprzedzeni do tego kraju. Wszyscy narzekają, jaki skorumpowany i niebezpieczny. Na pewno wiedzą, co mówią, ale cała Azja jest przecież skorumpowana, nie ma natomiast porównania, jak ludzie w Malezji są pomocni dla przyjezdnych, a jak wykorzystać turystę chcą wszędzie indziej.
Na lotnisku w Chinach wyszłam z samolotu jako pierwsza, przebiegłam koło taśmy, bo wszak nie nadawałam bagażu, wyprzedziłam większość pasażerów i jako jedna z pierwszych stanęłam do kontroli paszportowej, gdzie zawsze są kolejki na przynajmniej kwadrans. Przeszłam koło kontroli celnej, zapytałam się gestem, czy mam położyć bagaż do prześwietlenia, celnicy pomachali, żebym sobie poszła. Warto było mnie budzić i straszyć karą śmierci.
W przeciągu godziny dotarłam do domu Lois, głodna, zmęczona i chora. Rano pojechałam do Ningbo i biłam się z myślami do wieczora, czy iść do pracy. Doszłam do wniosku, że lepiej nie, bo tylko się bardziej rozchoruję. Poinformowałam odpowiednie osoby, zgodnie z kontraktem. 
Odpowiednie osoby oświadczyły mi, że nie wolno mi wziąć dnia wolnego, ponieważ to pierwszy tydzień pracy. Byłam bliska wysłania im wiadomości, że mój organizm nie znał tej zasady, dlatego nie dostosował się do harmonogramu.
Odpowiednie osoby oświadczyły, że mam zadzwonić o poprosić o pozwolenie dziekana.
No to wysłałam mu smsa.
W odpowiedzi zadzwonił do mnie. Najpierw wyraził smutek i zmartwienie moim stanem zdrowia. Prędko natomiast oświadczył, że on jest takim wspaniałomyślnym człowiekiem i tak się o mnie troszczy, więc ja teraz powinnam zrobić coś dla niego i jednak iść do pracy. Jak później skomentuje kolega, zachował się jak prawdziwy alfons, mówiący: „Pamiętaj, dla kogo pracujesz”.
Postanowiłam, że nawet jakby nastąpiło cudowne ozdrowienie, to ja na złość nie pójdę. Okazało się, że to straszliwy problem, ponieważ uczelnia przechodzi kontrolę z zewnątrz i straci twarz, jak nauczyciela nie będzie w pracy. W sposób azjatycki muszę poświęcać siebie dla dobra szefa.
Jeszcze czego.
Następnego dnia pan urzędnik partyjny Tony zawiózł mnie osobiście do szpitala, choć nigdy nie chciał tego robić, zapewne po to, by zdać dokładną relację dziekanowi. Lekarz potwierdził zapalenie ucha i zapisał kroplówki z panicyliny dwa razy dziennie.
Po dniu braniu kroplówki obudziłam się z okropnym bólem brzucha i prawie czterdziestoma stopniami gorączki. Zadzwoniłam do Tony’ego, żeby mnie zabrał do lekarza.
Przyjechał, owszem, ale za to cały pobyt w szpitalu wysłuchiwałam, co dokładnie miał tego dnia do zrobienia i jak wszystko zepsułam.
Widziałam się z czterema lekarzami. Żaden z nich nie widział mnie wcześniej, nie był w stanie oraz nie miał czasu się doczytać z książeczki, co mi jest, badał mnie lub nie i zbywał, że nic mi nie jest. Jeden podał genialną diagnozę:
-Tony- proszę w desperacji.- zapytaj się go, co mi jest.
-Mówi, że nic ci nie jest.
-To dlaczego mam gorączkę.
-Mówi, że jak masz zapalenie ucha, to masz i gorączkę.
-To dlaczego boli mnie brzuch?
-Mówi, że jak ma się gorączkę, to może boleć brzuch.

Czwarty lekarz zgodził się w końcu mnie zbadać i orzekł zapalenie żołądka. Na pewno nabawiłam się go w „czystym” chińskim szpitalu.
Tak oto niefortunnie zakończyła się moja podróż. Ciekawa, jak wszystkie podróże. I właściwie wszystko było dobrze, dopóki nie trzeba było wrócić do pracy.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Indonezja. Powrót

  1. ~lila pisze:

    Czekam z niecierpliwością na Twoje wpisy na blogu!Jestem pełna podziwu dla Twojej odwagi w samotnym podróżowaniu (autostop!).Jadąc do obcego kraju zawsze staram się wcześniej przygotować na to co mnie czeka i niczemu się nie dziwić.
    Przeczytałam wszystkie Twoje wpisy i stwierdzam , że Azja to nie moja bajka.Chyba nie mogłabym się tam odnaleźć.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>