Za i przeciw

Nadszedł czas na wielkie ogłoszenie.
Nie mieszkam już w Chinach.

Przez ostatnie miesiące pobytu nie byłam nawet w stanie pisać. Nie chciałam zostawiać przekazu niechęci i nieszczęścia podpisanego moim imieniem. Czułam się źle, zdenerwowana, samotna i bardo sfrustrowana.
To jeszcze nie koniec bloga. Na pewno. Mam jeszcze do opisania kilka historii, a może nawet więcej. Zrobię to w nadchodzących miesiącach, na spokojnie. Będą to wspomnienia, w których być może z dystansu dostrzegę zabawną stronę. Bez urazy, bez złości, bez emocji. Tak będzie lepiej.
Każda z historii wyjaśni na pewno, dlaczego zdecydowałam się wyjechać. Teraz przedstawię listę za i przeciw, uczciwą, bez strachu, że ktoś się obrazi, bądź nie uwierzy. Mieszkałam w Chinach cztery lata i mam już autorytet do opisania życia codziennego. Nie boję się, że miłośnikom Chin się nie spodoba. Bardziej szanuję ludzi, którzy byli w stanie dostrzegać codzienne niebezpieczeństwa i niedogodności. Niektórzy czują się w obowiązku chwalić Chiny, bo taki jest obowiązek białego człowieka.
Zacznijmy od listy argumentów za. Dlaczego był to wartościowy pobyt? Dlaczego warto pojechać do Chin?
1. Nigdy nie zdobyłabym takiej wiedzy na temat świata, jeśli nie wyjechałabym do Chin. Spotkanie z tak różną kulturą otworzyło moje oczy na świat. Nie przypuszczałam, że można oglądać świat w tak odmienny sposób i mieć tak odmienne wartości. To jak nauka wyższej matematyki, abstrakcyjnych wielowymiarowych przestrzeni. Tak różne, a ma sens i rządzi się swoimi prawami. Nie gorsze. Inne.
Żaden mankament mieszkania w Chinach nie wynika z tego, że to inna kultura. Tajwan, Malezja, Hongkong, to wszystko miejsca zamieszkane przez Chińczyków, którzy bardziej zachowują swoją kulturę niż ci z Chin kontynentalnych, a są bardzo mili, kraje są czyste, przyjemne, ułożone. Wady Chińskiej Republiki Ludowej wynikają z horroru, jaki przeszła w dwudziestym wieku, z niemożliwością rozliczenia się z nim, z przeludnienia i z biedy. Nie z kultury.
2. Nigdy nie usamodzielniłam się tak bardzo, gdybym nie pojechała do Chin. Poradzić sobie samej na drugiej półkuli to sprawdzian osobowości. Jednocześnie, życie w Chinach jest tak trudne i najeżone przeszkodami, że ciężko mnie teraz wystraszyć albo zniechęcić. Gdzieś jest trudno dostać pozwolenie na pracę? Na pewno nie trudniej, niż w Chinach. Gdzieś jest dużo biurokracji? Na pewno nie więcej, niż w Chinach. Gdzieś jest zanieczyszczenie? Na pewno nie większe, niż w Chinach.
Lista ciągnie się w nieskończoność.
3. O dziwo, w Chinach, zanieczyszczonych Chinach, poprawiła się moja kultura fizyczna. Rekordem ostatnich miesięcy była wycieczka rowerowa, podczas której pojechaliśmy prawie sto kilometrów, znaleźliśmy miejsce do rozbicia namiotu po ciemku w parku i wróciliśmy do Ningbo następnego dnia, na szczęście udało się autobusem. Powód? Najbliższa plaża była oddalona o sto kilometrów.
Nigdy nie zrobiłabym czegoś takiego w Polsce.
4. Nauczyłam się podróżować i radzić podczas samodzielnych podróży.
5. Kontynuując temat samodzielności, nauczyłam się, że wszędzie znajdę znajomych. Bo jak znalazłam w Chinach, gdzie z przygniatającą liczbą mieszkańców nie mam dosłownie wspólnego języka, dosłownie, to nie znajdę tam, gdzie mogę się porozumieć?
6. Pieniądze. W Chinach jest praca i dobre zarobki. Większość ludzi mieszka tam tylko po to.
7. Doświadczenie zawodowe. Nikt o zdrowych zmysłach nie pozwoliłby mi uczyć na uniwersytecie w Europie. W Chinach pozwolili i wracam z tym doświadczeniem. Może ktoś o zdrowych zmysłach mi już pozwoli.

Skoro jest tak wspaniale, dlaczego wyjechałam z Chin i nie chcę tam nigdy wracać?
1. Zanieczyszczenie.
Nie jest coraz lepiej, jest coraz gorzej. W Ningbo nie było wcale źle w skali Chin, ale jest gorzej niż w Krakowie, a wszyscy na smog w Krakowie narzekają. W Chinach choruję. Koleżanka, która ma małe dziecko, narzeka mi, że cały czas jest chore. Jeśli tak reaguje dziecko, dorosłemu to też szkodzi, ale być może się to od razu nie ujawnia. Czy warto czekać, aż dostanie się raka?
2. Brak szacunku do kobiet.
Chińczycy powtarzają, że kobiety mają równouprawnienie, ale to dlatego, bo niczego innego nie znają. Uważa się, że kobiety są w porządku, ale stworzone do innych rzeczy. Na przykład do zajmowania się domem. Kobieta jest delikatna, a jej mózg nie zniesie nauk ścisłych czy biznesu. Nie powinna też uprawiać sportu, bo będzie silna, nie powinna robić doktoratu, bo nigdy nie znajdzie męża. Dziecko należy rodzić przed trzydziestką, bo inaczej będzie głupie.
I tak dalej. Słuchanie tego na co dzień przyprawiało mnie tylko o zły nastrój.
W poważnym dzienniku politycznym pojawiła się ostatnio krytyka pani prezydent Tajwanu, która to jest niezamężną kobietą. Krytyka opierała się tylko na niezamężności. Bo te niezamężne kobiety, to wszyscy wiemy, jakie są. Jak się nie wyszło za mąż przed trzydziestką, to musi być coś nie tak.
Wśród studentów i współpracowników traciłam szacunek coraz bardziej.
3. Coraz większa kontrola.
Kiedy przyjechałam do Chin, działał Google, działał gmail. Teraz nie działa nic. Bez VPN-u nie jestem w stanie przygotować lekcji. Kraj zamyka się coraz bardziej, a rządy Xi Jin Pinga to powrót do starych dobrych czasów Mao.
4. Codzienne niebezpieczeństwo.
Chamstwo na drodze, gdzie samochody blokują się nawzajem i zajeżdżają sobie drogę. Chamstwo w sklepie, na ulicy. Plucie, krzyki, przepychanie i zupełna obojętność na drugiego człowieka. Jeśli ma się wypadek na drodze, najprawdopodobniej nikt nie pomoże i można się wykrwawić na śmierć. Jeśli przejedzie nas samochód, bardzo możliwe, że poprawi raz jeszcze, by mieć pewność, że na pewno zabił i nie będzie musiał płacić za leczenie.
4. Szpitale.
Nie ma przychodni, gdzie pacjent jest przypisany do konkretnego lekarza, który rozezna się ze swoich notatek i będzie kontynuował leczenie. W Chinach do lekarza przepycha się czterech pacjentów naraz i podsuwa mu swoje książeczki pod nos. Lekarz poświęca pacjentowi pięć sekund, mówi mu, że nie wie, co mu jest, daje jakiś lek i wyrzuca z gabinetu. Sprzęt jest, lekarze są, ale stosunek do pacjenta jest mniej więcej taki jak do kotletów w sklepie mięsnym. Jeśli jest się poważnie chorym, przeżywa się chwile zgrozy.
6. Rasizm.
Niedawno oburzenie wywołała reklama proszku do prania. Ładna Chinka robi pranie i odwiedza ją czarnoskóry chłopak. Gwiżdże na nią, chce pocałować i jest niegrzeczny, więc wsadza go do pralki. Po praniu wychodzi śliczny grzeczny Chińczyk.
Najlepsze jest to, że ta reklama wywołała oburzenie tylko wśród obcokrajowców. Publiczność chińska nie widziała w niej nic niewłaściwego.
Nie lubi się czarnoskórych. Biali natomiast witani są z mieszaniną podziwu i wzgardy. Bo niby mają pieniądze, ale za to nie mają żadnej moralności i kultury. Moralność mają tylko Chińczycy, zwłaszcza w kwestiach seksualnych. Dlatego nie bardzo szanuje się białe kobiety, wiele nie są warte.
Jak również tylko Chińczycy mają dobre jedzenie- każdy Chińczyk mówił mi: „My Chińczycy mamy różnorodną kuchnię, a ludzie na Zachodzie jedzą tylko stek z chlebem”.
Nie wiem, jak można jeść bez przerwy stek z chlebem, na śniadanie, obiad i kolację.
8. Dyskryminacja „non-native speakerów”
Jak jeszcze raz mi ktoś powie, że jestem non- native speakerem, to wrzasnę. Bo ja przecież jestem native speakerem języka polskiego.
Ostatnio koleżanka przeprowadzała badania wśród nauczycieli języka angielskiego, Chińczyków. Ponad siedemdziesiąt procent z nich nie umie zadać poprawnego pytania po angielsku.
Mój pan dziekan angielski kaleczył. Chińczycy języka angielskiego słabo się uczą. Znają gramatykę, ale tylko do wypełniania testów. W mowie i piśmie tłumaczą bezpośrednio zdania chińskie na angielski, tworząc przerażające językowe twory.
Chyba w rezultacie tego wydaje im się, że tylko ci, których angielski jest pierwszym językiem, są w stanie mówić po angielsku. Co gorsza, sami dobrze nie umieją, więc nie potrafią zweryfikować angielszczyzny kandydata o pracę (a powinno to zająć pięć minut każdemu angliście).
Obrażanie ludzi nie sprawia im kłopotu. Tyle razy słyszałam, że się nie nadaję i nic nie umiem, bo jestem z Polski, że nie jestem w stanie tego zliczyć.
Co ciekawe, w Anglii nikogo nie obchodzi, czy kandydat jest native speakerem, liczą się kwalifikacje.
Wprowadzone zostało nowe prawo, według którego nauczyciel angielskiego nie może dostać pozwolenia na pracę, jeśli nie skończył studiów w kraju anglojęzycznym albo nie jest native speakerem. Ciekawe, jak będzie przestrzegane.
9. Brak swobody.
Umiem po chińsku całkiem dobrze, ale większości rzeczy nie umiem zrobić sama. Zakupów na internecie, wizyt u lekarza, kupna biletów, wizyt w urzędach. Wszędzie muszę szukać osoby dyspozycyjnej i chętnej do pomocy. Czuję się winna, czuję się ciężarem. Czuję się więźniem, bo tylko więzień nie może się poruszać sam.
10. Skończyłam anglistykę i iberystykę. Zastanawiałam się, co robię w Azji, zamiast mieszkać w krajach anglojęzycznych albo hiszpańskojęzycznych. Zamiast wybrać jeden z kilkudziesięciu krajów, które spełniają te wymagania, pojechałam do Chin.
11. Język.
Tak, umiem nieźle, ale jak na cztery lata, bardzo słabo. Jakbym spędziła te lata w Niemczech lub we Francji, już bym mówiła płynnie. Niestety, mówię na takim poziomie, że prędko zapomnę. Po hiszpańsku mówię płynnie, dzięki temu mogę parę lat go nie używać, ale potem wrócić. Chińskiego po prostu zapomnę.
Dlaczego się nie nauczyłam? Głównie dlatego, bo otaczali mnie ludzie mówiący po angielsku. Chińczycy nie ułatwiają obcokrajowcowi nauki- nikt nie mówi do obcokrajowca wolniej ani prościej, jak prosi się o to, zaczynają się denerwować i mówić jeszcze szybciej i trudniej. Nie ma jak powoli ćwiczyć konwersacji i uczyć się, albo przyjeżdża się do Chin z dyplomem sinologii, albo wysokiego poziomu się nie osiągnie.
12. Brud.
Nie umiałam sobie tego wyobrazić zanim nie przyjechałam, choć słyszałam pogłoski. Jest straszny brud i nikomu nie przeszkadza.
Toalety w moim budynku myje się tylko wodą. W rezultacie śmierdzą tak bardzo, że zapach uderza nas jak tylko zbliżymy się do budynku. Ohydny, ciężki smród odchodów. Nikomu to nie przeszkadza, dziekanowi, rektorowi, profesorom, może studenci czasem narzekali, ale tylko niektórzy. Administratorzy nalewali sobie nawet wodę do czajnika w tych toaletach.
Tymi samymi szmatami myta była podłoga, stoliki i tablica. Może nawet ubikacja.
W Chinach nie dba się o czystość. Nie przeszkadza to nikomu.
13. Nigdy nie będę częścią społeczeństwa.
Nigdy. Zawsze będę obca i będzie mi przypisywany szereg stereotypów. Zawsze będę wytykana palcami na ulicy. To nie jest jeszcze najgorsze. Najgorsze jest mówienie „Bo ty nie rozumiesz nic po chińsku! Nie rozumiesz, co mówię!” i śmianie mi się w twarz. Podchodzenie do mojego stolika w restauracji, zaglądanie w talerze, zaczepki.
Proszę sobie wyobrazić, że widzimy dwójkę Anglików w naszym mieście, którzy spokojnie piją sobie kawę przy stoliku. Proszę sobie wyobrazić, że podchodzimy do tego stolika, opisujemy fizjognomię rzeczonych obcokrajowców, a że ktoś stary, a że gruby, a że pewnie brak czy ojciec tamtego drugiego. Potem zaglądamy im do kawy, zobaczyć, co dokładnie piją. Potem zaczepiamy i przerywamy im rozmowę, pytamy, skąd są. Potem śmiejemy się im w twarz: „Bo wy nie umiecie po polsku! Nic nie rozumiecie!”.
Takie zachowanie jest na porządku dziennym w Chinach.
Nie chcę być zabawną małpką z cyrku. Chcę być branym na poważnie człowiekiem. Chcę być członkiem społeczeństwa, nie wyrzutkiem.

Bardzo długo zbierałam się do napisania tych gorzkich słów, może dlatego, bo bardzo mnie bolą.
Zdecydowanym plusem pobytu w Chinach jest założenie tego bloga i pisanie. Trochę mi wstyd, słowo „bloger” niedobrze się kojarzy i wielu z blogerów się śmieje. A ja naprawdę piszę tylko dlatego, bo lubię. Pomysł zrodził się, gdy poznałam w Granadzie koleżankę z Gdańska, która studiowała w Krakowie. Pisała bloga, aby na bieżąco utrzymywać kontakt z przyjaciółmi z rodzinnego miasta. Uznałam, że to wspaniałe. Też chciałam mieć w dalekich Chinach wirtualnych towarzyszy podróży, moich najbliższych. Był to zatem blog dla rodziny i znajomych. Nie polecałam go nikomu, nie dodawałam zdjęć, nie starałam się wypromować. Powoli jednak zauważałam, że komentuje go i czyta grono ludzi, których nigdy nie spotkałam. Bardzo stopniowo zdobyłam czytelników i pewność, że moje pisanie daje komuś rozrywkę. To ogromna radość.
Dlatego też pisać będę dalej, o Chinach jeszcze przez jakiś czas, a potem nie wiem co los przyniesie i gdzie będę mieszkać. Mam nadzieję, że nie będę mieszkać w zupełnie nudnym miejscu i wciąż będę miała o czym pisać.
Za cztery lata spędzone w Azji z całego serca dziękuję.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

33 odpowiedzi na „Za i przeciw

  1. ~ula pisze:

    Powodzenia!

  2. Liczę na kolejne historie ;) Bardzo lubięczytać Twoje notki.

  3. Ad. 12 – Jak widać nie tylko polskie toalety kuleją.
    Świetnie napisany artykuł. Niezwykle obrazowo. Super się czyta :) Pozdrawiamy!

  4. ~lila pisze:

    Julio, bardzo dużo wniosłaś do do mojej wiedzy o Chinach .Nie byłaś turystką, mieszkałaś tam , więc wiadomości miałam z pierwszej ręki.Dziękuję Ci , Julio.
    I pisz dalej , chętnie poczytam!

  5. ~Marta pisze:

    Jedno muszę skomentować, bo jestem zszokowana „Trochę mi wstyd, słowo „bloger” niedobrze się kojarzy i wielu z blogerów się śmieje”. Wstyd? Swojej pasji poniekąd, czy hobby? To przykre, że mimo, że tyle widziałaś i przeżyłaś dajesz się wcisnąć w jakieś ramy. Niedobrze się kojarzy? Komu? Nierobom, które uważają, że pisanie bloga to prosta rzecz, a jak ktoś na tym zarabia to jest idiotą. To zazdrośnicy, normalny człowiek nie ma złych kojarzeń. No i kto się śmieje? Ludzie na ulicy? Twoi znajomi?
    Nie daj się, połknęłam od razu kilka Twoich notek, świetnie piszesz. Nie daj się po prostu tym, którzy zazdroszczą, którzy chcą umniejszać Ciebie i/lub Twoje osiągnięcia. Podnieś dumnie głowę, chwal się blogiem. Dla mnie blogger to osoba o specjalnym talencie, to jest jak śpiewanie, czy malowanie :) Bądź dumna ze swoich talentów!

    • Marta, świetnie to ujęłaś! Nikt, kto bloga nie pisze, nie zdaje sobie sprawy, ile czasu to pochłania. Czasami tylko po to, aby narazić się na czyjś hejt… niestety. Ja też artykuł „za i przeciw” pochłonęłam w jednej chwili. Pisz Kobieto jak najwięcej! Cudnie się Ciebie czyta :)

  6. ~Alpha_Centauri pisze:

    Powodzenia gdziekolwiek życie Cię poniesie. Jeśli do Polski, to z chęcią posłuchałbym Twoich opowieści na żywo. Serio, masz ogromnie dużo ciekawych rzeczy do powiedzenia. Są miejsca, które chętnie takich ciekawych ludzi ugoszczą (ja mieszkam na Śląsku, ale mam nadzieję, że tak jest w całej Polsce).
    Pomimo mojej wcześniejszej krytyki nadal czekam na Twoje notki. BTW twoje wpisy są na tyle różne od średniej internetu, że faktycznie nie wiadomo, czy to blog ;)
    Pozdrawiam, Alpha Centauri

    • Julia pisze:

      Dziękuję! Prawie napisałam, że też mieszkałam na Śląsku, ale to nieprawda, bo w Sosnowcu. Ale studiowałam na UŚ :)

  7. ~arta pisze:

    Witaj Julio,
    nareszcie wpis, ale po jego tonie już rozumiem dlaczego tak długo nie pisałaś. Zdaje się, że miarka się przebrała i, prawdę mówiąc, wcale Ci się nie dziwię. Co innego czytać o chińskiej rzeczywistości i śmiać się z jej absurdów, a zupełnie co innego ją przeżywać. I tak byłaś twarda: 4 lata to nie mało. Nie wiem jak długo jenoty były w Chinach, ale oni też chyba coś koło tego. Myślący ludzie zdecydowanie nie wytrzymują w takich warunkach. Mimo wszystko czekam na dalsze chińskie wpisy i, któż to wie, może jakiś kolejny „zagraniczny” blog. A w międzyczasie, życzę Ci, aby wszystko ułożyło się po Twojej myśli :)
    Pozdrawiam cieplutko
    Arta

  8. ~StArt pisze:

    Czekałem długo na nowe wpisy. Nie spodziewałemm się, że przeczytam post w rodzaju „don’t cry for me China…”. Szkoda. Ale z drugiej strony to też radość dla mnie-czytelnika. Bo to znaczy, że teraz zacznie się nowy rozdział w blogu i w życiu. Dzięki Tobie zwiedziłem trochę Azję, do ktòrej pewnie nigdy się fizycznie nie wybiorę i było pysznie! Dziękuję Ci za to jak nie wiem co! Mam nadzieję, że nadal będę mògł Ci towarzyszyć w podròżach i nadal będzie wybornie. Może teraz czas na kraje hiszpańskojęzyczne. Pozostaje życzyć wszystkiego na prawdę najlepszego na „nowej drodze”- ku Twojej, ale i naszej -czytelnikòw radości. A jak trudne jest prowadzenie bloga? To w sam raz wiem, bo czasem sam pròbuję pisać coś o swoich przeżyciach, czy przemyśleniach. To nie chodzi nawet o to, że samo wypowiedzenie się jest trudne, bo czasem nie jest wcale. Ale jeśli idzie o jakąś sensowną regularność, to już jest spore wyzwanie! I tu Cię po prostu podziwiam. Mam nadzieję, że jeśli chodzi o bloga, to jest, „nowe otwarcie”! Tego Tobie, sobie i wszystkim czytelnikom życzę.

    • Julia pisze:

      Dziękuję! Na razie idę na sześć tygodni do pracy, a potem naprawdę nie wiem. Może i będzie kraj hiszpańskojęzyczny.

      • ~StArt pisze:

        W Polsce, mam rozumieć jesteś? Ciekaw jestem Twoich wrażeń za te 6 tygodni. Bo będziesz mieć troszkę tak, jakby oglądać swój kraj oczyma obcokrajowca. Szkoda, że nie mamy do siebie bliżej, bo strasznie chętnie bym się z Tobą spotkał, zaprosił na spotkanie z ludźmi na prawdę zakręconymi …

  9. ~Tomasz pisze:

    Julio, głowa do góry, będzie tylko lepiej. Serio, wszystko się ułoży i będzie po Twojej myśli w miejscu, które też będzie Twoje :) Mogę sobie tylko wyobrażać z czym się mierzysz, ale pewnie dasz radę. Trafiłem tu pierwszy raz, przeczytam Twoje wpisy i odkryję Twoją chińską przygodę od końca do początku. Czytając Cię myślałem o czasie, w którym mieszkałem we Francji, mógłbym znaleźć parę podobnych elementów… trzymam kciuki za dalsze przygody i pisz dalej! Pozdrawiam, T.

  10. ~Swavek pisze:

    I live downunder for a half of my life; I spent some time in China as well (Manchuria)
    I read some of your blogs and i would agree with a lot of points. I have here a lot of chinese friends and I could understand way of thinking locals and chinese living out of mainland; even Hongkong people think different way. there is a lot to say about it: If you haven’t got anything against I would prefer to contact directly on your email address.
    Swavek

  11. ~kaper pisze:

    Z serii pytań do radia Erewań: czy to prawda, że w Związku Radzieckim klasa robotnicza je kawior i pije koniak? – W zasadzie tak, je i pije ustami swoich przedstawicieli.

    Julio, Twoimi oczami, uszami, ciekawym świata, inteligentnym umysłem, silną osobowością – poznałem kawał świata, którego sam, na malutkim marginesie mojego życia, byłem ciekawy. Pewnie nigdy tam nie pojadę, ale gdyby – to już mam pojęcie, czego tam się spodziewać i jak się tam poruszać. I czemu „East or West, home is best”. Twoje teksty stawiam na półce z najlepszą współczesną literaturą podróżniczą. Gdybyś podróżowała i pisała zawodowo, to Twoje książki na pewno znalazłyby sie tuż obok Kapuścińskiego.

    Po tym, co napisałaś – myślę, że rozumiem Twoją decyzję. Na pewnym etapie życia człowiek nie chce już dłużej być popychadłem. Korzyści – zdobywanie umiejętności, poznawanie świata i siebie – przestają przeważać nad niewygodą bycia lekceważonym. Utkwił mi w pamięci Twój tekst o ekspatach. Nie dochodź do etapu czwartego. Życzę Ci nowego miejsca w życiu, w którym będziesz szanowana, rozumiana, w którym będzie wygodniej, czyściej i zdrowiej. Wierzę, że takie miejsce znajdziesz: z Twoimi doświadczeniami nie masz wyboru pomiędzy Sosnowcem a Katowicami, tylko co najmniej pół świata stoi przed Tobą otworem.

    A jak się ogarniesz – to wróć do pisania!

  12. ~himato pisze:

    bardzo ciekawy teks, dziekuje za dzielenie sie. pozdrawiam

  13. ~ja pisze:

    Gratuluje doswiadczenia w Chinach. A teraz czas na nastepne wyzwanie. Powodzenia!

  14. ~Ola pisze:

    Heh, tak po ostatnich wpisach się zastanawiałam czy nie wyprowadzisz się z Chin. Gdziekolwiek teraz będziesz mieszkać/pracować pisz dalej bo świetnie się czyta! Powodzenia z ogarnianiem nowej pracy i miejsca. Jeśli będziesz w Warszawie zapraszam na kawę:)

  15. ~malaczarna pisze:

    Julia, przeczytałam Twojego bloga od deski do deski, jest świetny. Dzięki Tobie dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy, czasem się śmiałam z Twoich przygód, czasem wkurzałam się razem z Tobą. Szkoda tylko, że nie wrzucałaś dodatkowo zdjęć z Twoich podróży. Wiadomo, jakoś ta moja wyobraźnia działa ale może te zabytki, przyroda wygląda inaczej niż mi się wydaje… bynajmniej czekam na Twoje kolejne wpisy :)

  16. ~Martin pisze:

    Przynajmniej ktos opisuje również ciemne strony Chin, a nie tylko Sielanka więc można sobei wyrobić opinie.

  17. ~netus pisze:

    fajnie, że opisujesz jak ludzie żyją na co dzień i skoro wyjeżdżasz z Chin zmęczona złym traktowanie to kieruj się do Hiszpanii tutaj odpoczniesz i odzyskasz pewność siebie a pisanie o hiszpanach może być ciekawym doświadczeniem hihihi

  18. ~ula pisze:

    4 lata – też tyle byłam w Chinach, ale nie tak blisko życia jak Ty byłaś, bo nie pracowałam i mieszkałam w Szanghaju, więc oglądałam te Chiny nieco przez szybę.
    Dziękuję Ci za ten blog, choć to nie blog, to książka raczej. Dzięki Tobie miałam szansę na dokładniejsze poznanie tego fascynującego ale czasem męczącego świata. Twoje podróże po Azji opisane lekko inaczej niż w większości blogów – dokładniej, głębiej, wolniej. To lubię. Twoje pisanie jest jednym z moich ulubionych w necie, zastanawiam się, tak, jesteś na podium.

    Mam nadzieję, że zamknięcie rozdziału Chiny to otwarcie następnego – równie interesującego, może jednak bardziej spokojnego:)

    pisz dalej, bo masz tu wierną grupę czytelników!

  19. ~Agata pisze:

    Julia, przeczytałam wszystkie Twoje wpisy i bardzo mi brakuje nowych. Mam nadzieję WIELKĄ, ze wkrótce pojawi się nowy wpis, a za nim kolejne. Świat jest gorszy bez nich,naprawdę :-). Namawiam Cię bardzo na zebranie wszystkich wpisów i wydanie książki. Zapewniam Cię będziesz miała dzięki niej dużo pieniędzy na nowy start w wybranym przez Ciebie miejscu. Wiem, co piszę, bo czytam wiele książek i reportaży podróżniczych i sama wiele podróżuje, więc mam punkt/y odniesienia. Życzę Ci znalezienia swojej drogi, wiary w siebie i nie miej obaw przed spełnieniem swoich marzeń. Dałaś sobie radę w Chinach więc dasz sobie radę wszędzie:-)
    Tak trzymać!

  20. ~Ola pisze:

    Julia,
    Jak tam praca i mieszkanie w Polsce? Czy jednak gdzieś wyjechałaś? Nadal wchodzę co kilka dni na bloga zobaczyć co u Ciebie, a tam niestety pusto… Daj przynajmniej znać, że żyjesz:)

    Trzymaj się,
    Ola

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>