Malezja. Autostopem do parku narodowego Taman Negara.

Wstałyśmy bardzo wcześnie i zebrałyśmy się na stopa. Iga za pomocą swojej aplikacji opracowała trasę do parku narodowego Taman Negara.
Na początku łapałyśmy stopa tylko na dół, byleby dostać się do Ringit, w dole. Zatrzymało się dwóch panów, wezmą nas. Stanął przy drodze chłopak i zaczął łapać stopa. Pozdrowił nas po polsku. Bardzo zdziwiłam się, że nie stara się dostać do samochodu. Trzeba wszak o siebie walczyć.
Sama o niego zawalczyłam, żeby mógł z nami jechać.
W samochodzie dogadałyśmy się z panami, że mają po drodze z nami o wiele dalej, niż Ringit i pojedziemy z nimi jeszcze.
Kolega był zdziwiony, że panowie nie jadą do Kuala Lumpur. Skoro on chce jechać do KL, uznał za naturalne, że i my i oni jedziemy.
Kiedy pytali się go, gdzie jedzie, powiedział, żeby poczekali, bo mu sieć nie łapie w telefonie.
-No powiedz im, że jedziesz do KL!- rozzłościłam się.
Iga sprawdziła na mapie i powiedziała mu, że panowie nie mają po drodze jego trasy i powinien wysiąść w Ringit. Pytał się, co to jest Ringit. Potem spytał się, czy aby to po drodze do KL. Chwyciłam się za głowę. Wieś i pola, góry, jest jedna droga od czasów kolonialnych. Jak ma być Ringit nie po drodze do KL, innej drogi nie ma. Ringlit jest po prostu po drodze do świata.
Okazało się, że ktoś mniej orientuje się w świecie map i dróg niż ja. Zawsze miło to odkryć.
Panowie, jak się okazało, pochodzą z wioski na Taman Negara, ale tam od lat nie mieszkają. Po drodze pokazali nam z góry, z drogi, tamę, którą budują na pewno nasi kierowcy sprzed dwóch dni. Jak widać, Malezja inwestuje w ekologiczne źródła energii. Wygląda to imponująco. Ale panowie Hindusi jeszcze będą kursować na szlaku KL- Ringit, bo nie wygląda nam na projekt bliski zakończenia. Na pewno jeszcze spotkają wielu polskich wolnomyślicieli.
Pan pokazywał nam po drodze wioski miejscowych narodowości autochtonicznych. Rząd pobudował dla nich domy. Problem polega na tym,że jak zbuduje się domy, trzeba tym ludziom też dać pracę, inaczej od razu wrócą do dżungli. W dżungli można nieźle zarobić, można na przykład zbierać w lesie rośliny używane do wyrobu perfum i inne drogie rzeczy, łatwe do zdobycia tylko dla ludzi obytych z lasem.
Po około stu kilometrach powstał odwieczny problem kierowców w Malezji: a jak was tu zostawimy, jak dojedziecie do swojego celu podróży? Musimy was odwieźć na dworzec i musicie jechać autobusem! Tylko czy aby będzie autobus? Co się z wami stanie?
Nie rozumieli, że złapiemy kolejny samochód. Tłumaczyli nam, że wynajęcie samochodu jest bardzo drogie.
Ponadto panowie chórem stwierdzili, że aby dostać się do wioski przy Taman Negara, Kuala Tahan, musimy płynąć łódką, a ostatnia łódka odpływa o drugiej po południu. Musimy szukać na gwałt autobusu, teraz w tej chwili!
Iga sprawdziła na mapie i bardzo wyraźnie widziała tam drogę. Nawet jeśli trzeba by płynąć łódką, ostatnia łódka odpływająca o drugiej wydała nam się absurdem.
Ładnie podziękowałyśmy panom, ale postanowiłyśmy im nie wierzyć. Dowiedziałyśmy się dużo później, na miejscu, że drogi nie było kiedyś, owszem, ale może dwadzieścia lat temu. Panowie od dawien dawna nie odwiedzali swoich rodzinnych stron.
Wysadzili nas na stacji autobusowej, gdzie byłyśmy zjawiskiem dla miejscowych. Jedna dziewczyna, pracująca w KL, poszła z nami porozmawiać i spytać się, co my właściwie wyprawiamy, kiedy pisałam nazwę następnej wiadomości, Jerantut, na kartonie, a Iga jadła na lunch pakiecik z liścia banana. Nawet poszła się zapytać, czy byłby jakiś autobus do Jerantut i przyszła nas poinformować zmartwiona, że nie ma.
Była taka miła, ale czy pisałyśmy na kartonie nazwę miejscowości, aby złapać autobus? Trudno się jednak niecierpliwić, kiedy miejscowi są tacy uczynni.
Przyczepił się do nas bezdomny kot. W Malezji są wszędzie koty i są zwykle wygłodzone, miauczą i domagają się jedzenia. Wyglądają tak, jakby każdy miał przetrącony ogon. Zlitowałyśmy się na pierwszym, a potem zrozumiałyśmy, że taka ich uroda. Wszystkie koty w Malezji i Indonezji mają złamane ogony.
W końcu stanęłyśmy na poboczu, przy zjeździe na stację, z naszym kartonem. Żar lał się z nieba, ale trzeba było stać. Byłyśmy w jakiejś wiosce i większość ludzi jechała albo całymi rodzinami, albo na skuterach, albo prawdopodobnie nie jechała poza wioskę. Jeden pan był tak dobry, że naprawdę chciał nas podwieźć, ale jechał tylko dwa kilometry dalej, do domu. Ładnie mu podziękowałyśmy. Inni panowie zażyczyli sobie dziesięć dolarów za podwiezienie, jak odmówiłyśmy, zostawili nas przy drodze w tym żarze, zepsuwszy moje przekonanie, że wszyscy ludzie w Malezji są przemili. Nigdy wszyscy ludzie nie zmieszczą się w stereotypie.
W końcu zabrał nas jeden chłopak, wprawdzie nie do Jerantut, ale do miasta po drodze, do Kuala Limpit. Miał ekranik w samochodzie i leciały na nim teledyski malajskiego disco polo. Widać, że budżet produkcji był mocno ograniczony, oszczędzili i na choreografii, i na linii melodycznej. Ale pooglądałyśmy sobie teledyski i całkiem dobrze się przy tym bawiłyśmy.
W Kuala Limpit stanęłyśmy przy drodze do Jerantut. Za niedługo zatrzymał się pan miejscowy Chińczyk i powiedział nam, że w złym miejscu stoimy i on nas odwiezie w miejsce, gdzie będzie nam łatwiej złapać stopa do Jerantut. Przede wszystkim, jaki pan miły, a po drugie, nareszcie ktoś rozumie ideę autostopa!
Okazało się, że pan bardzo chce nam pokazać miasto. Bardzo chciał też nam kupić lunch i smutno mu było, że już jadłyśmy. Zadzwonił do kolegi, który mieszka w Jerantut i spytał się, czy jedzie dzisiaj, ale okazało się, że dopiero jutro. Przeprosił nas, że nie może nas zawieźć do Jerantut, bo dzisiaj jest zbyt zajęty. Ale pokazał nam budynki brytyjskie, chińską świątynię, zabrał nas do budynku na szczycie wzgórza, który w czasach kolonialnych zamieszkiwali Brytyjczycy. Mieli tam piękny ogród z bardzo gustownymi wielkimi figurami muchomorów. W recepcji hotelu były fotele obite pościelą.
Ale sam budynek bardzo ładny.
Pan Chińczyk ma siedem starszych sióstr i jedną młodszą. Wszyscy mają rodziny i dzieci, on sam trójkę. Jak na nowy rok zbierze się rodzina, będzie ich pięćdziesiąt osób.
Był w wielkim szoku, że mówimy do niego po chińsku, z początku nie mógł uwierzyć. Potem nastąpiła wymiana wizytówkami, trzeba przyjąć wizytówkę obiema dłońmi, a potem zaoferować swoją. Iga na szczęście miała, ja nie jestem na tyle ważnym człowiekiem, aby drukować wizytówki.
Wysadził nas przy drodze, w idealnym miejscu. Owinęłyśmy się chustami, Iga tradycyjną polską, ja niebieską arafatką. Zastanawiałam się, z czym im się te chusty skojarzą, czy dobrze, czy źle. Słońce jednak tak paliło, że nie było wyjścia. Ale szybko złapałyśmy następnego stopa, malajską rodzinę z dwójką małych chłopców. Chłopcy bardzo dobrze bawili się na serpentynach, ja mniej.
Rodzina bardzo mało mówiła po angielsku. Mieli jednak jak najlepsze intencje, chcieli nas zawieźć aż do Kuala Tahan. Rzecz jasna ładnie podziękowałyśmy i wysiadłyśmy w Jerantut, w celu ich podróży.
W Jerantut była druga i jak głodne wilki rzuciłyśmy się na jedzenie, choć jadłyśmy lunch. Nie byłoby to dziwne w moim wypadku, ale Iga nie je tak dużo. Upał i zmęczenie dały się nam obu we znaki. Autostop wyczerpuje.
Zjadłyśmy w potwornym upale ryż z rybą i warzywami i popiłyśmy kawą. Śmiałyśmy się, że właśnie nam ucieka ostatnia łódka, o drugiej.
Wywołałyśmy wilka z lasu, bo podszedł do nas Chińczyk i chciał nam sprzedać bilety na łódkę za trzydzieści siedem ringgitów. Naszym jedynym pytaniem było to, czy jest droga, którą możemy pojechać. Okazało się, że jest. Kolega tłumaczył, że nie ma autobusu i nie bardzo rozumiał ideę autostopa. Nie poddawał się, tłumaczył nam, że musimy płynąć jego łódką i że tracimy niesamowitą okazję na niezapomniane wrażenia.
My też się nie poddałyśmy i podziękowałyśmy panu.
Zjadłyśmy spokojnie, choć pan nalegał, że nam nie wolno, musimy brać to jedzenie ze sobą i natychmiast biec na łódkę.
Nie chciało nam się łapać stopa. Strasznie.
Usiadłyśmy w parku. Mieli takie piękne huśtawki w kształcie karoc. Bardzo lubię huśtawki. Były w cieniu.
Nie chciało nam się.
W końcu napisałyśmy nazwę miejscowości Kuala Tahan na kartonie, zabrałyśmy plecaki i stanęłyśmy przy drodze.
Miałyśmy niesamowite szczęście, bo tam nie jeździ bardzo dużo ludzi. Akurat jechał chłopak, który ma tam swój biznes. Pojeździłyśmy z nim najpierw po mieście, bo musiał załatwić parę spraw przed wyjazdem. Jak zostawiał nas w samochodzie, nie tylko pozwolił nam zostać w środku, ale zostawiał kluczyki w stacyjce i włączony gaz. A potem zabrał nas do Kuala Tahan.
Kolega ma na imię I. Czytane tak jak po polsku, litera i. Iga się załamała, bo dotąd myślała, że to ona ma najktrótsze imię na świecie.
Pogadałyśmy sobie z I trochę, ale byłyśmy zmęczone. Iga zasnęła, ja wysłuchałam modlitw i czytania Koranu z radia. Iga natomiast była przeszczęśliwa, że ma towarzystwo i może bezpiecznie spać u kogoś w samochodzie.
Dotarliśmy. Przejechaliśmy przez małą wieś. Kończyła się klifem, schodkami w dół do rzeki. Po drugiej stronie rzeki jest już park narodowy Taman Negara.
W tym miejscu widokowym jest budka informacji turystycznej. Na rzece są restauracje na łodziach.
To by było na tyle.
I pokazał nam, która jest jego łódka. Podziękowałyśmy i pożegnałyśmy się.
Pytałyśmy się w informacji turystycznej, gdzie tu można rozbić się namiotem. Z naszego rozeznania wynikało, że gdzieś jest kemping. Na mapie też był zaznaczony kemping.
A, ale ten kemping jest w budowie, wytłumaczono nam.
Kolejna przyszłościowa mapa.
W końcu wylądowałyśmy w hostelu, za piętnaście ringgitów.
W hostelu zauważyłam, że nie mam okularów słonecznych. Iga zasnęła. Wyruszyłam sama na poszukiwanie I.
Powiedział nam wprawdzie, która to jego łódka. Problem polegał na tym, że wstydziłam się spytać, czy ktoś zna lub widział I. Czy to możliwe, żeby to było imię? Strasznie się bałam zrobić z siebie pośmiewisko. Wolałabym robić pośmiewisko w towarzystwie Igi, ale ta jak na złość zasnęła.
W końcu przemogłam wstyd. Przeszłam po kładce na łódź i zapytałam się chłopaka, czy zna człowieka o imieniu I. Chłopak potwierdził, jasne, że zna. Nie zastałam go, ale dostałam numer telefonu.
Tymczasem potwornie rozbolała mnie głowa, może ze zmęczenia, może od upału, może od zmiany wysokości. Zapoznawałam się z miłą parą z Polski, Izą i Tomkiem. Właściwie połowa gości parku jest z Polski. Po bardzo krótkim czasie na pytania (zadawane po polsku): Cześć, jesteś z Polski? Odpowiadałam: Nie. Ku uciesze rodaków.
Zapoznawaliśmy się, mnie bolała głowa, a jakiś gość obok bawił się dronem. Jak kogoś boli głowa, to hałas nie do zniesienia.
Zadzwoniłam do I po jakimś czasie i wytłumaczyłam mój problem. Obiecał poszukać okularów i przyjechać na łódkę w przeciągu dziesięciu minut. W międzyczasie Iga wróciła do życia i razem poszłyśmy odwiedzić przyjaciela I.
Podjechał samochodem i podał mi okulary, na co wydałam okrzyk zachwytu.
-Dlaczego się cieszysz? Chłopak ci to dał?
No tak. Nie może być innego powodu.
-Nie, bo mam jasne oczy. Jak się ma jasne oczy, to jak jest słońce, nic się nie widzi. I boli.- tłumaczyłam wspomagając się gestami. Dla ludzi o ciemmnych oczach ten problem to bardzo abstrakcyjna kwestia.
I obiecał, że weźmie nas następnego dnia do wioski Orang Asli. Widziałyśmy wioskę Orang Asli na Cameron Highlands, ale nie protestowałyśmy. Życzyliśmy sobie dobrej nocy i my poszłyśmy coś zjeść na jedną z łodzi.
Szybko dołączyli do nas Iza i Tomek. Okazało się, że kupili dom na wsi na Podkarpaciu i tam właśnie zamieszkują. A ja jestem z Podkarpacia.
Opowiadali o swoim życiu tamże i uśmialiśmy się do łez. Przetoczę parę anegdot:
Dwie panie w sklepie.
-Ty, a co to jest ta antykoncepcja?- pyta jedna.
-Nie wiem, ale nie podoba mi się to.- mówi druga.
Albo sytuacja, w której zbliża się spotkanie młodzieżowe diecezji przemyskiej i burmistrz ogłasza trzydniową abstynencję w całej gminie. Trzeba było jechać dwie godziny po piwo. Po drodze spotkali mobilny konfesjonał: samochód, w którym siadało się z księdzem na tylne siedzenie.
Albo to, że nigdy nie wiedzą, kiedy będzie wyłączony prąd, kiedy będzie jakieś ważne wydarzenie, kiedy sprzedaje się choinki na święta, kiedy jest zmiana informacji podawanych na stronie gminy. Iza pyta się zwykle pani w sklepie, ta odpowiada, zdziwiona:
-Ale przecież ksiądz w kościele mówił, że…
-Ale my nie chodzimy do kościoła.
-Aha- oczy szerokie z przerażenia.- No to mówił to i to…
Jeśli nie chodzi się do kościoła, nic się nie wie. Nie ma żadnego innego systemu informacji niż ogłoszenia parafialne.
Uśmialiśmy się i zaczęłam się zastanawiać, po co wyjechałam do Chin, skoro na Podkarpaciu jest tak śmiesznie. Niestety, wychowałam się tam i bawi mnie to wszystko dopiero wtedy, gdy o tym słucham daleko, w Azji.
Efekt podkarpackiego sublime.
Poopowiadałyśmy trochę historii z Chin w ramach rewanżu.
Dzień zakończyłam w łóżku, zmagając się z bólem głowy. Na korytarzu słychać było dzikie odgłosy, jakby kosiarki, silnika. Myślałam, że gość hostelu nadal bawi się dronem i poszłam sprawdzić.
Na korytarzu pusto.
Okazało się, że to owady. To chyba cykady. Ogromne, może na pięć centymetrów i grube jak kciuk. Lecą do światła. Są niegroźne, ale głośne jak silnik samochodu albo samolotu.
Oprócz tego radośnie hasały sobie wszędzie jaszczurki.
W tak miłym towarzystwie wzięłam tabletkę na ból głowy i poszłam spać.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Malezja. Cameron Highlands.

Jak już nam wspominał pan Hindus, drogi w Cameron Highlands zbudowali Brytyjczycy, aby założyć plantacje herbaty. Jest tylko jedna droga, a po bokach wioski, hotele, plantacje i lasy.
Po wstaniu rano przygotowałyśmy się na trekking. Śniadanio-lunch zjadłyśmy u Hindusów. Iga wynalazła u nich przysmak malajski, czyli ryż z suszoną rybą i jajkiem zawinięty w liść banana. Nazwała to pakiecikiem. Ja zjadłam zestaw wegetariański.
Dzień wcześniej spotkałyśmy w sklepie Polaka, który mówił nam, że oni szukali wejścia na szlak trzy godziny. Chyba nie mieli aplikacji Igi w telefonie. Ogólnie byłyśmy pełne podziwu, bo choć nie jest to wprawdzie dobrze oznaczone, obok jest wielka tablica i skwer, witające w parku narodowym. Wiadomo mniej więcej, gdzie szukać.
Przeszłyśmy z Igą szlakiem i rzeczywiście, był bardzo piękny i przyjemny. Las o wiele ciekawszy nawet niż na Borneo, piękne, stare formacje z drzew, gałęzi, korzeni. Jak w baśni.
Przeszłyśmy tym szlakiem i od razu poczułam niedosyt. Wyraziłam swoją opinię bardzo wyraźnie: szlak powinien się kończyć około dwóch do trzech godzin po tym, jak zaczyna się żałować, że w ogóle podjęło się takiej wycieczki. Dopiero wtedy jest porządny szlak.
Tymczasem, wyszłyśmy nagle z lasu, na coś, co wyglądało na pola kalafiorów w kształcie tarasów. Nie udało nam się zobaczyć tarasów herbacianych, jak na razie, to zwiedziłyśmy kapuściane.
Drugą rzeczą, którą ujrzałyśmy, była elektrownia zagrodzona wielkimi siatami i drutem kolczastym.
Poszłyśmy w górę drogą i skręciłyśmy na największą atrakcję Cameron Highlands: pola truskawek.
Truskawki, tak zwykłe w Polsce, są ogromnym rarytasem w gorących krajach. To tak jakby u nas wyrosły pomarańcze. Ludzie potrafią zwiedzać pole truskawek, a nawet zapłacić za przywilej zebrania samemu owoców.
Kiedy Iga mówiła znajomym w Singapurze, że ma zamiar jechać do Cameron Highlands, mówili jej: tam są truskawki! TAKIE wielkie! I pokazywali, że nie da się ich objąć dłońmi.
Musiałyśmy zobaczyć te zmutowane truskawki.
Niestety, bądź na szczęście, okazały się zupełnie normalnego rozmiaru, a w smaku były całkiem dobre, ale nie tak jak polskie truskawki. No cóż, nie można zbyt wiele wymagać.
Bardzo spodobała nam się hinduistyczna kapliczka na plantacji. Posążek wyglądał identycznie jak Potwór Speghetti.
Czując niedosyt po poprzednim szlaku, poszłyśmy na dwutysięczny szczyt. Najpierw szłyśmy wzdłuż drogi, serpentyny w górę. Zwiedziłyśmy po drodze hindustyczną świątynię, gdzie mogłyśmy podziwiać ogłoszenia parafialne w hindi.
Potem przez wioskę. Skręciłyśmy, szłyśmy przez chwilę asfaltem. Tabliczka mówiła nam, że mamy tylko dwa kilometry pod górę, a było około trzeciej po południu. Wzruszyłyśmy ramionami, co to jest, dwa kilometry.
Szlak był przepiękny. Wielkie korzenie, pieczary z pni drzew, pnącza z gałęzi i konarów, wielkie połacie mchu. Był to na pewno bardzo przyjemny szlak. Kiedy jest sucho.
Przypomniałyśmy sobie, rzeczywiście, pan nam mówił, że ostatnio padało. Szlak tonął w błocie.
Nie było łatwo wspiąć się na górę przy pomocy lin umaczanych w błocie, po śliskim błocie i podpierając się na mokrych korzeniach drzew, ale nie takie rzeczy już robiłyśmy w życiu. Coraz bardziej tylko się martwiłyśmy, że nie damy rady zejść. Prędko mogła zapaść noc.
Doszłyśmy na szczyt i zamiast pięknego tarasu widokowego zastały nas siatki, druty kolczaste, a wewnątrz nich słupy elektyczne i plac budowy. Obejrzałyśmy sobie widok jakoś z boku, strzeliłyśmy parę zdjęć i z mieszaniną ciekawości i przerażenia obeszłyśmy ogrodzenie dookoła.
Z drugiej strony była asfaltowa droga w dół, znacznie dłuższa, ale Iga przekonała mnie, że tak będzie bezpieczniej schodzić. Szczyt góry pokryła chmura, zrobiło się zimno, a las wokół drogi wyglądał jak z horroru.
Szybko na szczęście udało nam się złapać stopa w dół, u pana co wiózł skrzynki z cukinią w półciężarówce. Choć miał miejsce w kabinie, Iga wpakowała się na pakę. Okazało się, że o tym zawsze marzyła. Jechałyśmy więc w towarzystwie cukinii serpentynami poprzez pola herbaty i cieszyłyśmy się jak małe dzieci.
Pan wysadził nas na skrzyżowaniu z główną drogą. Do naszej wsi miałyśmy jakieś dwadzieścia kilometrów jeszcze. Następnym złapanym stopem była para studentów z Uzbekistanu. Z radością poćwiczyłam sobie mój mocno kaleczony rosyjski. Dziewczyna była bardzo miła i rozmowna. Po dowiedzeniu się, że jesteśmy z Polski, zapytała się, jakiej jesteśmy narodowości. Zdziwiłyśmy się i powtórzyłyśmy, że przecież z Polski jesteśmy. Okazało się natomiast, że pyta, bo oni nie są narodowości uzbeckiej, tylko kaszkadaryjskiej. Mają osobny język, bardziej podobny do kazachskiego niż uzbeckiego. Zapytałam się zatem, jakiego języka używali w szkole, na co ta, że do wyboru był kaszkadaryjski, uzbecki i rosyjski. Ona zawsze uczyła się po rosyjsku, bo pozostałe języki są zupełnie bezużyteczne, jako że można ich używać tylko w Uzbekistanie. Pośpieszyłam wytłumaczyć, że my w Europie patrzymy na to inaczej. Nawet jeśli kraj ma tylko sześć milionów mieszkańców, w szkole będzie się używało jego języka i będzie się dbało o ten język. Nawet regiony, takie jak Katalonia, walczą o używanie swojego języka w szkole, a nie języka państwowego. Wysłuchała tego z niezrozumieniem. Azjaci zupełnie inaczej do tego podchodzą. Jeśli język używany jest tylko w ich kraju, wydaje im się bezużyteczny.
Para podwiozła nas pod sam hostel.
Bardzo ich podziwiam, że zaprosili tak zabłoconych ludzi do swojego pięknego samochodu.
Poszłyśmy na kolację do restauracji miejscowej. Konstrukcja składała się z otwartej kuchni, dachu na palach i plastikowych krzeseł. Gości zabawiał telewizor. Bardzo szybko wciągnęła nas telenowela. Telenowela miała tytuł „The Wedding Planner” i napisy po angielsku. Bardzo szybko rozpoznałyśmy, kto jest dobrą, a kto złą bohaterką. Było to bardzo proste: dobra bohaterka nosiła chustę, a zła nie. Dobra była też mężatką, a zła chciała zdobyć jej męża. Zła wyraziła poglądy wyjątkowo mało feministyczne: powiedziała, że tamci są razem, ponieważ ona go podrywała, a on jest mężczyzną i mężczyźni nie potrafią odmówić. Bo mężczyźni tacy są, trzeba ich zrozumieć. Wszystko wina kobiet, oni nie ponoszą za nic odpowiedzialności. Ona zatem robi mu przysługę, ratując go od żony, co go biednego uwiodła. Poza tym, w przeciągu pięciu minut telenoweli, zła potrafiła nie tylko zainteresować się żonatym mężczyzną, ale też wyrzuciła własną matkę z domu, a potem uknuła jakąś intrygę, której nie zrozumiałyśmy. Była zupełnie poza naszymi zdolnościami intelektualnymi. Szatan w czystej postaci.
Natomiast dobra była bardzo dobrą żoną, siostrą i córką. Dzwoniła do mamy, dzwoniła do siostry, która czekała na poród. Była taka ładna scena, kiedy przyrządziła mężowi jedzenie i poszła go obudzić. Mąż był jednak zbyt zmęczony, aby zjeść i nawet nie wstał z łóżka. Wtedy poszła do pracy.
Aż przestałyśmy jeść, tak nas wciągnęła fabuła.
Ostatnią sceną była scena modlitwy. Dobra bohaterka i jej mąż modlili się w sypialni. Potem usiedli na brzegu łóżka i dobra wyraziła pragnienie pojechania na wieś do siostry, która właśnie powiła dziecię. Na co mąż, że ona będzie następna. Na co ona, ażeby się nie wygłupiał. Wyraźnie się zawstydziła. Na co on, że nie powinni czekać. W tym momencie stwierdziłyśmy, że fabuła się zrobiła nagle dziesięć razy ciekawsza. To samo stwierdzili kelnerzy i podnieśli okrzyki. Niestety, dobra boheterka kazała mężowi być poważnym i zniknęli z kadru.
Ku rozpaczy naszej i kelnerów.
Rano wstałyśmy i chciałyśmy iść na inny szlak. Wczorajsze były po lewej stronie drogi, my chciałyśmy iść na te po prawej stronie drogi.
Pracownik hostelu poinformował nas, że szlaki są w budowie. Mapa jest po prostu przyszłościowa.
Chciałyśmy zobaczyć herbatę. To pokazał nam, gdzie są pola herbaty.
Poszłyśmy serpentyną w dół.
Po paru kilometrach zobaczyłyśmy piękną knajpę przy drodze, z rozległym widokiem na pola herbaty.
Jak rośnie herbata? Iga pracowała jako wolontariusz na plantacji herbaty w Japonii pod Kioto. Herbata rośnie w słońcu, w górach i jak jest sucho. Zbiera się ją taką specjalną kosiarką, która kosi i zbiera w worku liście z góry. Nie kosi się liści po bokach, z dołu. Jest też herbata zbierana ręcznie, same najmłodsze listki. Ta jest najdroższa. Ważne jest, żeby wyrywać chwasty i nawadniać pola.
Napis na brzegu pola głosił, ażeby wchodzić tylko na własną odpowiedzialność. Wczoraj wspinałyśmy się po stoku w błocie, chyba damy radę, stwierdziłyśmy.
Jak stwierdziła Iga, po polu herbaty można chodzić, dopóki nie skacze się po samej herbacie. Trudno zrobić szkodę.
Większość ludzi wchodziło w pole, robiło sobie selfie i wychodziło. My postanowiłyśmy nie być takie łatwe. Zeszłyśmy najpierw na sam dół. Napotkałyśmy rodzeństwo małych piesków i dałyśmy im pić z ręki. Na szczęście zaraz przyszła suka i mogłyśmy spokojnie je zostawić.
A że nie było za bardzo gdzie iść i przeszłyśmy już wszystkie szlaki, Iga wymyśliła, by iść do wioski Oranli Asli, a potem dalej drogą.
Nie za bardzo wiedziałyśmy, co to Orang Asli, ale uznałyśmy, że dowiemy się, jak dojdziemy. Niestety, prędko skończyła nam się ścieżka i musiałyśmy się wspinać po zboczu, na przełaj przez pole, by zobaczyć, gdzie jesteśmy. Zobaczyłyśmy wioskę w dole i musiałyśmy tam zejść. W pełnym słońcu, jako że herbata rośnie w słońcu. Co ciekawe, działał nam internet.
Wioska to drewniane domy na palach. Mieli przy domach zbiorniki na deszczówkę i generatory prądu.
W wiosce powitały nas radosne dziewczynki, co dopiero co wróciły ze szkoły. Pokazały nam drogę. Powiedziały, że szkoła jest fajna i spytały, jak mamy na imię. Trochę się bałam, że mają spuszczone psy w wiosce i rzeczywiście, mieli, ale były zajęte nie nami, a chronieniem się przed upałem pod dachami.
Po drodze jechał pan autobusem i Iga chciała łapać stopa. Powiedziałam, że ten pan jeździ płatnym autobusem, więc nie wypada. Pan jednak sam z siebie się zatrzymał i zaproponował, że nas zawiezie. Zawiózł nas pod sam hotel.
Wieczorem udało nam się znaleźć piwo tylko za siedem ringgitów, bajecznie tanio, jak na Malezję. Było to w sklepie u Hindusów, hinduskie piwo Kingfisher. Jego magiczną właściwością jest zawartość alkoholu- osiem procent. Znamy je dobrze z hinduskiej restauracji w Ningbo. Niestety, było ciepłe, choć stało w lodówce. Nikt nie uznał za słuszne podłączyć ją do prądu.
Ale piwo to piwo.
Wypiłyśmy je na ostatnim piętrze hostelu, gdzie goście mogą zrobić sobie herbatę i siedzieć w salonie. Wszystkie pokoje na piętrze były puste. Przemiły zwyczaj, dać gościom miejsce. W Tajlandii wstawili by tu po dwadzieścia łóżek, dwadzieścia złotych za noc każde.
Szukam gości na couchsurfingu w Indonezji. Zanim pójdę spać, mam już nocleg w Dżakarcie.
Towarzyszą nam koty. Iga pokazała mi, jak głaszcze się koty. Do tej pory myślałam, że tak samo jak psy. Koty natomiast uwielbiają, jak klepie się je po grzbiecie tuż przy ogonie. Lubią też miauczeć i przeszkadzać. Utwierdziłam się w przekonaniu, że koty są bez sensu.

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarzy

Malezja. Autostopem.

Następnego dnia przyszykowałyśmy się do drogi na północ, na Cameron Highlands. Autostopem.
Nigdy w życiu nie jeździłam autostopem. Nadszedł ten pierwszy raz. W Malezji.
Okazuje się, że istnieje coś takiego jak hitchwiki, czyli wikipedia dla autostopowiczów. Podaje informacje, jak wydostać się z każdego miasta i w którym miejscu łapać stopa w wybranym kierunku, na północ, południe, wschód bądź zachód.
Wybrałyśmy wspólnie jedno z czterech miejsc, gdzie można łapać stopa na północ. Wybrany został dlatego, bo był najbliżej miasta i jakby nie poszło, można by się jeszcze wrócić i jechać autobusem.
Pojechałyśmy najpierw metrem, potem pociągiem podmiejskim. Po pewnym czasie zaczęłyśmy mieć wrażenie, że zupełnie nie pasujemy, w takim pociągu obcokrajowców często się nie widuje. Jechałyśmy przez biedniejsze dzielnice KL i pewnie wszyscy się zastanawiali, co my tu robimy. A przynajmniej my się zastanawiałyśmy. Wysiadłyśmy na stacji, która była w remoncie i poprosiłyśmy w sklepie o karton, który zobaczyłyśmy na kuble ze śmieciami na zapleczu. Właściciel się z nas śmiał i żartował, że mamy zapłacić. Poszłyśmy zupełnie w odwrotną stronę, niż powinnyśmy i nie wiedziałyśmy, jak dostać się do drogi. Okazało się, że trzeba się wrócić, przejść przez korytarze, schody, wspiąć się na wiadukt, zejść z wiaduktu, przejść przez drogę, wejść na wiadukt, zejść z wiaduktu i iść wzdłuż drogi. To wszystko z plecakami i w pełnym słońcu i upale.
-To Iga, ile oszczędzamy?- pytałam.- Trzydzieści ringgitów?
-Liczy się przygoda!
Zaiste.
Po długim, długim spacerze wzdłuż drogi, dotarłyśmy do bramek na autostradę. Jako że autostopem jechałam po raz pierwszy, nie odzywałam się w kwestii metod łapania stopa. Zaufałam, że Iga musi się znać.
Napisałyśmy zatem nazwę Cameron Highlands wielkimi literami na kartonie, a mniejszymi miejscowości po drodze, Tepah. Iga zarządziła stanie przed bramkami na autostradzie. Stoimy i nic.
Co ciekawe, zatrzymywały się taksówki. Nie za bardzo rozumieli ideę autostopu, chcieli nas zawieźć za pieniądze. Może nie do Cameron Highlands, dwieście kilometrów, ale na stację autobusową. Ale czy wtedy łapałybyśmy taksówkę pod bramkami na autostradę? Zapewne doszli do wniosku, że ci obcokrajowcy naprawdę wyprawiają dziwne rzeczy.
Zatrzymał się też jeden kierowca ciężarówki i powiedział nam, że on wprawdzie tam nie jedzie, ale odstawi ciężarówkę i pojedzie z nami swoim samochodem te dwieście kilometrów. Panu podziękowałyśmy.
W końcu jeden czy dwóch kierowców stanęło nam powiedzieć, żebyśmy stanęły za bramkami, bo tu się nie wolno zatrzymywać. Co też zrobiłyśmy i zabrało nas od razu dwóch panów, zawodowych kierowców. Wracali do swoich domów.
Miałyśmy ogromne szczęście, bo przejechałyśmy z nimi większość drogi. Jeden pan radośnie do nas zagadywał, ale słabo bardzo mówił po angielsku. Ten pan w połowie drogi został odwieziony do domu i zostałyśmy z drugim kierowcą.
Iga ma magiczną aplikację w telefonie, maps.me. to są mapy dla całego świata, możemy na bieżąco sprawdzać, gdzie jesteśmy. Sprawdzała w tej aplikacji mapy, jak pojechać, jak biegnie droga i gdzie najlepiej nas wysadzić.
Kiedy zbliżał się moment, gdy należałoby się pożegnać, bo pan kierowca jechał do miejscowości Ipoh, a my musiałyśmy skręcić do Cameron Highlands, pan zaczął się niepokoić. Okazało się, że za bardzo nie rozumie idei autostopu. Przekonamy się później, że to bardzo w Malezji częste. Kierowcy często nie rozumieją, że my mamy zamiar podróżować w ten właśnie sposób. Pytają się, gdzie chcemy się dostać i chcą nas odwozić na stacje autobusowe, gdzie do tego miejsca możemy złapać autobus. Pan chciał nas zabrać do innego miasta, tylko dlatego, bo tam jest dworzec. Protestowałyśmy, nie słuchał. Dowiedział się tylko, że nie ma autobusu stamtąd i zawrócił z drogi, ale nie wiedział, co ma z nami zrobić. Nie chciał nas zostawić samych na drodze.
-To gdzie chcecie jechać?- pytał się.
-Cameron Highlands.
-Ale jak? Autobusem?
-Nie nie, autostopem.
-Co?
-Tu przy drodze będzie dobrze nas wysadzić.
-Ale nie ma autobusu.
-Ale my nie jedziemy autobusem.
-To jak?
-Autostopem.
-Co?
-Złapać samochód.
-Aaaaa taksi taksi!
-Nie nie nie! nie mamy pieniędzy!
Przestraszyłyśmy się nieco, że może pan myśli, że on jest naszą taksówką, przez sto ostatnich kilometrów. Wiadomość o braku pieniędzy przyjął jednak ze spokojem.
Zastanawiałyśmy się, jak to możliwe, że pan nie rozumie, że pojedziemy dalej dokładnie tak samo, jak pojechałyśmy z nim. Jak mógł myśleć, że na sto kilometrów łapiemy stopa, a na pozostałe sto zapłacimy za taksówkę?
Dał się w końcu namówić, żeby nas wysadzić przy drodze. Może zrozumiał, że zatrzymamy kolejny samochód. Albo po prostu się poddał.
Bardzo uprzejmie podziękowałyśmy panu.
Teraz dla odmiany padało. Ubrałyśmy się w kurtki i idziemy na miejsce, które Iga widziała z drogi. Mówi, że tam będzie dobrze łapać stopa.
No to idziemy. Stajemy na moście.
-Iga. Tu jest most.
-No ale tu jest taka zatoczka, i tu jest zjazd…
-Na moście nie można się zatrzymywać.
-No ale można w tej ulicy…
-No nie można bo następny samochód wjedzie w ten, co się zatrzymał.
-Aha aha bo wiesz, ja nie mam prawa jazdy, ja tego nie rozumiem z perspektywy kierowcy.
No to trzeba mi to było powiedzieć, rano, w upale, jak stałyśmy przed bramkami na autostradzie. Myślałam, że tak właśnie trzeba i się nie znam.
No to jak się okazało, że jednak się znam, stałam się ekspertem od wynajdowania miejsc, gdzie samochody mogą się zatrzymać. Nie są to mosty. Ani drogi szybkiego ruchu.
Poszłyśmy na bramki. I stanęłyśmy za nimi.
Od razu zatrzymał się jeep i nas zabrał. Byli to, jak się okazało, panowie Hindusi, inżynierowie, którzy budują w górach tamę. Mieszkają w KL i muszą spędzać tydzień pracy w górach na budowie. Jako że właśnie kończyło się hinduskie święto, to które odbywało się w Jaskiniach Batu, jechali do pracy trochę później.
Stella ostrzegała nas, żeby nie jechać z Hindusami, że robią rzeczy straszne. Niestety nie sprecyzowała, jakie.
Tak, Chińczycy powiedzą, żeby nie jeździć z Hindusami. Hindusi, że z Malajami. Malajowie, że z Chińczykami. Jak można ich brać poważnie?
Pan, który nie prowadził, był bardzo rozmowny i bardzo dobrze mówił po angielsku. Po dowiedzeniu się, że jesteśmy z Polski, oświadczył nam, że oni tu często jeżdżą i często podwożą ludzi i osiemdziesiąt procent z nich to Polacy. Okazuje się i zostanie potwierdzone, że do Malezji przyjeżdża niespotykana nigdzie indziej ilość polskich turystów.
Opowiadałyśmy mu, co robiłyśmy, a zatem między innymi o Jaskiniach Batu. Pan opowiedział nam o swoim festiwalu, z którego właśnie wrócił. Co roku uczestniczy w festiwalu w świątyni w Kerali, na południu Indii. Trzeba się do niego przygotowywać całe trzy miesiące i uczestniczą w nim tylko mężczyźni. Powód tych praktyk duchowych jest ten sam jak w muzułmańskim Ramadanie: aby poczuć, jak to jest być biednym człowiekiem. Mężczyźni są wegetarianami trzy miesiące, śpią na ziemi, są seksualnymi abstynentami. Powinni też chodzić boso, ale we współczesnym świecie to niemożliwe. Potem pielgrzymują do świątyni piechotą przez kilka dni. Są ubrani na czarno. Procesję błogosławią miejscowi muzułmanie i chrześcijanie. Docierają do świątyni w nocy i wschodzi nad nią gwiazda, którą widać tylko raz do roku.
A kobietom wolno brać w niej udział, jeśli mają więcej niż pięćdziesiąt lat.
Szukałam potem nazwy tej świątyni i festiwalu, nie znalazłam nic, co w opisie byłoby so tego choć trochę podobnie. Mam nadzieję, że festiwal istnieje w rzeczywistości, a nie tylko w wyobraźni pana inżyniera. Byłoby potwornie smutno, by bez powodu pościł przez trzy miesiące w roku.
Pan ciekaw był naszych wierzeń.
-Jesteście wolnomyślicielami?- spytał.
-Tak, wolnomyślicielami.- zgodziła się Iga.
-A no tak, bo wszyscy Polacy, których podwozimy, to wolnomyśliciele.
No i proszę jakim pan stał się znawcą kultury polskiej. Starałyśmy się mu wytłumaczyć, że nie bardzo Polska jest krajem wolnomyślicieli, mamy jednak większość katolików, przynajmniej teoretycznie, ale pan nie chciał o tym słyszeć. On spotkał samych wolnomyślicieli i już. Ale Idze i mnie bardzo się spodobało jego określenie: „wolnomyśliciel” (free-thinker).
Ponadto dowiedziałyśmy się, że droga przez góry, którą właśnie jedziemy, została zbudowana pięćdziesiąt lat temu przez Anglików. Zbudowali drogę, aby mieć plantacje herbaty.
A to bardzo dobra droga.
Panowie jechali do wioski Ringlet. Nam zalecali pojechać do Tanah Rata, bo tam właśnie są hostele.
Naradzałyśmy się z Igą po polsku. Było już ciemno, do Tanah Rata z Ringletu jest trzynaście kilometrów. Cudownie by było, gdyby nas podwieźli, ale nie mogłyśmy przecież ich prosić.
-A w Ringlecie też są jakieś hostele?- zapytałam się niewinnie.
Koledzy naradzili się między sobą w swoim języku i po chwili pan powiedział nam, że tak właściwie to oni jadą do Tanah Rata, bo chcą tam zjeść kolację. I że zupełnie po drodze będzie im nas tam zostawić.
Jak dobrze.
W ciągu pięciu minut znalazłyśmy hostel. Iga miała na szyi harcerską chustę malezyjską. Bo jak się okazuje, harcerze na całym świecie wymieniają się chustami i dostała poprzedniego dnia malezyjską w zamian za polską.
Pracownik hostelu bardzo się ucieszył. Zaczęli sobie salutować.
Poczułam się jak z innej planety.
Zjadłyśmy tylko zupę tom yum i położyłyśmy się spać.
Pierwszy autostop w życiu się udał.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Malezja. Harcerze.

I nasz wspaniały gospodarz Sebastian, i Iga są harcerzami. Iga planowała sobie po drodze, że zrobi u niego nareszcie pranie.
-To będziemy go tak wykorzystywać?
-To jest harcerz.- wzruszyła ramionami.
Potem Sebastian już spał. Zrobiłyśmy pranie i nie mogłyśmy znaleźć suszarki. Pozostawało wywiesić rzeczy na oparciach mebli.
-A co powie Sebastian, jak wstanie rano, wyjdzie z sypialni i zobaczy nasze majtki porozwieszane wszędzie?
-To jest harcerz.-Iga wzruszyła ramionami.
Na szczęście znalazłyśmy suszarkę, ale część rzeczy trzeba było porozwieszać. Sebastian wstał rano, wyszedł z sypialni i nie mrugnął okiem na bałagan, zapytał się tylko, czy wybuchła bomba. Jako że pytał się o to wcześnie rano i nadal spałam, myślałam, że był kolejny atak terrorystyczny. Obudziłam się w panice, zorientowałam, że żartuje i nie miałam innego wyjścia, niż wstać. Oto co ISIS robi z wyobraźnią ludzi.
Sebastian poszedł do pracy, a my zbierałyśmy się do zwiedzania.
Byłam bardzo głęboko zdziwiona, że harcerze to taka poważna organizacja, z zarządem światowym. Mają tam dwie ekipy: jedną ustawodawczą, drugą wykonawczą. Sebastian pracuje bardzo dużo i bardzo dużo podróżuje po całym świecie. W tamtym roku latał samolotami czterysta godzin. Stewardesy latają około pięciuset. Poza podróżami, jest to praca o nieregularnym harmonogramie. Trzeba porozumieć się z ludźmi we wszystkich wysokościach geograficznych, więc często się nie śpi. Trzeba współpracować z wolontariuszami, a oni mają czas w weekendy. Jeśli w zamian za przepracowane weekendy nie dostawaliby wolnego, pracowaliby trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku.
Zastanawiałam się, jak wyszedł, jak połączyć pracę skauta z dorosłym życiem. Wiadomo, że nie każdy pracuje w zarządzie światowym, ale zwykły dorosły harcerz musi mieć problem, jeśli ma rodzinę. Jak poświęcić wtedy wieczory, noce, weekendy?
Iga odpowiedziała, że jest wiele małżeństw, gdzie oboje małżonków jest harcerzami i potrafią sobie wszystko świetnie poukładać. A czasem nie i rodzina jest na drugim miejscu, najważniejsze jest harcerstwo. Skrzywiłam się, że to takie niedojrzałe, na co Iga, że może nawet nie niedojrzałe, a ludzie mają tak właśnie poukładane priorytety.
Dzień miał upłynąć nam w towarzystwie harcerzy. Najpierw odebrał nas samochodem z mieszkania miejscowy harcerz, Shibin, malezyjski Chińczyk i lekarz. Był głodny i chciał nas zabrać na lunch. Pytał się, co jemy i starałam się wytłumaczyć, na czym polega moja dieta. Skończyło się na tym, że chwycił się za czoło. Dla Azjatów powiedzenie: „Jestem wegetarianką, ale jem ryby” nie ma zupełnie sensu. To jak powiedzieć: „Jestem abstynentem, ale piję wino”. W końcu Shibin zauważył, że jem tak jak muzułmanie. Chciałam się nie zgodzić, ale urwałam w pół słowa. Tak, jem jak muzułmanie, jeśli mięso jest nie-halal. Dokładnie. Jeśli zabierzemy muzułmanina do restauracji z mięsem nieprzyrządzonym według zasad muzułmańskich albo jeśli ugotujemy takie mięso u nas w domu, nie zje tego, ale zje ryby.
Ucieszyłam się, że ktoś wreszcie rozumie moją dietę.
Oczywiście, Shibin musiał zapłacić. Nie było mowy o niczym innym.
Podczas lunchu dołączyła do nas jego koleżanka, również harcerka, Chinka Stella. Najpierw przeszliśmy się po dzielnicy hinduskiej. Weszłam do jednego ze sklepów z biżuterią i zaczęłam potwornie cierpieć, bo wszystko mi się podobało i wszystko chciałam kupić. Stałam dłuższy czas przed kolczykami i nie wiedziałam, co mam zrobić. W końcu kupiłam parę par zupełnie na oślep, bo nie umiałam wybrać. Gdy mijaliśmy inne sklepy, musiano mnie odciągać od wystaw. Najchętniej kupiłabym tego kilka kilogramów.
A potem nastąpiło ogromnie ważne wydarzenie dla Igi: zwiedzanie Światowego Biura Skautowego.
Ja na tę oto wiekopomną okazję miałam przygotowany i naładowany laptop w plecaku, by móc sobie tam usiąść i spokojnie napisać wpis na blogu. Zupełnie nie rozumiem idei bycia skautem. Zupełnie nie rozumiem, że mają prawdziwy rząd i taką ciężką pracę. Nie rozumiem. Nigdy nie byłam częścią żadnej organizacji, co wynika bardzo z osobowości. To, co czytam, piszę, robię, gdzie jadę i z kim się spotykam, cały mój czas, jest dla mnie tak ważny, że nie mogę go podporządkować żadnej organizacji. Na myśl, że musiałabym iść na jakieś zebranie, od razu chwyta mnie żal, że muszę zmarnować czas, zamiast sobie poczytać książkę. Zero ducha kolektywizmu.
Ktoś potem uwiecznił mnie na zdjęciach z wiekopomnej wizyty, jak siedzę skupiona nad laptopem i piszę.
Iga natomiast była przeszczęśliwa i spędziła około dwóch godzin na rozmowie z pracownikami. Nie wiem o czym i wolałam się nie pytać, by przypadkiem nie zechciała mi wytłumaczyć.
Tak naprawdę trochę jej zazdroszczę.
Potem pojechaliśmy dalej zwiedzać. Najpierw pod monument uwieczniający poległych żołnierzy. Napis na ogromnym pomniku wyszczególniał żołnierzy poległych w latach 1914-18, 1939-45, i 1946-54. Zapytałam Shibina, co to jest to ostatnie, i nie wiedział. Zapytałam, czy walki o niepodległość, powiedział, że może.
Monument jest ogromny, z pomnikiem i pięknym widokiem na miasto. Gdyby jeszcze żar nie lał się z nieba, można by tam spędzić więcej niż parę minut.
Potem chcieliśmy wyskoczyć do 7-eleven, na co zgodziłam się z entuzjazmem, bo już zaczynałam być głodna. Poszłyśmy Stella i ja. Zachowałam się tak, jak zachowałabym się normalnie: spytałam się Igi, co chce, Stella spytała się Shibina. W środku kupiłam największą butelkę wody, na teraz i na zapas, jako że w takim upale pijam po kilka litrów dziennie, to, co chciała Iga i jakieś ciastka dla siebie. Oczywiście, chciałam poczęstować innych ciastkami, ale chciałam też zrobić sobie większy zapas na później.
Nie wolno mi było za to zapłacić. Nie wolno i już. Nie mam prawa zapłacić za własne zakupy. Było mi strasznie, strasznie głupio. Myślałam, że płacę sama i swobodnie wzięłam dużo rzeczy.
U nas mamy prawo w towarzystwie kupić w sklepie wszystko, co chcemy i za to zapłacić. Nikomu to nie przeszkadza. Tutaj, kiedy idziemy do sklepu, musimy brać pod uwagę, że ktoś za nas zapłaci. Trzeba więc kupować skromnie, a najgrzeczniej jest powiedzieć, że nic nie chcemy. Nie mogę sobie tak naprawdę kupić niczego, jeśli jestem głodna. Nie mogę mieć swojego opakowania ciastek.
To jest Azja.
Jedno opakowanie ciastek otworzyłam i chciałam rozdać, ale nikt nie chciał. Zjadłam. Byłam nadal głodna. Nie otworzyłam drugiego opakowania, bo tak głupio było mi wżerać ciastka, za które nie zapłaciłam. Głodowałam, ażeby Stella poczuła się gościnna.
Zwierzyłam się po polsku Idzie, czego wysłuchała ze spokojem, ale oświadczyła, że tak się trzeba zachowywać wśród Chińczyków i już.
-W Azji trzeba być żółtkiem.
Jej słowa.
Po czym dodała, że jej to żadnego problemu nie sprawia, ona potrafi być żółtkiem. Opowiedziała nawet historię o tym, jak wszyscy byli zachwyceni w Korei, że potrafi się zachować.
Iga urodziła się i spędziła pierwsze lata życia w Japonii. Potem wracała wielokrotnie do Japonii i mieszkała w Korei i w Chinach. Takiemu łatwiej być żółtkiem.
Shibin zaproponował nam wycieczkę do kasyna. W Malezji, w muzułmańskim kraju, jest tylko jedno kasyno i muzułmanie nie mają do niego wstępu. Jak rozpoznają, kto jest muzułmaninem? Prawdopodobnie po imionach. Tyle że żadne z nas nie chciało grać w kasynie. Dają tam kawę za darmo, więc moglibyśmy pojechać na kawę. Ale trzeba jechać godzinę. Na kawę.
No to nie pojechaliśmy.
Pojechaliśmy pod Petronas Towers, do centrum handlowego i parku. Shibin gorzej się poczuł i położył się spać w samochodzie, towarzyszyła nam Stella.
Obejrzałyśmy piękny pokaz tradycyjnego tańca chińskiego. Trupa wyglądała na rodzinę, były tam małe dzieci, nastolatki, dorośli. Tańczyli z wachlarzami, mieczami. Piękne.
-Dlaczego czegoś takiego nie ma w Chinach?- spytałam.
-Jest wiele powodów.- powiedziała Iga.- Nie mają czasu.
-Trzeba zarabiać pieniądze.
-Trzeba się uczyć do gaokao.
-It is not convenient.- prześcigałyśmy się w podawaniu powodów.
Problem polegał na tym, że robiłam się coraz bardziej głodna. Ja bardzo źle znoszę głód. Należę do ludzi, którzy jedzą często. Iga nie, nie była ani trochę głodna.
W Europie nie byłoby problemu. Powiedziałabym do reszty: hej, jesteście głodni? Jeśli nie to czekajcie, kupię sobie jakieś frytki, czy może komuś też kupić? A potem kupiłabym, poczęstowała resztę i zjadła. Byłoby to w porządku.
Tu nie wolno. Nie mogę sama jeść, jeść muszą wszyscy. Dlatego w Chinach należy jeść tylko o ustalonych porach. Żaden Chińczyk nic nie zje, jeśli jest czwarta, bo obiad je się o piątej. Raz poszłam ze studentem na stołówkę w pół do jedenastej. Ja sobie coś zamówiłam i zaproponowałam, żeby on też sobie coś zamówił, ale nie chciał, bo za wcześnie. Je się dopiero o jedenastej. Po chwili uległ, ale nerwowo patrzył się na zegarek, czuł się wyraźnie nieswojo. Jednakże zamówił i zjadł. Problem nie tkwił w tym, że nie był głodny, tylko w tym, że jadł o pół godziny wcześniej niż wszyscy.
Kiedy wróciłam raz na wakacje do Polski, przyjaciółka spytała się mnie, czy jestem głodna. W odpowiedzi popatrzyłam na zegarek. Już nie byłam w stanie powiedzieć, co czuję, tylko czy o tej porze wolno wszystkim jeść.
To zwykła odpowiedź Chińczyka na pytanie, czy jest głodny.
Ponadto, osoba jedząca sama w Azji wywołuje popłoch. Jak jadłam sama w pracy, Chińczycy zamęczali mnie, dlaczego jem, jak nazwać ten posiłek, bo to ani lunch, ani obiad. I dlaczego jem? Jestem głodna!- odpowiadałam wściekła. Jedna osoba odchodziła, po czym zjawiała się następna, zamęczać pytaniami.
Nie dość, że nie wolno jeść samemu, to nie pozwalali nam cały dzień za nic płacić, więc nie mogłam zaproponować, żebyśmy coś zjedli. Ja bym zaproponowała, musielibyśmy usiąść, wszyscy by musieli coś zjeść i ktoś inny by zapłacił. Byłoby mi głupio. Musiałam czekać, aż któreś z gospodarzy zgłodnieje, a oni wcale nie mieli zamiaru.
Bardzo cierpiałam. Jeśli ktoś mnie zna osobiście, wie, jak bardzo cierpię, kiedy jestem głodna.
No to cierpiałam.
Chodziliśmy po parku, robiłyśmy zdjęcia, popołudnie nam ogólnie mijało sympatycznie. W parku była płytki basen, taki, żeby tylko pobrodzić w wodzie do kostek, ale strażnik nie pozwolił mi wejść. Tylko dla dzieci. Co dziwne, matkom było wolno, dlatego powstał plan przywłaszczenia sobie któregoś dziecka. Ale jednak go nie wykonałyśmy i dalej topiłyśmy się na upale.
Stella pytała nas, czy wyszłyśmy za mąż. Mówię, że nie. Bardzo się ucieszyła, że bardzo dobrze. Okazało się, że sama ma trzydzieści sześć lat, męża i dwójkę dzieci. Bez większej zachęty do zwierzeń poinformowała nas, że bardzo tego żałuje. Jej mąż lubi siedzieć w domu, ona lubi podróżować, spotykać się z ludźmi, być działaczką. Spędza więc dużo czasu poza domem, ma wyrzuty sumienia, rodzina jest niezadowolona. Dzieci pytają się, dlaczego nie ma jej w domu. A kiedy decyduje się zostać w domu z rodziną, czuje się nieszczęśliwa. Jej mąż nie chce nic robić, lubi tylko siedzieć w domu.
Bardzo żałuje, że ma rodzinę, wolałaby nie mieć i spędzać wolny czas po swojemu. Myślę, że rodzina kazała jej wyjść za mąż, bo jak by tego nie zrobiła i dożyłaby sędziwego wieku trzydziestu lat, na pewno stanęłaby w płomieniach i jej życie byłoby skończone.
Spytałam się, gdzie teraz jest jej mąż. Siedzi w domu i zajmuje się dziećmi, powiedziała. Zrobiło mi się trochę przykro, może nawet nie z powodu męża, a dzieci. Jest dzień wolny, a ich mama nie chce spędzać go z nimi, woli z zupełnie obcymi ludźmi.
Tak jeszcze chwilę porozmawiałyśmy. Chciałam na przykład wiedzieć, dlaczego tyle kobiet nosi nikaby, czyli zasłony na twarz, odsłaniające tylko oczy. To nie wydaje się być zwyczajem w Malezji, gdzie kobiety noszą kolorowe chusty, a czasami ubrania zupełnie niestosowne po muzułmańsku, na przykład obcisłe spodnie albo krótki rękaw. Stella wyjaśniła, że to turyści, może z Dubaju, może z Arabii Saudyjskiej, gdzie jest zwyczaj nosić nikab.
Dołączył wypoczęty już Shibin. Czekaliśmy na pokaz świateł i fontann po zmroku. A ja osiągnęłam ten stopień głodu, że zrobiło mi się zupełnie wszystko jedno, niech już będzie wstyd, niech za mnie płacą, niech wszystkim będzie nie po drodze, ale ja muszę coś zjeść. Nie wiem, w imię czego trzeba tak się męczyć.
Okazało się, że Stella nie była głodna, Iga też nie, a Shibin nie wiadomo, nie chciał powiedzieć, ale zgodził się coś zjeść. Trudno określić, czy też udawał, tak jak ja, że nie jest głodny, a był, czy nie był wcale głodny, ale udał, że jest, żebym nie jadła sama. Stopień abstrakcji w sytuacji był już za wysoki. A przecież to taka prosta sytuacja, ktoś jest głodny, dlaczego jest taka skomplikowana dla Chińczyków?
Poszliśmy na food court, udało mi się zapłacić za swoje jedzenie. Shibin wziął tradycyjną malezyjską potrawę i specjalnie zamówił rybę, a nie mięso, żebym mogła spróbować. Stella chciała tylko coś do picia. Wróciła z pizzą dla wszystkich. Nie mogła się powstrzymać przed poczęstowaniem czymś wszystkich i już, taki zwyczaj.
Obejrzeliśmy pokaz świateł i synchronizacji fontann z muzyką. Ja bezwstydnie uwielbiam takie głupie turystyczne atrakcje. Dwie piękne rzeczy na raz: kolorowe światełka i muzyka.
Przed pokazem luźno wspomniałyśmy w rozmowie, że lubimy dim sum, czyli kantońskie przekąski. Natychmiast Stella to podchwyciła i zaczęła się naradzać z Shibinem po chińsku, gdzie by tu nas można było zabrać na dimsum i jeszcze raz nakarmić. Zauważyłyśmy to z Igą i zaczęłyśmy się naradzać po polsku, co mamy zrobić, a raczej, jak się wykręcić. Iga, człowiek bardzo miły, nie wiedziała jak. Bardzo ciężko się wykręcić przed taką azjatycką gościnnością i jest to bardzo niegrzeczne. Ja natomiast jestem o wiele mniej miła i zaczęłam sypać pomysłami jak z rękawa. Potrzebny byłby argument, z którym nie mogliby polemizować i który brzmiałby bardzo wiarygodne, wtedy wyjdziemy z tego i nikt nie straci twarzy. Twarz naszych gospodarzy wisiała na włosku, stąpałyśmy niczym po rozżarzonych węglach. Być może nasza twarz też wisiała na włosku, nie wiem, ale nam mniej zależy.
Zwalimy na Sebastiana, powiedziałam. On chodzi spać przed dziewiątą, musimy być wcześniej w domu. Nie przyznawać się, że mamy klucze, ani że mu de facto wszystko jedno, o której wracamy, bo śpi jak zabity. Nie można pozwolić, żeby zabierali nas na kolejny posiłek. Podejrzewam, że Stelli chodziło o to, że Iga zjadła tylko dwa kawałki pizzy i Stella martwiła się, że Iga jest głodna. Iga natomiast się najadła i nie chciała nic więcej, ja też nie. Byłoby dla nas ogromną torturą jeść kolejny posiłek, a raczej go w siebie z grzeczności wmuszać, bo ktoś nam go kupił. I byłam już nieźle zmęczona całą sytuacją.
Kupili wymówkę. Udało się. Podwieźli nas pod dom Sebastiana i czule się pożegnaliśmy.
Chińczycy to przemili ludzie, jeśli nie wychowali się w duchu materializmu w Chińskiej Republice Ludowej. Ale ja nie mam w sobie ani grosz ducha kolektywizmu. Chyba dobrze, że nigdy nie byłam harcerką.
I nie zostanę już nigdy żółtkiem. Jeśli chcę kupić ciastka, kupię i zjem ciastka. Jeśli jestem głodna, kupię coś i zjem. Jeśli nie chcę, nie będę. Nie obchodzi mnie, że jem o pół godziny za wcześnie. Mój żołądek jest indywidualistą i nie pyta się ogółu, czy już wolno być głodnym. Ani ja, ani mój żołądek, nie mamy żadnego poczucia wspólnoty.
Pod koniec dnia wyjaśniłam Idze, że bardzo nie chciałam jej zrobić wstydu przy harcerzach.
-Ale to są harcerze.- wzruszyła ramionami.

Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarzy

Malezja. Jaskinie Batu.

Rano wstałam i dotknęłam pleców Igi.
- Iga. Wstajemy.
- Dobrze.
Wyniosłyśmy bagaże na korytarz, załadowałyśmy się i wymeldowałyśmy. Pan w recepcji nie umiał ogranąć, kim jestem i nie chciał uwierzyć, że zapłaciłam depozyt. Później przyjdzie do mnie wiadomość z booking.com, że nie było mnie w tym hostelu i należy się zapłata za cały pobyt – za karę za niestawienie się na czas.
Na razie wyszłyśmy. Odebrałam wiadomość, że Fred spóźni się dziesięć minut, i zjadłyśmy śniadanie siedząc na krawężniku. Fred przybiegł pod hotel i od razu pobiegliśmy szukać autobusu. „Co się stało z tym krajem?!” wykrzykiwał, rozkładając ręce. „Kiedyś stały tu rzędy autobusów w czasie festiwalu, całą noc!”
A teraz nie mogliśmy znaleźć ani jednego. Fred spytał się Chińczyka, ale od razu powiedział, że nie wie. Okazuje się, że nawet Chińczycy w Malezji się tak zachowują. Nawet jak wiedzą, nie pomogą. Zapytał się procowanika, ale też nie był miejscowy, był z Bangladeszu. Malezja ma bardzo dużo imigrantów z Bangladeszu. Miejscowi narzekają, że Bengalczycy zaczynają stanowić większość w mieście. Wykupują całe ulice, bo współpracują ze sobą i sprowadzają coraz więcej Bengalczyków do pracy. Doszło do tego, że miejscowych nie stać na wynajem mieszkań, a ich tak.
W końcu udało nam się znaleźć autobus i dojechaliśmy na festiwal. Od razu wpadliśmy w gąszcz straganów. Słychać było bicie bębnów i czuć woń kadzideł. Wszędzie pełno Hindusów, wielu z nich ubranych na żółto. Z daleka zobaczyliśmy wielką złotą statuę boga Murugam.
Fred jest Hindusem, Tamilem, czyli Hindusem z południa Indii, ale chrześcijaninem. Zafascynowany jest festiwalem bardzo, i też do końca go nie rozumie. Starał się natomiast bardzo i w dawnych czasach jeździł tu co roku. Bardzo chciał nam wszystko pokazać i dokładnie wszystko wyjaśnić. Kiedyś prowadził hostel w Chinatown i przywoził tu co roku gości. Chwalił mi się, że był polecany w Lonely Planet z lat dziewięćdziesiątych. Potem pojechał do Australii, zostawił interes braciom, a ci sobie nie radzili. Pracownicy zaczęli okradać gości, było nieprzyjemnie i brudno. No i nie ma już hostelu.
Ustaliliśmy miejsce spotkania, na które podejdziemy, jak się zgubimy. Omówiwszy tę ważną kwestię, mogliśmy zacząć przyglądać się wydarzeniom.
Z daleka widzieliśmy, że wierni niosą pod statuę lektyki z posągami bogów. Podeszliśmy zobaczyć ich z bliska.
Stanęłam jak słup soli i zaczęli się mnie pytać, czy dobrze się czuję. A ja nie po prostu mogłam uwierzyć w to, co widzę.
Mężczyzna miał wbite haki w plecy i za te plecy ciągnął ciężką lektykę.
- Ale przecież go to boli!
- Nie boli. Jest w transie.
Fred chciał nam pokazać, jak wchodzą w trans, zabrał nas w tym celu do miejsca, gdzie zaczynają procesję. Nie mógł go znaleźć, bo przez piętnaście lat zdążono wybudować autostradę. Kiedyś szło się prostą drogą, teraz trzeba wspinać się po ślimaku autostrady w kółko, co jest bardzo okrutne, bo droga wydłużyła się dziesięć razy. A ci ludzie ciągną lektyki za haki wbite w ciało.
Idąc pod prąd, obserwowaliśmy procesję. Wciąż było ciemno.
Ci, którzy byli w transie, byli łatwi do rozpoznania. Ich zachowanie różniło się nieznacznie w zależności od tego, który duch czy też bóg w nich wstąpił. Fred nie umiał nam dokładnie wytłumaczyć, bo też jest chrześcijaninem i się nie zna. Niektórzy zachowywali się jak małpy, w tych wstąpił bóg Hanuman. Niektórzy mieli barwione na czerwono języki i cały czas się nimi oblizywali i tańczyli. W tych wstąpiła bogini Kali. Rodzina zajmowała się krewnymi w transie. Pomagali im iść, bo niektórzy słaniali się z nóg. Czuwali nad nimi inni, którzy też byli w transie, ale musieli mieć większe zdolności spirytualistyczne czy też doświadczenie, bo mogli pomagać innym i czuwać nad ich stanem.
Wokół każdej procesji szło paru walących w bębny. Muzyka i zapach kadzidła wyraźnie wpływały na nastrój wszystkich. Wiedzieliśmy, jak niektórzy wpadali w trans pod tym wpływem, choć nie mieli takiego zamiaru i nie byli na to przygotowani. Tym nie wolno być w transie. Jeden chłopak wpadł nagle w trans i zaczął wykonywać dziwne ruchy, jakby był małpą i się wspinał. Jego rodzina rzuciła się na niego i starali się go unieruchomić. Podszedł do niego ten w transie, który czuwał nad innymi. Położył mu rękę na czole i zdjął z niego trans. Chłopak upadł wyczerpany na jezdnię i krewni dali mu wodę do picia.
Co znamienne, nam to ani trochę nie groziło, bo nie jesteśmy hinduistami. Trzeba ofiarować siebie bóstwu, nie zawładnie człowiekiem bez jego woli. Dla nas, chrześcijan, oddanie ciała duchowi jest zawsze złe, to opętanie. Nie możemy mieć kontroli nad tym, który duch w nas wstąpi i kiedy opuści nasze ciało. W przypadku tego rytuału można w każdej chwili zakończyć trans i nie będzie się pod wpływem bóstwa, jeśli się tego sobie nie życzy.
Wierni nieśli na głowie kanistry z mlekiem w ofierze. Mleko jest czyste w hinduiźmie. Nie wszyscy byli w transie, łatwo było odróżnić tych pod wpływem transu i tych w pełni kontroli nad sobą. Nie wszyscy mieli zamiar wpaść w trans. Niektórzy tylko obiecali dopełnić ofiary. Wszyscy jednak przygotowują się do festiwalu poprzez post i jedzenie wegetariańskie przez różną ilość czasu. Do transu należy przygotować się w specjalny sposób, ponieważ to ofiarowanie swojego ciała bóstwu. Należy być wegetarianinem przynajmniej przez miesiąc.
Ponadto wielu z wiernych miało przekłute policzki szpikulcami. Niektóre były małe, a niektóre miały nawet metr. To też rodzaj ofiary.
Fred znalazł miejsce, gdzie mogliśmy obserwować początek procesji z góry, ze ślimaka autostrady. Oparliśmy się przez barierkę.
Na dole była rzeka. Zawsze obmywano się w niej na samym początku, ale teraz była brudna i pełna śmieci. Zbudowano obok prysznice na wolnym powietrzu i to z nich korzystali wierni.
Fred wskazał nam na chłopaka, który zaraz wpadnie w trans. Miał przyczepione już haki do pleców, ktoś trzymał z tyłu za linki. Stał spokojnie, ręce miał złożone do modlitwy, czoło pochylone. Trwało to długi czas, ale Fred polecił nam nie spuszczać go z oka. Nagle zaczął mocniej oddychać, a złożone ręce zaczęła rozrywać jakaś siła, jakby ktoś szarpał go za łokcie. Mógł tylko stykać dłonie opuszkami palców. Widać było, że walczą w nim dwie siły: on sam i jakaś obca moc, która chce zawładnąć ciałem. W końcu, bardzo nagle, jakby urósł dwa razy w ramionach, ręce i głowę odrzucił do tyłu i zaczął poruszać się zupełnie inaczej, w sposób gwałtowny, silny, zwierzęcy. Jakby nagle stał się kimś innym. Rzucił się na linki przyczepione z tyłu, zaczął je ciągnąć, jak zwierzę, które chce rozerwać powrozy. Koledzy bronili się. Ktoś od razu podszedł pomóc, nie mógł się z nim porozumieć, zetknął się z nim czołem i chwycił go za głowę, by uspokoić. Ten mężczyna też od razu wpadł w trans, jakby się zaraził. Fred powiedział, że to się zdarza. Gdzieś obok wpadła w trans kobieta i wydała z siebie straszliwy, wysoki, nieludzki wrzask. Fred polecił nam słuchać innych, ten wrzask, jest zawsze ten sam, w tej samej tonacji. Ludzie w transie chodzą, zachowują się bardzo podobnie. Bardzo wyraźnie widać, że nie są sobą. Nie mają kontroli nad swoimi czynami, kiedy patrzy się im w oczy, widać, że ich tam nie ma. Fred mówił, że koledzy hinduiści tłumaczyli mu, że w transie wszystko widzą, ale nie mogą decydować, co robią, nie są sobą.
Bardzo długo obserwowaliśmy wpadających w trans i dyskutowaliśmy o tym. Fred opowiadał nam, jak kiedyś siedział przy rzece i obserwował ich przez długi czas. Jeden z nich powiedział do niego: „Skąd wiesz, że jesteś w swoim ciele?” wyjął nóż, zranił się i powiedział: „Czujesz ból, stąd wiesz!”. Człowiek zawsze czuje ból, człowiek w transie nigdy. Stąd tamten człowiek wiedział, że nie ma kontroli nad własnym ciałem, oddał je bóstwu.
Co niezwykłe, nie powinno być to teoretycznie bezpieczne. Ci ludzie noszą ze sobą noże, haki. Nie mają kontroli nad sobą. Jednakże, nie robią nikomu krzywdy. To dla mnie sprzeczność, bo każdy człowiek jest w stanie zrobić krzywdę innemu, powstrzymuje go tylko kontrola nad sobą i świadomość konsekwencji. Myślę, że w każdym z nas, nawet w weganinie i pacyfiście, jest w środku zwierzę żądne krwi. Wybieramy swoim rozumem, czy chcemy być tym zwierzęciem, czy nie, a kiedy jest wojna albo nie mamy wyjścia, zostajemy tymi zwierzętami, by przetrwać. A kiedy nie mamy nad sobą kontroli? Wtedy na pewno jesteśmy niebezpieczni. To, że ci ludzie nie są niebezpieczni, to dla mnie dowód, że zawładnęła nimi jakaś inna, lepsza siła. Siła, która jest wyższa, niż ludzka i czuwa nad ich zachowaniem. Widać to wyraźnie, kiedy niosą lektyki na głowach i ramionach i tańczą w gęstym tłumie, kręcąć się w kółko i podskakując. Ja wybiłabym w ten sposób oczy pięciu osobom w ciągu minuty. Obserwowaliśmy ich długo. Nie uderzyli ani jednej osoby. Sama stałam często centymetry od takiej kręcącej się lektyki. Żadna mnie nawet nie dotknęła. W momencie, kiedy już prawie by kogoś uderzyła, tańczący zatrzymywał się i obracał w drugim kierunku. Ci ludzie noszą ze sobą ostre przedmioty, czasem noże. Nigdy nie słyszano o przypadku, kiedy zrobiliby komuś krzywdę. Rozmawiałyśmy później z lekarzem, który pracował co roku przy festiwalu w służbach ratowniczych i potwierdził, że nigdy nie słyszano o niczym podobnym.
Poszliśmy z procesją za ludźmi w transie. Świtało już. Zjedliśmy śniadanie, które kupił nam Fred. Nie pozwolił nam za nic zapłacić. Potem wspięliśmy się po wysokich schodach, paręset metrów, nad wielką statuę, do jaskiń i świątyń, gdzie też zmierzali wszyscy wierni.
Wraz ze słońcem pojawiło się gorąco, ale na szczęście w jaskiniach było chłodno. Mimo to jedna pani niosąca ofiarę z mleka zasłabła. Fred wziął moją butelkę wody, pobiegł na pomoc i upewnił się, że nic jej nie jest. Potem musiała jeszcze stać w długiej kolejce do świątyni, by złożyć ofiarę z mleka.
Okropnie śmierdziało kwaśnym mlekiem. Bardzo współczujemy tym, którzy odwiedzali jaskinie po festiwalu, kiedy gniły tam całe hektolitry mleka. Niektórzy nawet napisali opinie na tripadvisor, że Jaskinie Batu są wstrętne, pełne śmieci i śmierdzą.
Na końcu wysokich schodów jest wielka, piękna skalna pieczara, jak gotycka katedra. W jej ścianach i po bokach pobudowane są świątynie hinduistyczne. Do największej z nich zmierzali wierni.
Fred zwrócił naszą uwagę na nich, bo w tym miejscu pielgrzymi wychodzą z transu. Obserwowaliśmy ich przez bardzo długi czas. Najpierw rodzina i przyjaciele wyjmują z nich haki, zanim zaczną odczuwać ból. Często mówią przy tym mantry. Zasypują im plecy popiołem. Potem ktoś bardziej doświadczony kładzie im rękę na czole i zdejmuje z nich trans. Opadają wyczerpani na ziemię. Jeden, poważnie wyglądający, masywny mężczyna, zniósł bez jęku wyrywanie haków, a po zdjęciu transu padł na ziemię i zaniósł się łkaniem jak małe dziecko.
Jeden pan w transie chciał nas pobłogosławić. Narysował Idze czerwoną kreskę na czole. Potem mocował się ze swoimi branzoletkami, których miał całe przedramię. Dał Idze trzy. Potem pobłogosławił mnie i też dał mi trzy. Mam nadzieję, że będzie to moja pamiątka do końca życia. Noszę je z ogromną dumą.
Potem jego kolega zdjął z niego trans. W transie stał prosto, błogosławił nas, był spokojny i poważny. Po zdjęciu transu padł wyczerpany. Fred dał mu resztki mojej wody i ten wypił do dna. Jego kolega, wciąż w transie, tłumaczył mu, z czym sobie poradził, a co powinien zrobić lepiej w przyszłości.
Oczywiście wciąż nie rozumiem, jak to działa. Oczywiście, nie jest to logiczne.
Pytałam się Freda, czy ci ludzie dostają zawału serca, przecież to takie niebezpieczne. Przytaknął, że zdarzały się takie wypadki, zwłaszcza na schodach, od upału i wysiłku. Ale nie ludzi w transie.
Widzieliśmy jeszcze gorsze rzeczy. Widzieliśmy, jak ludzie mieli przyczepione do pleców na hakach nie lektyki, a orzechy kokosowe. Jak wyrywali te haki z wielką siłą, niedelikatnie. Patrzyłam na to bez żadnych emocji, a kiedy zobaczyłam później zdjęcia, zrobiło mi się niedobrze. Jednak w tłumie, w biciu bębnów, w zapachu kadzideł, pod wpływem tej atmosfery, wszystko wydaje się normalniejsze, zwyklejsze. Przeżycia docierały do mnie później, w ciągu dnia.
A propos zdjęć- myślałyśmy na początku, że nie wypada, że to przecież przeżycia religijne. Hindusi natomiast robią sobie sami zdjęcia. Żartowałam, że pewnie od razu idzie wszystko na facebooka: patrzcie, ale w fajnym transie byłem!!! Nie mają też problemu z turystami, każdy może wejść i obejrzeć. Muzułmanie nie wpuszczają do swoich świątych niemuzułman nigdy, my katolicy mamy z tym problem, kościół to miejsce tak święte, że nie wolno się w nim nawet odezwać. A hinduiści nie mają problemu żadnego. Może przyjść każdy, obejrzeć, podzielić się wrażeniami. Puszczać muzykę, jeść, rozmawiać. Każdy jest mile widziany.
Z wielkiej pieczary idzie się po schodach jeszcze wyżej. Jest tam wielki jar, jaskinia z otworem wysoko w górze, ku słońcu. W środku jaru stoi świątynia. Jest to niewyobrażalnie piękne i nie dziwię się, że stało się to miejscem świętym.
Wrażenia są niesamowite i cieszę się niezmiernie, że dane było mi to zobaczyć. Jestem pełna szacunku dla tych wierzeń.
Widziałam kiedyś odcinek pana Wojciecha Cejrowskiego z Tajlandii. Byłam tam w tamtym roku, nakręcono to w Chiang Mai. Pan Cejrowski nie mógłby mieć bardziej różnych poglądów od moich, a jako podróżnika szanuję go niezmiernie i zawsze słucham jego praktycznych rad. A światopoglądowych – nie. Niezmiernie przykro było mi widzieć odcinek z Chiang Mai, bo jego celem wydawało się być pokazanie, jaki ten buddyzm jest zły. A był trochę śmieszny, bo trochę się nie udało pokazać, że buddyzm różni się od katolicyzmu. Pan Cejrowski zarzucał buddystom, przykładowo, że mają dużo figurek. My też mamy. Zarzucał, że mają dużo przeróżnych świętych. My też mamy. Zarzucał, że modlą się do figur. My też. A przede wszystkim zarzucał, że oddają cześć diabłu. Co jest absolutną bzdurą.
Wielu pewnie powie, że ci ludzie na festiwalu byli pod wpływem sił nieczystych. To nieprawda i brak szacunku. Istnieje trend wśród chrześcijan, by uważać inne religie jako oddające cześć diabłu. Niedobry trend.
Osobiście wierzę, że każda religia wyznaje to samo, ale wyraża to w inny sposób, jako że w każdej kulturze ujmujemy wszystko w inny sposób, ale chodzi nam w gruncie rzeczy o to samo. Na ten pogląd być może nie wpadłam sama, zawsze wyraża go w książkach Karen Armstrong, pani historyk religii, którą bardzo lubię i poważam. George, ten sam, który nie czytał „Mistrza i Małgorzaty”, jest też historykiem religii i zwrócił mi uwagę, że ludzie religijni nigdy, przenigdy by się ze mną nie zgodzili. Każdy religijny człowiek powie mi, że inna religia jest w sprzeczności z tym, w co wierzy. Potem wdał się ze mną w dyskusję i zwyczajem profesora filozofii z czterdziestoletnim doświadczeniem zbijał moje argumenty, czym mnie mocno zirytował.
Bo ja mam prawo uważać sobie co chcę. Nie obchodzi mnie żadna mądra filozofia.
Jest też grupa ludzi, która powie, że oni wszyscy udają. Albo, że da się to wszystko naukowo wyjaśnić. Są to ludzie, którzy wszystko potrafią naukowo wyjaśnić, niczym obywatele moskiewscy z „Mistrza i Małgorzaty”.
Jeden z gości Freda dawno temu kpiąco powiedział, że to wszystko jest przecież na niby, a my naiwni wierzymy. Ci ludzie w transie nie wbijają sobie szpikulców w policzki, tylko je trzymają w zębach. On widział i wie.
- Ile czasu tu jesteś?- spytał Fred.
- Osiem godzin.
- Ilu takich ludzi widziałeś?
- Dwóch.
- To jak widziałeś tylko dwóch, to musisz być idiotą.
Na ludzi, którzy wszystko wiedzą, diabły z „Mistrza i Małgorzaty” miałyby na pewno sposób. Jest to niesamowicie śmieszne, kiedy to teraz czytam i ci wszyscy przemądrzali ludzie tłumaczą diabłom, że Jezus nigdy się nie narodził, człowiek kieruje swoim przeznaczeniem, a diabła nie ma. Bo oni wszystko wiedzą najlepiej.
A z drugiej strony mamy tych, którzy twierdzą, że wyznają jedynie słuszną religię i wszystkie inne są zupełnie złe, a ludzie wierzący w co innego na pewno nie mają racji. Też nie wiadomo, skąd to wiedzą.
Szkoda, że nie można ich wszystkich wysłać do Jałty, jak w książce. Ale też nie trzeba z nimi dyskutować.
Przy wyjściu z jaskiń Fred wytłumaczył nam znaczenie posągów w jednej kapliczce. Bo też akurat znał jedną hinduistyczną przypowieść.
Widzimy posąg boga Sziwy. Po jednej stronie siedzi Ganesza, bóg z głową słonia, po drugiej stronie niebieski Kriszna, dosiadający pawia. Sziwa podaje Ganeszy mango.
Pewnego dnia Sziwa spytał się Ganeszy i Kriszny, co jest najważniejsze na świecie. Ten, kto odpowie lepiej, dostanie mango. Kriszna zaraz dosiadł pawia i poleciał dookoła świata, by móc odpowiedzieć rzetelnie. Ganesza natomiast obszedł naokoło Sziwę i jego żonę, swoich rodziców i powiedział im, że to oni są najważniejsi. Dostał mango zanim Kriszna zdążył wrócić. Krisznie było niesamowicie przykro i się obraził.
Nie lubię Ganeszy. Może dlatego, że sama nie jestem sprytna i nie lubię się podlizywać. A tacy ludzie jak Ganesza zawsze dostaną mango.
Wróciliśmy autobusem do centrum. Fred nie pozwolił nam zapłacić. Zaproponowałyśmy, że pójdziemy na lunch i zapłacimy. Tak jest w Azji, ludzie chcą pokazać, podzielić się swoją kulturą. Czasem tylko chcą mieć towarzystwo. I chcą przyjezdnym wszystko dać, zapłacić za nich. Nie da się z tym walczyć.
Po drodze Fred poopowiadał nam co nieco o swoim życiu, jak to pracował lata dla rządu i wszystko stracił, włącznie z emeryturą, bo postanowił odejść. A postanowił, bo rząd w Malezji jest bardzo skorumpowany i wszyscy wciskali mu łapówki. Mógłby wybudować sobie za to trzy wille, ale nie chciał żyć bez godności. I rzucił robotę, pojechał do Australii, imał się każdej pracy. Wymieniał pracę masażysty, pielęgniarza, prowadzenie sklepu. Właściwie nie wiemy, co robi obecnie. Opowiadał, że Malezja jest pięknym, tolerancyjnym krajem, ale pomiędzy grupami etnicznymi są starcia. Zawsze będą nietolerancyjni ludzie. Wyjaśnił nam też przyczynę tego, że mówi się, że Malajowie „nie pracują”. Otóż w czasach kolonialnych sprowadzono Hindusów i Chińczyków do pracy. Malajowie natomiast mieli własną ziemię, nie mieli potrzeby pracy i zarabiania pieniędzy. W świecie nowoczesnym ta potrzeba jest jednak oczywista i Malajowie są pod tym względem z tyłu, to tradycyjnie rybacy, rolnicy. Rząd stara się więc forsować ich przedsiębiorczość, na co patrzą z niezadowoleniem Chińczycy i Hindusi właśnie.
Poszliśmy na lunch do restauracji południowohinduskiej. Od razu oszalałam z turystycznej radości, bo widziałam to tylko w telewizji. Położono przed nami liście bananowca i położono na nich ryż i z sześć różnych rodzajów past czy gotowanych warzyw. Je się to rękami. Po jedzeniu zwija się liścia na pół i trzeba zwinąć go do siebie. Odwrotnie jest niegrzecznie, to znaczy, że nie smakowało.
Jak Fred poszedł rozmawiać ze znajomymi, pobiegłam zapłacić. Pan nie chciał moich pieniędzy. Okazało się później, że już było zapłacone. Zrobiłam tylko z siebie idiotkę.
Wyszłyśmy z restauracji i zaczepiła nas dziewczyna. Poznała chyba po czerwonych kreskach na naszych czołach, że wróciliśmy z festiwalu. I chciała sobie porozmawiać. We mnie walczą dwie siły – introwertyka i ekstrawertyka, jestem na raz tym i tym. Kiedy ktoś zaczepia mnie na ulicy, jestem ogromnym introwertykiem i czuję się wyjątkowo poirytowana. Koleżanka natomiast chciała się podzielić wrażeniami, ponieważ jej chłopak z nią podróżował, ale poleciał na koncert Fat Boy Slima do Australii i zostawił ją samą. Dowiedziałyśmy się o boleściach na temat chłopaka. Opowiedziała nam o wszystkich swoich wrażeniach z festiwalu.
- A pobłogosławił was ktoś w transie?
- Pobłogosławił.
- Mnie też! To było takie niesamowite przeżycie! Co ja wtedy czułam, taką siłę…
Nie słuchałam bardzo, starałam się sobie przypomnieć, co ja czułam. Nic. Myślałam tylko: ej, dlaczego Iga dostaje branzoletki? Ja też chcę! Czy mnie też da? Daje! Daje mi bransoletki! Są różowe!!! RÓŻOWE!
Pożegnałyśmy się z Fredem. Powiedział tylko: cześć, dajcie mi znać, jak znowu będziecie w KL. I sobie poszedł. Potem wysłał nam wiadomość, że dziękuje i świetnie się bawił. A to on nas oprowadzał. Nic w zamian nie chciał, tylko pomóc i pokazać.
Iga była zachwycona, pytała, skąd ja go znalazłam. Wzruszyłam ramionami.
Było około drugiej. Miałyśmy załatwiony nocleg u znajomego Igi, Sebastiana. Oboje są harcerzami, a Sebastian pracuje w Światowym Biurze Skautowym, które ma siedzibę w KL. Pytanie Igi brzmiało, kiedy mamy do niego jechać, czy teraz, czy wieczorem. Uspokoiłam ją, że i tak nie zdążymy przed wieczorem. I miałam rację. Iga chciała kupić spodnie, ja kawę, kupiłyśmy karty do telefonu, żeby mieć Internet (co okaże się naszym zbawieniem), poszłyśmy do hostelu po Internet. I zeszło nam do wieczora. Sebastian poinformował, że kładzie się spać o dziewiątej. Byłyśmy za pięć.
Po drodze bardzo chciałyśmy kupić piwo. Ogromnie rozbawił nas napis: „produkty non-halal.” Przeciwieństwem halal, zachowań zgodnych z islamem, powinno być haram, zachowania niezgodne. Ale jak widać, i tu wkradła się poprawność polityczna. Piwo zamiast haram jest non-halal.
I jest potwornie drogie. Piętnaście złotych za puszkę w sklepie. Zrezygnowałyśmy z piwa.
W portierni w bloku Sebastiana musiałyśmy pokazać paszporty, zrobiono nam zdjęcia, pytano dokładnie, które mieszkanie. Łatwiej było nam przejechać przez granicę.
Okazuje się być to normalne w KL w blokach dla obcokrajowców. Nie czują się bezpiecznie w dzikiej Azji. Ten blok ma natomiast bardzo słabą ochronę, bo można wjechać windą przez garaż, pod warunkiem, że ma się kartę magnetyczną uruchamiającą windę.
Sebastian pogadał jednak z nami do dziesiątej. Okazało się, że według niego i mieszkających w KL ekspatów, Malezja to kraj straszny. Słuchałam tego z wielkimi oczami i pomyślałam tylko, że wysłać tych ludzi to Chin na miesiąc, to przestaliby marudzić. Za bardzo są rozpieszczeni przez życie, w Chinach nie mieszkali. Bo jak można narzekać, że tu ludzie mało pomocni? Pomocniejszych nie widziałam nigdzie indziej na świecie. Wiele z jego narzekań było natomiast zbieżne z naszymi z Chin. Bo tak, jedzenie niby tanie, ale nie da się całkiem zmienić diety na miejscową. To już kiedyś zauważyłam, nie mam zamiaru rezygnować z nabiału i pieczywa. Nie uważam nawet, żeby było bardzo zdrowe rezygnować z produktów, do których organizm przyzwyczaił się od niemowlęctwa. Kiedy Azjaci wyjeżdżają na Zachód, zwykle też nie mogą zmienić diety na naszej, bo źle się czują po nabiale właśnie. Kupują sobie zatem ekspaci zachodnie jedzenie, które w Malezji jest potwornie drogie. To samo, co w Chinach. Brak życia kulturalnego, teatrów, koncertów. No tak. Miejscowi żyją w swoim świecie, nie da się z nimi przyjaźnić. Tak, znamy to. Wszystko znamy z Chin.
Problemem może być natomiast to, że w Malezji ciężko jest ekspatom o pracę. Kiedy przyjeżdżają z żonami, żony się zwykle po prostu nudzą. Jest też niebezpiecznie w KL, napadają, wyrywają torebki. Problemem jest też skorumpowany rząd i niemożliwość załatwienia niczego. Opowiedział nam, że nawet język czasem zmienia się z dnia na dzień. Czasem rząd wydaje dekret, że od dzisiaj to czy tamto słowo znaczy zupełnie co innego. I na tym przykładzie można pokazać, jak absurdalnie działa rząd.
I też ludziom się nie podoba, że to kraj muzułmański. Jest wprawdzie bardzo tolerancyjny, ale ludziom nie podoba się i tak. Narzekał też, że z meczetu obok nie nadają tylko wezwań na modlitwę, do czego można się przyzwyczaić. Czasem w piątki nadają wykład przez trzy godziny.
Rzuciłyśmy nasze rzeczy w salonie i zasnęłyśmy w śpiworach na kanapie. Jest to największa kanapa świata, zmieściłyśmy się na niej obie. Ja na dłuższym boku litery L, Iga na krótszym. Tylko ją kopałam w nocy, ale na szczęście mocno śpi.

Opublikowano Bez kategorii | Komentowanie nie jest możliwe

Malezja 2.0

Dlaczego, dlaczego znowu postanowiłam pojechać do Malezji?
W Azji południowo-wschodniej zwiedziłam już dużo. Jedynymi niezwiedzonymi krajami są Laos i Indonezja. Wybrałam Indonezję. W Indonezji można spędzić tylko miesiąc, wypadałoby zwiedzić jakiś kraj obok. Obok są Filipiny i Malezja. W obu byłam. Wolę Malezję.
Przygotowania do wyjazdu jak zwykle: kupione loty, sprawdzone informacje o wizach i legalnych pobytach, zarezerwowany hostel na dwie noce, wymienione pieniądze. I nic więcej.
W Chinach z bólem kończyłam semestr, wystawiałam oceny i przeżywałam różne związane z tymi czynnościami radości. Z ochotą zaczęłam szykować się do wyjazdu. Tymczasem społeczność prowincji Zhejiang już od dwóch tygodni szykowała się na inne wydarzenie i drżała ze strachu: w dzień mojego wyjazdu temperatura ma spaść poniżej zera stopni i będzie padał śnieg!!! Czy słyszał ktoś o podobnej klęsce żywiołowej?
Sąsiad i sąsiadka, Ukraińcy, też dorzucili swoje trzy grosze. Przez trzy lata uśmiechałam się i kiwałam głową na komentarze na temat mojego niezamężnego stanu, ufając, że są wypowiadane w dobrej wierze. Sąsiedzi nie rozumieją, jak mogę mieszkać sama. Nie rozumieją też, po co kupuję jedzenie i wodę, wszak jestem sama. Na wieść o mojej planowanej wycieczce i po upewnieniu się, że jadę sama, sąsiadka wygłosiła przemówienie, że to się nie godzi i ja naprawdę powinnam mieć męża. Tłumaczyłam, że nie mam, na co sąsiadka kazała mi szukać. Poleciła internet jako niezawodne źródło mężów. Sąsiad natomiast poinformował mnie, że też wylatuje w tym terminie, z Szanghaju i jedzie do niego dwa dni wcześniej, jako że ma spaść śnieżek i na pewno zamkną autostradę, odwołają pociągi i autobusy. Na wiadomość, że ja wybieram się pociągiem do Hanghzhou w dzień wylotu, uśmiechnął się kpiąco i skomentował: „no zobaczymy”.
W dzień wyjazdu wstałam o piątej rano, przeklinając życie, pogodę, moją głupią decyzję o wyjeździe na wakacje, moją głupią decyzję o wstaniu z łóżka i wszechświat. A winna temu wszystkiemu była tylko studentka, która z dobrego serca kupiła mi bilet do Hangzhou na siódmą czterdzieści pięć, bym na pewno miała zapas czasu. Półżywa zjadłam śniadanie, umyłam naczynia i skreślałam z listy niezbędnych do wykonania czynności kolejne pozycje. Zapisałam sobie nawet tak banalne rzeczy jak: skręcić wodę. Wyłączyć grzejniki. Wziąć ze sobą klucze.
Po szóstej rano byłam już poza domem.
Śnieg zaczął padać dopiero, gdy byłam w drodze na lotnisko w Hanzghou. Dotarłam przed dziesiątą. Lot był o drugiej.
Rzeczony śnieg, przed którym wszyscy tak drżeli, okazał się być śniegiem z deszczem. A i tak loty zostały przesunięte na później. Wyczekiwałam mojego, czy też będzie opóźniony i czy wpuszczą mnie na pokład z taką ilością bagażu podręcznego. Przekładałam najcięższe rzeczy do kieszeni, starym zwyczajem z czasów Erasmusa.
Przeszłam wszystkie możliwe kontrole prawie bezboleśnie. Prawie. Na kontroli bezpieczeństwa zabrano mi power bank, czyli baterię do ładowania urządzeń elektronicznych. Power banków nie wolno przewozić w bagażu nadawanym, ale wolno w podręcznym. Została mi zabrana, bo na obudowie nie było napisanej pojemności baterii. Pokłóciłam się z oddelegowanym do kłócenia się ze mną urzędnikiem bezowocnie. Tłumaczył mi, że takie jest prawo, na co ja, że jakimś cudem nikt inny go nie respektuje i już wiele razy latałam samolotem z tą oto baterią. I nikt mi o tym nie powiedział, wszędzie pisze, że można mieć ze sobą power banki, wiem, bo wszystko czytam. Przecież widzi, że mój jest mały i nie wysadzi samolotu. Na co urzędnik nieugięcie, że musi być informacja o zawartości na obudowie, inaczej nie wolno. Ponieważ rozmowa prowadziła donikąd, zakończyłam ją niezwykle dojrzale, czyli poinformowałam pana, że to jest głupie (na swoje usprawiedliwienie podkreślę, że powiedziałam „to”, a nie nazwałam głupim jego) i wściekła sobie poszłam. Jeśli takie jest prawo, to powinni o nim informować.
Na lotnisku sprawdzałam w rozgorączkowaniu lokalizację mojego hostelu, przyzwyczajona z Chin, że jak dokładnie nie wiem, gdzie jest, nikt mi nie pomoże go znaleźć.
Towarzyszyła mi też książka „Mistrz i Małgorzata”, jedna z moich ulubionych lektur. Mój amerykański kolega, George, wykładowca filozofii, nigdy o niej nie słyszał. Czuje się znawcą literatury, bo czytał Dostojewskiego. Ale Bułkchakow, co to jest? Pisarz? Miasto? Marka wódki? Zmusiłam go do kupna i przeczytania książki i to pierwsza książka, którą kupił po powrocie do USA z Chin w tym roku. Wciąż czekam na jego wrażenia, ale już z góry poinformowałam go, że jeśli nie będzie się mu podobać, uznam go za idiotę.
Podoba mi się w tej książce wszystko i czytam ją z radością. A pomyśleć, że prawie w ogóle mi się nie podobała, kiedy czytałam ją po raz pierwszy, w liceum. Teraz raduje mnie, gdy diabły okrutnie karzą skorumpowanych, pozbawionych współczucia ludzi. Uśmiecham się, kiedy wyśmiewają się z zadufanych w sobie literatów, którzy myślą, że wiedzą wszystko. To idealna satyra na tych, którzy ostatnio mieli lekcje fizyki w liceum, dostali tróję, ale wciąż twierdzą, że potrafią wyjaśnić wszystko nauką i własnym rozumem. Ważnym elementem życia jest duchowość, pojmowana bardzo szeroko, a tego bardzo, bardzo brakuje w Chinach. A z drugiej strony to idealna satyra na chrześcijan, którzy też czują, że wiedzą wszystko. Tylko wspomnieć biednego Joszuę Ha-Nocri z powieści, który żali się, że przekręcają jego słowa.
A przynajmniej ja tak rozumiem książkę.
Lot był opóźniony o godzinę, a trwa pięć. Trzy dłużej i doleciałabym do Polski, do Malezji wcale blisko nie jest. Byłam nadal w podłym nastroju, wzmożonym niewyspaniem i zabieraniem mi siłą moich prywatnych rzeczy przez obsługę lotniska. A może po prostu w Ningbo musiałam trzymać nerwy na wodzy, a tu nagle oczekiwania się skończyły i można było dać upust zdenerwowaniu ostatnich tygodni.
Wszystko ucichło, gdy dotarłam. Byłam tu już rok wcześniej i z radością rozpoznawałam miejsce. Kontrola paszportu trwała pięć sekund, znikły nagle wszechobecne w Chinach tłumy i kolejki. Wymieniłam trochę pieniędzy, poszłam kupić bilet na autobus. Wiedziałam już, że mam jechać do Chinatown i dzięki temu dogadałam się z panią sprzedającą bilety, gdzie mam wysiąść. Nie do końca jej wierzyłam, że na dworcu Pudu Sentral, a nie KL Sentral, uśmiechnęła się lekko, gdy spytałam, czy jest pewna. Potem przypomniałam sobie, że KL Sentral to ta większa stacja i się trochę uspokoiłam, że pani wychowana w KL zna może miasto lepiej niż ja. Po około godzinie dotarłam, rozpoznałam już widok miasta nocą, razem z Petronas Towers i KL Tower.
W Chinatown odbywało się jakieś wielkie święto i przedstawienie, był dziki tłum i zupełnie nie chciało mi się sprawdzać, dlaczego. Okazało się, że panikowanie na lotnisku i zapisywanie map okolicy było zupełnie na nic, powiedziałam policjantowi nazwę ulicy i tak mi wyjaśnił drogę, że za pięć minut byłam na miejscu. Jak mogłam zapomnieć, że to tak wygląda w Malezji? Czyżbym w międzyczasie mieszkała w Chinach?
Trafiłam do hostelu, prowadzonego przez Hindusów i najwidoczniej przez cały ich tłum. Późno już było, prawie jedenasta, siedzieli pod recepcją i gadali głośno. Hostel nie wyglądał na czysty i schludny, to delikatnie mówiąc. W łazience natomiast zaskoczenie: ciepła woda! Tego rodzaju przybytki nie powinny robić takich niespodzianek, bo zawału serca można dostać.
Położyłam się spać. Przedtem przegrałam jeszcze walkę z dziewczyną w dormitorium. Poprosiłam, czy nie moglibyśmy używać latarek z telefonów, bo niektórzy już śpią. Koleżanka odmówiła i podała żelazny argument: bo ma skręconą kostkę. Nie wiem dlaczego skręcona kostka nie pozwala na używanie latarki, ale współczuję jej na tyle podróżowania w takim stanie, że tylko westchnęłam. Niech ma jedyną radość ze skręconej kostki, żelazny argument na wszystko.
Rano wstałam na śniadanie. Salon hostelu jest jednym z najgorszych, jakie widziałam. Na przykład, stoją w nim dwie niedziałające lodówki i wypchane są jakimiś gratami typu reklamówki czy butelki. Naprawdę, brała mnie ochota posprzątać, a sama nie jestem bardzo porządna.
Zrobiłam sobie tosty, nalałam kawy i obserwowałam karalucha biegającego po podłodze. Po śniadaniu po sobie pozmywałam. Wróciłam na chwilę do pokoju podładować elektronikę i nie żałowałam, bo towarzystwo opowiedziało mi o planowanym wyjeździe do Jaskiń Batu, gdzie obecnie odbywa się hinduistyczny festiwal Thaipusam. Odbywa się zawsze w pierwszą pełnię księżyca nowego roku. Zapisałam sobie to w pamięci i wyruszyłam na miasto.
Dzień zaczęłam właściwie od lunchu u Hindusów. Bo nastąpiła we mnie w ostatnich paru miesiącach wielka zmiana- już nie jem mięsa. Zobaczymy, jak dobrze mi pójdzie w podróży, na razie liczę na Hindusów. Od progu krzyknęłam, że chcę wegetariańskie jedzenie i dostałam pożywienie tak przyrządzone, że nie przyczepiłby się nawet najbardziej hipsterski weganin ze stolicy. Zjadłam sobie ryż i popiłam jak zwykle gorącą herbatą z mlekiem, podczas gdy żar lał się z nieba. Zapomniałam już o chińskim zimnie i o śniegu.
Nie miałam żadnej mapy miasta i na oślep ruszyłam po uliczkach Chinatown. Kupiłam sobie kolejne spodnie w słonie, ażeby mieć na zmianę (ubiegłoroczne były całe podarte, zacerowałam je koślawo i spakowałam), krem na słońce (pracownik 7-eleven wystraszył się, jak zobaczył cenę. Myślałam, że kasa się zepsuła, a on po prostu przeżywał, że to takie drogie. Gdyby kolega miał białą skórę, jak ja, też by ochoczo płacił. W całej Azji kremy na słońce są szalenie drogie, nie ma szansy zaoszczędzenia na tym). Zwiedziłam świątynię chińską i doszłam do wniosku, że prawie widzę już Meczet Narodowy, więc mogę podejść do Muzeum Sztuki Islamskiej i zwiedzić je jeszcze raz. Tak mi się podobało rok temu.
Pamiętałam natomiast, jak w tamtym roku starałam się przedostać z Chinatown pod meczet, które dzieli około pięćset metrów i wielki wiadukt. Nie miałam wtedy pojęcia, którędy przejść przez jezdnię i każdy mówił mi co innego. Tym razem najpierw zrobiłam wielkie koło i wróciłam w miejsce, z którego wyszłam, pod świątynię. Potem zasięgnęłam języka w sklepie i pan mi tak wyjaśnił drogę, że przeskoczyłam przez czteropasmówkę we właściwą stronę na oczach policjantów, których to ani trochę nie zainteresowało i razem z innymi przechodniami. Dlaczego nie mogą wybudować ludziom przejścia? Nie wiem. Nawet są wydeptane ścieżki po krzakach przez przechodniów skaczących przez czteropasmówkę i to niejedną.
Zajrzałam najpierw na starą stację kolejową, którą ostatnio pominęłam, w kształcie muzułmańskiego budynku. Co ciekawe, stacja jest nadal w użyciu. Bardzo spodobał mi się, że każdy pociąg miał wagon tylko dla pań („only for ladies”), co było napisane na wagonie na różowo. Rozwiązania, które uznalibyśmy w naszym świecie za zacofane, są czasem bardzo mądre. Zwłaszcza, kiedy podróżuję sama, czułabym się lepiej w wagonie tylko dla kobiet.
Przeszłam koło meczetu i skierowałam się prosto pod muzeum, które okazało się być zamknięte na głucho. Ruszyłam dalej drogą, poszłam do pięknego parku z jeziorem. W każdym możliwym miejscu w cieniu ktoś spał. Nie wiem, czy byli to bezdomni, czy robotnicy odpoczywali w sjestę. Jeśli bezdomni, to dosyć zasobni, bo mieli telefony komórkowe.
Za parkiem był kierunkowskaz na Muzeum Narodowe i postanowiłam zwiedzić, bo czemuż nie.
Zwiedziłam pierwszą salę, na temat prehistorii Malezji. Natychmiast przypomniałam sobie o wszechobecnych w Malezji dzieciach. Właściwie to dobrze, że całe rodziny przychodzą do muzeów spędzać intelektualnie dzień wolny, ale my po prostu nie mamy w Polsce aż tyle dzieci. Jeśli w jednej sali muzealnej pojawi się u nas jedno dziecko, wszyscy od razu się krzywią, że tacy ludzie powinni w domu siedzieć, a nie porządnym bezdzietnym ludziom dzień psuć. Tutaj w jednej sali są na raz przynajmniej trzy rodziny, z dwójką lub trójką dzieci każda, wszystkie radośnie hasają i krzyczą.
Dzieci nie przeszkadzały mi jednak tak bardzo, jak turyści z Chin, którzy ustawiali się do zdjęcia ze mną, podczas gdy zajęta byłam czytaniem wystawy. Pani nie umiała po angielsku słowa, dotknęła mnie, przysunęła się do mnie i gestem kazała patrzeć w obiektyw. Odeszłam pośpiesznie.
Po tej sali podszedł do mnie pan w głównym holu. Wytłumaczył, że starają się ulepszyć muzeum i poprosił mnie o wypełnienie ankiety. Wdałam się z nim w rozmowę i okazało się, że pan ma na imię Fred, mieszka od piętnastu lat w Australii, ale urodził się w Kuala Lumpur. Przyjechał tylko na jakiś czas, ponieważ pomaga przyjacielowi w prowadzeniu firmy i dostali kontrakt od rządu, żeby zajmować się ulepszaniem planowania miasta. Narzekał, że pamięta KL z czasów dzieciństwa i zrobiło się niedawno plastikowe, turystyczne, sztuczne. Rząd płaci im za pomoc w planowaniu miasta, pracowali już w Melace, teraz pracują w KL i potem jadą do Johor Bahru i Penang. Zapytał się, czy wiem o festiwalu w Jaskiniach Batu i czy mam zamiar jechać. Na wieść, że tak, zaproponował, że mnie zabierze, bo on też chce jechać. Nie był od piętnastu lat, bo nigdy nie przyjechał do KL w czas festiwalu, a zawsze lubił tam jeździć. Proponował, że pojedziemy o północy i zostaniemy całą noc, ale powiedziałam, że nie dam rady. Pomijając względy bezpieczeństwa, to muszę przespać chociaż parę godzin, żeby być w stanie funkcjonować. Zmienił zatem całkiem swój plan. Umówiliśmy się na czwartą nad ranem i wymieniliśmy emailami.
Zwiedziłam resztę sal. Ogólnie bardziej interesują mnie kwestie etniczne i kulturowe niż na przykład wojny o kolonialne czy walka o niepodległość. Z nieskrywaną radością obejrzałam jednak wyświetlany film o niepodległości. Uwielbiam propagandę, nic nie bawi mnie bardziej. (no, być może jeszcze disco polo i telenowele) Film wyglądał następująco: dziadek (narodowości malajskiej) siedzi na tarasie domu i patrzy na bawiące się w ogrodzie dzieci: swojego wnuka z najlepszymi przyjaciółmi: Hindusem i Chinką. Dzieci zaczynają się wypytywać, co to znaczy niepodległość. Dziadek pokazuje im stary album ze zdjęciami i opowiada, jak to pięćdziesiąt lat temu walczyli o własny kraj. Mówi wyraźnie, że od samego początku najważniejsza była w Malezji współpraca wszystkich ras zamieszkujących ją, a zwłaszcza trzech najliczniejszych: Malajów, Hindusów i Chińczyków. Opowiada, że za panowania Brytyjczyków te społeczności były rozdzielane i musiały znaleźć sposób na nawiązanie współpracy, by móc stworzyć państwo. Opowiada o biedzie, braku szkolnictwa i wyzysku. Owocem niepodległości, według dziadka, jest powszechna edukacja, fakt, że cała trójka dzieci mieszka na tej samej ulicy i chodzi do tej samej szkoły i kraj jest zamożny.
Jak już wiele razy wspominałam, Malezja powinna być wzorem jeśli chodzi o współpracę różnych ras i narodowości. A co ciekawe, wystawa podkreślała rolę malajskiego nacjonalizmu w procesie walki o suwerenność oraz muzułmańskich nauczycieli z Bliskiego Wschodu w procesie ustanawiania narodowego.
Następna wystawa była poświęcona malezyjskim grupom narodowościowym, nareszcie.
Największą grupą narodowościową są Malajowie. Muzeum definiuje ich jako muzułman posługujących się językiem malajskim i kultywujących zwyczaje malajskie. W roku 644 chiński żeglarz I Ching opisał ich po raz pierwszy. Malajowie stworzyli pierwsze państwowości na półwyspie, a szczególnie Sułtanak Melaki w piętnastym wieku.
Chińczycy podróżowali na półwysep już pomiędzy drugim a szóstym wiekiem naszej ery. Byli to buddyjscy uczeni, którzy przystawali w pół drogi pomiędzy Indiami a Chinami. Współcześni Chińczycy przybyli jednak za sprawą Brytyjczyków, do pracy.
Każda grupa chińska grupa etniczna ma swoje tradycyjne zajęcie. Chińczycy Hakka to rolnicy, Kantończycy to rzemieślnicy, Hokkien to jubilerzy, Tao Chew to biznesmeni, a Chińczycy z Hainanu budowlańcy.
Do dziś każda z tych grup posługuje się swoim dialektem chińskim.
Hindusi przybywali na półwysep od dwóch tysięcy lat i ich religia miała ogromny wpływ na miejscową ludność aż do przybycia islamu. Wtedy zniszczono hinduistyczne przybytki (choć o tym muzeum milczy).
Hindusi przybyli w czasach kolonialnych jako robotnicy na plantacach cukru i herbaty. Są głównie pochodzenia tamilskiego.
Przy wyjściu z muzeum pożegnałam się z Fredem, wykonałam szybkiej oceny sytuacji, doszłam do wniosku, że wyjazd w publiczne miejsce publicznym transportem powinien być bezpieczny nawet z nieznajomym.
Niestety, Muzeum Sztuki Islamskiej było nadal zamknięte. Fred wyjaśnił później, że protestują przeciwko Partnerstwu Transpacyficznemu.
Wróciłam do Chinatown i zjadłam kolację zaraz obok przybytku hinduskiego, gdzie krzyczałam od progu, że jestem wegetarianką. W tym natomiast przybytku zjadłam rybę z grilla. Mało kto rozumie moją dietę, bo nie jem mięsa, a jem ryby. Hindus na pewno by tego nie pojął i nie za bardzo rozumiałby też, dlaczego jem jajka. Ale na szczęście można zmieniać restauracje i nic nikomu nie tłumaczyć.
W hostelu zajęłam się pisaniem i czekaniem na koleżankę, Igę. Razem z Igą mieszkałyśmy w tym roku w Ningbo. Przyjechała na staż i tak splotły się nasze losy. Wyjazdu nie planowałyśmy ani przez chwilę razem, tylko pewnego wieczoru przy piwie i w luźnej pogawędce odkryłyśmy, że dokładnie w tym samym czasie będziemy w Malezji, któraś z nas powiedziała: „To możemy jeździć razem”, a druga powiedziała: „OK”.
Iga nie mogła ustalić do ostatniej chwili swoich planów, wiedziała tylko, że tego dnia będzie opuszczać Singapur i jechać do KL. Umówiłyśmy się, że mniej więcej po siódmej będę w hostelu z dostępem do wifi i da mi znać. Siedziałam i pisałam, zaczynając się powoli niecierpliwić. W końcu sprawdziłam polską komorkę i znalazłam na niej wiadomość od Igi, że dopiero udało jej się wyjechać z Singapuru i jest w autobusie. Zarezerwowałam jej łóżko w moim hostelu, a nawet w moim pokoju.
Okazało się, że mieszkańcy Singapuru jeżdżą w weekend do Malezji, do Johor Bahru, najeść się, bo jest taniej. Iga złapała stopa do granicy i rodzina, która ją podwiozła, wytłumaczyła, że jedzie tylko na dzień, głównie jeść. Nie byłoby to tak szokujące, gdyby nie to, że samochodem trzeba stać dwie godziny w jedną stronę w kolejce do przejścia granicznego. Igę podwieźli do przejścia dla pieszych, stała trzy godziny w kolejce po stronie singapurskiej i dwie godziny po stronie malezyjskiej. Stąd spóźnienie.
Nikt jej nie chciał wierzyć, bo też nikt nie starał się wyjechać z Singapuru w sobotę rano. Ja też nie.
Fred sam do mnie napisał i potwierdziłam plan na następny dzień, ale jednak przesunęłam wyjazd na piątą.
Zanim Iga przyjechała, pisałam, rozmawiałam z ludźmi, a w końcu zmorzył mnie sen i zasnęłam w ubraniu, żeby rano nie tracić czasu. W nocy ktoś wszedł do pokoju. Obudziłam się na tyle, żeby rozpoznać Igę.
-Iga?
-Tak.
-Jutro jedziemy do Jaskiń Batu o piątej rano. Jesteśmy umówione z miejscowym, którego poznałam dzisiaj w muzeum. (nie wiem, czy w tym stanie rzeczywiście użyłam zdania podrzędnego).
-Dobrze.
-Wstajemy o czwartej trzydzieści.
-Dobrze.
Zasnęłam.

Opublikowano Bez kategorii | 9 komentarzy

Wesołych Świąt

Wszystkim pragnę życzyć Wesołych Świąt Bożego Narodzenia. Dużo szczęścia, radości, spokoju. Spełnienia marzeń i dużo czasu spędzonego z bliskimi.

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

Agencje edukacyjne

Gdzieś na wiosnę, z pewnych przyczyn, zajrzałam na stronę internetową amerykańskiego uniwersytetu Cornell, należącego do grupy prestiżowych uczelni Ivy League. Na stronie napisano wyraźnie, że jeśli kandydat podczas procesu rekrutacji korzysta z usług płatnych agencji, nie zostanie przyjęty na studia. W przypadku, gdy nie wyjdzie to na jaw podczas rekrutacji i już zostanie przyjęty, w momencie ujawnienia faktu korzystania z takich usług, zostanie wyrzucony ze studiów. Brzmiało wyjątkowo rygorystycznie. Zupełnie nie zrozumiałam, o co chodzi, a że informacje te nie mają wielkiego znaczenia w moim życiu, od razu o tym zapomniałam.
Jakiś czas później, jedna z moich ubiegłorocznych studentek, Sisi, podczas lunchu zwierzała mi się z ogromnego dylematu. Dostała się na dwie uczelnie, do Hongkongu i do Anglii. Bardzo chciałaby jechać do Anglii, ale już za dużo pieniędzy utopiła, by zapewnić sobie miejsce w Hongkongu, aż trzydzieści tysięcy juanów, czyli około piętnastu tysięcy złotych polskich. Nie mogłam w to uwierzyć, aż tyle pieniędzy, żeby zdać na uczelnię? Tak, wyjaśniła, dziesięć tysięcy musiała zapłacić po otrzymaniu decyzji przyjęcia na studia, aby zapewnić sobie miejsce, a dwadzieścia tysięcy musiała zapłacić agencji, która zajmowała się całym procesem zdawania na studia.
Jako że jestem z natury oszczędna, utkwiło mi to w pamięci. Tyle pieniędzy! I jak Sisi postanowi jednak spełnić swoje marzenie o studiowaniu w Anglii, wszystko się zmarnuje! (Pojechała jednak do Anglii i się zmarnowało)
Opowiedziałam o tym koleżance z pracy, Karen. Słuchała bardzo spokojnie. Kiedy doszłam do momentu, który wydawał mi się niezwykle ekscytujący, kiedy pytam: „I teraz zgadnij, ile to kosztowało!”, Karen bez emocji podała mi mnie więcej poprawną sumę.
Chyba nikt nie lubi, kiedy jego podniecająca anegdota okazuje się zupełnie nieciekawa dla rozmówcy. Spytałam Karen, skąd to wie, na co odparła, że zajmuje się badaniem agencji edukacyjnych.
Wciąż jeszcze nie byłam dostatecznie tym zainteresowana i nie dopytałam się, na czym polegają badania. Dopiero może miesiąc później, podczas długiej przejażdżki autobusem w kierunku świątyni położonej na obrzeżach Ningbo, Karen opowiedziała mi o swojej najnowszej wizycie w agencji i na czym polegają jej badania. Moja reakcja była bardzo typowa dla człowieka zamieszkałego od paru lat w Chinach: niby powinnam być zszokowana, ale w ogóle właściwie nie byłam zdziwiona. Przez parę lat nabrałam bardzo niebezpiecznej tolerancji dla każdego rodzaju kłamstw, oszustw i przejawów ciemnej strony ludzkiego charakteru. Ciekawe, czy jeszcze coś potrafi mnie zbulwersować.
Muszę zaznaczyć, że przedstawione w tym wpisie informacje pochodzą z badań mojej koleżanki z pracy, doktor Karen Newman z Uniwersytetu w Indianapolis w Stanach Zjednoczonych. Wyraziła zgodę na ich publikację przez mnie pod warunkiem, że to wyraźnie zaznaczę. To ona zainteresowała się tematem, spędziła dużo czasu, przepytując studentów, odwiedzając agencje edukacyjne i badając procedury, aby dociec prawdy. Podzieliła się ze mną wynikami, a swoje badania oficjalnie opracuje i opublikuje. Część informacji zawartych w poście to moje opinie i wyniki moich rozmów ze studentami, ale zainteresowałam się tematem dopiero po tym, gdy Karen wytłumaczyła mi w jaki sposób działają agencje. Jest to zatem jej własność intelektualna.
Karen wykłada na wydziale języka angielskiego i skupia się na metodyce nauczania angielskiego jako języka obcego. Nie jest zatrudniona przez moją uczelnię, a przez Uniwersytet w Indianapolis. Moja uczelnia bowiem ma program partnerski z jej uczelnią, w sposób ostatnio bardzo popularny w Chinach. Studenci odbywają dwa pierwsze lata nauki w Chinach, a potem albo płacą bardzo dużo pieniędzy i wyjeżdżają na dwa ostatnie lata do Stanów, albo zostają w Chinach i wykładowcy ze Stanów przyjeżdżają do nich. Wykładowcy przyjeżdżają tylko na jeden semestr co roku i w większości znam ich tylko z widzenia, bo wszyscy to panowie po pięćdziesiątce lub nawet sześćdziesiątce i doprawdy nie mam nic z nimi wspólnego. No wszyscy, oprócz Karen.
Należy wyjaśnić, czym dla Chińczyków jest studiowanie za granicą. Przede wszystkim, Chińczycy są przekonani, że system edukacji w Chinach jest tragicznie zły. Polemizuję z tym w tylu wpisach, że nawet nie mam zamiaru tego jeszcze raz poruszać. Powiem tylko, że sama polecam dobrym studentom wyjechać, bo w Chinach na studiach nie robi się nic absolutnie i uważa się, że studia są od spania, jedzenia i bawienia się komórką na lekcji, a profesor ma święty obowiązek nie tylko zaliczyć, a jeszcze postawić piątki. Poza tym, Chiny są zupełnie odcięte od świata zewnętrznego, więc taka wizyta za granicą, jeśli się ją dobrze wykorzysta, może naprawdę zmienić życie studenta. A dodatkowo, za granicą można spotkać zróżnicowanych ludzi, wysokich, niskich, czarnych, białych, grubych, chudych, gejów, chrześcijan, ateistów, buddystów, wszystkich. A na zajęciach nie wymaga się recytowania, tylko krytycznego myślenia. Nie pozwala się ściągać i kopiować z internetu. To wszystko może bardzo rozwinąć. Pokrótce, uważam, że inteligentni studenci się tu w Chinach marnują. Powinni wyjechać i korzystać z nieograniczonego propagandą dostępu do informacji i nauki.
Chińczycy jednak nie myślą tymi kategoriami, co ja. Nie chcą wysyłać swoich dzieci za granicę, aby miały dostęp do książek i wiadomości, ale dlatego, że Chiny są złe, a zagranica cudowna. A który kraj jest najlepszy za granicą? Ameryka! (Większość ludzi tu myśli, że Ameryka to kraj i bezskutecznie uczę studentów wymawiać słowo „USA”) Ameryka to najlepszy na świecie kraj. W Chinach słynie z najlepszej edukacji na świecie. Naprawdę. Mówię studentom, że my się śmiejemy z Amerykanów- ignorantów i mi nie wierzą. Według nich to najmądrzejsi ludzie. Widzą Zachód niczym jeden wielki jednolity kulturowo kraj, a „Amerykę” jako jego stolicę.
To jest jeden z powodów. Niestety, najczęstszym powodem wyjazdu na studia nie jest jednak zainteresowanie Ameryką czy studiami. Chińscy studenci słyną na całym świecie z trzymania się razem i niezadawania z nikim innym. Zwykle nie wyjeżdżają, bo są zainteresowani, ale dlatego, bo tak wypada. Studia za granicą stały się symbolem statusu. Są bardzo drogie i zwykle w przypadku Chińczyków opłacane nie ze stypendiów, a z kieszeni rodziców. Większość Chińczyków nie interesuje też, w którym kraju studiuje ich dziecko, byle był to Zachód (Zachód to przecież jeden kraj, więc co za różnica). Chińczycy kierują się w życiu swoją pozycją w społeczności i każdy członek rodziny ponosi odpowiedzialność za reputację rodziny. Na przykład, młoda dziewczyna nie może zadecydować, że wyjdzie za mąż po trzydziestce, ponieważ wszyscy będą obgadywać rodziców, że córka jest nieudacznikiem i nie potrafili jej wychować ani się nią zająć. Dużo kobiet podejmuje tak ważną decyzję, jak małżeństwo, kierowane tylko poczuciem obowiązku. Jeśli nie wyjdą za mąż, rodzina straci twarz. Jeśli tak ważne decyzje podejmowane są pod presją społeczną, co dopiero studia? W sytuacji gdy rodzina obraca się w bogatym kręgu, dziecko wysłać za granicę należy. Skoro wszyscy znajomi wysłali swoje pociechy za granicę, rodzina, która tego nie zrobi, jest gorsza. Tym tylko motywowana jest duża ilość chińskich studentów.
Oczywiście, mam wielu fantastycznych i mądrych studentów. W tym wpisie zajmuję się jednak tymi zupełnie niezainteresowanymi nauką i światem zewnętrznym, wyjeżdżającymi za granicę tylko w celu robienia zakupów. I takich studentów jest niestety ogromna ilość.
Studenci często nie są zainteresowani nawet kierunkiem swoich studiów. Aplikują na te, na które mają szanse się dostać. Wciąż jednak najpopularniejszym kierunkiem studiów wśród Chińczyków jest ekonomia, a nie nauki humanistyczne.
To jest zatem pierwsza różnica pomiędzy nami a studentami z Chin- my interesujemy się kierunkiem studiów, który wybieramy.
Druga ogromna różnica tkwi w poziomie znajomości języków obcych, nawet języka angielskiego. Studenci z Europy mówią po angielsku różnie, ale Chińczycy mówią po prostu źle. Najprościej byłoby winić za to ogromną różnicę pomiędzy językiem angielskim i chińskim, ale według mnie to mała część problemu. Jestem zdania, że to problem kulturowy. Chińczycy mają ogromny kraj, odcięty od świata zewnętrznego. Spotkałam już studentow, którzy nie wyobrażają sobie, że ja nie mówię po chińsku i tłumaczą mi wszystko po chińsku. Jak im mówię, że nie rozumiem, patrzą sie na mnie jak na szaloną. To nie jest częste wśród studentów, nie, ale powszechne w narodzie. Nie potrafią wyobrazić sobie innego świata, innego języka.
A powszechne natomiast jest inne zachowanie: mówię coś do studenta, a ten, zamiast dać mi skończyć zdanie, odwraca się od razu do koleżanki czy kolegi i pyta w popłochu: Shen me yi si?! (to to znaczy?) Nie chce się postarać zrozumieć, poprosić, żebym powtórzyła, jeśli nie jest po chińsku, jest panika. Trudno sobie wyobrazić świat poza Chinami, gdzie obowiązują inne normy i mówi się inaczej.
Kiedy w te wakacje grupa wykładowców i studentów z mojej uczelni jechała na uczelnię do Polski, zwróciła się do mnie o rady. Zadali jedno pytanie. Tylko jedno. Brzmiało ono: czy w Polsce są jakieś agencje turystyczne prowadzone przez Chińczyków? Zdziwiona, spytałam, po co im, przecież nie jadą na wycieczkę, a na uczelnię, uczelnia się nimi zajmie. Nie, uparła się pani profesor, musi się nimi zająć na miejscu Chińczyk. Cały czas musi im towarzyszyć ktoś mówiący po chińsku. Nieważne, że uczelnia się nimi zajmie, nieważne, że na pewno zorganizowała im cały pobyt. Musi być Chińczyk i już, jak nie będzie w pełni po chińsku, będzie przerażająco, obco i na pewno niebezpiecznie.
A ponadto, nawet jeśli mówią po angielsku bardzo dobrze, mówią swoją wersją angielskiego, nazywaną powszechnie Chinglish. Chinglish ma swoją własną składnię, gramatykę i słownictwo, trzeba trochę pomieszkać w Chinach, by móc zrozumieć Chinglish. Rozumiem studentów, którzy nigdy nie byli za granicą i powtarzają błędy swoich nauczycieli, którzy też nigdy nie byli za granicą i za bardzo nie umieją po angielsku. Ale ludzie, którzy studiowali i mieszkali w krajach anglojęzycznych? Pani doktor kulturoznawstwa, która to studiowała całe lata w Sydney, wymawia słowo clothes (ubrania) nie poprawnie, /klouʃz/, tylko tak jak wszyscy Chińczycy, /klouzez/. A druga pani, żona Anglika, która mieszkała w Anglii lata całe, mówi o sobie „I am local people” (jestem miejscowymi ludźmi) zamiast „I am a local person”, powielając błąd Chińczyków, którzy nie są w stanie rozróżnić słów „osoba” i „ludzie”. Studenci natomiast, którzy za rok jadą do Indianapolis na studia, podchodzą do mnie usprawiedliwiać nieobecność słowami „yesterday I have a headache” (wczoraj boli mnie głowa), bo nie są w stanie używać czasu przeszłego. A gdy odpowiadam, że jeśli boli ich głowa, to niech wezmą aspirynę i przyjdą na zajęcia, odpowiadają w przerażeniu, że mnie nie rozumieją (wszak mówię strasznym obcym językiem). I za rok jadą na studia.
Anglistyka w Chinach ma wyższy poziom, ale to jednak nie to samo. Mają może poziom pozwalający na zrozumienie, gdy do nich mówię, ale mówię do nich prostymi słowami. Umieją swobodnie się wypowiadać, ale to nie poziom anglistyki z Polski. Jest to być może poziom dobrego licealisty. Mimo to, bardzo lubię studentów anglistyki.
Nie dalej jak dwa dni temu moja koleżanka Polka poznała jedną z moich studentek i stwierdziła, że fajna dziewczyna, ale powinna trochę się podciągnąć z angielskiego, bo w ogóle nie da się zrozumieć, co mówi. Do teraz jestem w szoku, bo ta studentka jest w zdecydowanej czołówce i na pewno dałabym jej sto procent na koniec, gdyby nie to, że tego z zasady nie robię.
Całe szczęście, takich studentów, którym bym chętnie dała sto procent, jest całkiem sporo. Mają jednak poziom dobrego licealisty z Polski, nie studenta. Ostatnio grałam z jedną grupą w grę Taboo, podczas której grupa musi zgadywać słowa. Studenci patrzyli z przerażeniem, kiedy podawałam im słowa na kartce. Nie znali najprostszych, takich jak mąż, strach, wakacje. I za rok planują studia w swojej wymarzonej „Ameryce”. W której będą się trzymać swoich znajomych Chińczyków, bo inaczej musieliby się skonfrontować ze strasznym językiem angielskim.
Podsumowując- mówią źle po angielsku, bo nie chcą się uczyć. Jeśli się starają, mówią dobrze.
Jedna ze studentek Karen, studentka anglistyki, która dodatkowo spędziła dwa lata w Indianapolis, dostała się na studia magisterskie na New York University, oczywiście z pomocą agencji edukacyjnej. Uniwersytet kazał jej podejść do testu znajomości języka i go oblała. Nie przyznali, że popełnili błąd przyjmując ją, ale przez rok nie było jej wolno zapisać się na prawdziwe zajęcia, tylko uczyć się języka angielskiego.
Student z Europy zawsze są dwa kroki do przodu jeśli chodzi o znajomość języków obcych, ale nie tylko. Potrafimy pisać wypracowania, rozprawki, prowadzić krytyczne rozumowania, wypowiadać się, podawać swoje opinie. A przynajmniej dobry student potrafi. Potrafimy napisać maila. Żaden z moich studentów nie umie napisać do mnie poprawnie maila.
Spędziłam ostatni semestr na uczeniu studentów drugiego roku, że nie wolno plagiatować. Pisaliśmy streszczenia, parafrazy, uczyliśmy się komponować przypisy. Pod koniec takiego kursu dostawałam zadania domowe ściągnięte z internetu, a pisanie streszczenia i parafrazy polegało na przepisaniu tekstu. Planowałam prosty esej „za i przeciw”, ale nawet do tego nie doszliśmy, skoro parafraza przerosła ich intelektualnie. A zaraz potem studenci pojechali na studia do Ameryki.
A zatem, chiński student postanawia zdać na zagraniczną uczelnię. Przy swojej znajomości angielskiego i zablokowanym dostępie do Googli nie jest w stanie wyszukać informacji na temat procesu rekrutacyjnego. Gdyby nawet mógł, zagranica często go nie interesuje. A w tym wpisie zajmujemy się studentami bogatymi. Bogaci ludzie zlecają innym swoje obowiązki, po co mieliby wykonywać je sami?
Bogatych studentów jest bardzo, bardzo dużo. A jakim cudem, skoro Chiny to wyjątkowo biedny kraj? Ostatnio przeczytałam, że jeśli policzymy roczny dochód kraju na osobę, Chiny będą gdzieś między Bośnią i Botswaną. A mimo to, duże miasta zamieszkują tak bogaci ludzie, jakich nigdy nie spotkałam w Europie. Studenci, którzy jeżdżą BMW, twierdzą, że mają stosunkowo mało pieniędzy. Takie pieniądze, jakie zarabiają chińscy biznesmeni, nie śniły nam się w Polsce. A Chiny to kraj tak ogromny, że jeśli nawet jeden procent ludności tylko byłby zamożny, to ogromna ilość bogaczy i potencjalnych studentów wysyłanych na studia w celu podwyższenia statusu rodziny.
Poprzez zagranicę rozumiemy teraz wszystko, począwszy od Hongkongu, a skończywszy na Australii, Kanadzie, USA, Europie. Skupię się na USA, bo na tym naturalnie skupiły się też dociekania Karen.
Mamy zatem przykładowego studenta. Nie rozumie słowa mówionego ani czytanego po angielsku, nie wyszuka sobie zatem informacji. Nie wie, na którą uczelnię chce zdawać ani co studiować. A co właściwie musi przygotować w celu złożenia podania na studia?
Egzaminy. Każdy student niepochodzący z kraju anglojęzycznego musi zdać egzamin oceniający poziom języka angielskiego, albo TOEFL, albo IELTS. Uczelnie zwykle podają próg punktów, który należy uzyskać, by móc być przyjętym. W przypadku IELTS, bo ten egzamin wydaje się być popularniejszy, przynajmniej wśród moich studentów, wynosi 6.5, czasem 7, czasem 7.5. Maksymalna ocena to 9.
Kandydaci na studia pierwszego stopnia muszą zdać egzamin SAT, a na studia magisterskie i wyższe: GRE. W skład egzaminu wchodzi i język angielski, i matematyka, i pisanie wypracowania.
W skład podania wchodzi zawsze „statement of purpose”, czyli esej przedstawiający kandydata. Należy zacząć od wyjaśnienia, skąd wzięło się zainteresowanie kierunkiem studiów, podsumować dotychczasową pracę naukową, zainteresowania. Najważniejsza część to prezentuje zainteresowania naukowe i cele badawcze. Taki esej musi być napisany bezbłędnie i przedstawić kandydata w jak najlepszym świetle.
Oceny. Wiele zagranicznych uczelni wymaga odpowiedniej średniej ocen od kandydatów, inne wymagają odpowiedniej średniej tylko w celu ubiegania się o stypendia.
Listy rekomendacyjne. Do każdego podania należy załączyć listy polecające od nauczycieli.
Dobrze jest też pokazać w swoim podaniu, że ma się przeróżne zainteresowania, że wykonywało się prace wolontariackie.
I co robi bogaty student, bez żadnych zainteresowań, bez dobrych ocen, bez znajomości angielskiego, który nigdy nie udzielał się na żadnych lekcjach i nie zarobił sobie na dobrą opinię żadnego nauczyciela? Stawia czoło prawdzie, że nie nadaje się na studia? Ależ nie! udaje się do agencji edukacyjnej.
Agencje edukacyjne wyrosły jak grzyby po deszczu, by stawić czoła popytowi na zdawanie na studia za granicę. Zatrudniają bardzo często „native speakerów”, czyli ludzi najbardziej poważanych w Chinach. Uważa się, że jeśli ktoś pochodzi z Ameryki, niechybnie potrafi zdać nawet i na Harvard.
Niektóre prace wykonywane przez agencje są bardzo uczciwe i potrzebne. Wyobraźmy sobie nawet najlepszego studenta, który chciałby zdać na studia w sposób uczciwy. W Chinach miejscowi nauczyciele nie bardzo się znają i sami mówią w Chinglish zamiast po angielsku, mimo często najszczerszych chęci, a nauczyciel obcokrajowiec przypada często jeden na setkę studentów, nie może więc pomóc każdemu. Agencje pomagają takim studentom wybrać uczelnię, uczą, jak pisać maile do pracowników, jak napisać eseje, poprawiają błędy, tłumaczą, doradzają. Wydaje mi się to uczciwe. Każdy kandydat potrzebuje przecież rady i pomocy. Takiego rodzaju usługi są najtańsze. Mało kto jednak korzysta z agencji w tak moralnie nieskazitelny sposób, nawet lepsi studenci płacą więcej i oszukują więcej.
Częścią podania, którą najłatwiej jest oszukać, jest „statement of purpose”. Jest to dyskurs właściwy kulturze zachodniej. Kandydat przedstawia siebie jako jednostkę, co jest niemożliwe w kulturze chińskiej. Trzeba napisać o tym, skąd wzięło się zainteresowanie kierunkiem studiów i zawsze pisze się, dlaczego jest ważny dla kandydata. Potem opowiada się o zainteresowaniach, przedstawiając kandydata pośrednio jako ciekawą i wszechstronną jednostkę. Trzeba wykazać indywidualność, wyjątkowość. Potem trzeba wykazać się znajomością wybranych zagadnień badawczych i zgrabnie podsumować.
Jak wyglądałby esej napisany na swój temat przez Chińczyka? Najpierw napisałby niechybnie z którego miasta pochodzi i o swoich rodzicach i jak bardzo jest wdzięczny, że dali mu życie. Potem o tym, jaka była bieda w domu, gdy dorastał, rodzice pracowali tak ciężko, by on miał ubranie, jedzenie i mógł iść do szkoły, oraz głodowali, by on mógł się najeść. Potem o tym, że bardzo ciężko uczył się do gaokao (matury), by móc zdać na dobre studia, studiować ekonomię i zostać biznesmenem. Kierunek studiów jest ważny, ponieważ pozwoli mu na stanie się bogatym człowiekiem i zapewnienie szczęśliwej starości rodzicom. Pragnie też zdobyć dobrą żonę (bez dobrej pracy, pensji i mieszkania się nie da), bo wtedy rodzice będą mieć wnuka i będą szczęśliwi. Pod koniec niechybnie pojawi się parę haseł, w stylu: pokonam wszystkie przeciwności! Nigdy się nie poddam! Będę ciężko pracował! Do boju!
Taki esej wyląduje od razu w koszu, a jeśli jest napisany w Chinglish, to już zwłaszcza.
Co zatem robi się, by wysłać dobry esej? Zwykle płaci się agencji, żeby napisała go od początku do końca. Kandydata nie obchodzi treść, byle by było dobrze. Co mądrzejsi studenci, którzy mają swoją opinię w sprawie treści, piszą po chińsku, a ktoś w agencji tłumaczy. Nikt nie widzi w tym nic złego.
Spytałam się Daisy, czy uważa to za moralne. Zastanowiła się i odparła, że jeśli agencja „tylko” tłumaczy, to jak najbardziej. Zapytałam, jakim cudem, skoro esej pokazuje też umiejętność pisania po angielsku. Daisy powiedziała na to, że tak robią wszyscy i będą robić tak jeszcze częściej, bo coraz więcej ludzi chce studiować za granicą. W sposób właściwy dla Chin, gdzie wzrusza się ramionami, że korupcja była, korupcja jest i będzie coraz więcej korupcji i nie ma sensu z tym walczyć. O jakimkolwiek problemie społecznym byśmy nie wspomnieli, Chińczyk powie: „to są Chiny” i przejdzie z tym do porządku dziennego.
Listy rekomendacyjne student może sam zdobyć od profesorów. Często jednak nawet tego nie chce mu się zrobić i agencja fałszuje referencje.
Ocen chyba nie da się podrobić, chociaż może niektóre agencje posuwają się tak daleko. Chociaż jeśli studenta stać na zapłacenie całego czesnego, niskie oceny nie powinny być problemem.
Do egzaminów studenci chińscy uczą się fanatycznie. Wydają ogromne pieniądze na kursy przygotowawcze, przynajmniej pięć razy więcej, niż my w Polsce. Mimo to, do egzaminu podchodzą zwykle więcej niż raz, czasem nawet po pięć razy, aż uzyskają wymaganą ocenę. Każde podejście to około dwustu dolarów, czyli więcej niż pensja robotnika fabrycznego w Chinach.
Ostatnio przepytywałam moją studentkę przed ustną częścią IELTS. Nauczyła się na pamięć odpowiedzi. Zauważyłam, że mówi nie na temat trochę za każdym razem i zwróciłam jej uwagę. Upierała się przy swoim, że ona sama nie umie odpowiedzieć na pytanie, najlepiej nauczyć się na pamięć wielu odpowiedzi, bo zwykle pytania są podobne.
Może na egzaminy też da się wysłać kogoś innego. takie informacje zawsze najtrudniej uzyskać, nikt się dobrowolnie nie przyzna. Wiem tylko, że coś takiego musiało się w przeszłości zdarzać, bo obecnie przy egzaminach zachowuje się wręcz śmieszne środki bezpieczeństwa. Zdawałam w te wakacje TOEFL w Krakowie. Było nas sześcioro zdających. Wszyscy prawie płakali ze śmiechu, bo przed wejściem na salę nadzorujący egzamin sprawdzał nas wykrywaczem metalu i przeszukiwał kieszenie. Każdy miał robione zdjęcie, dołączane później do wyników. Po przerwie trzeba było się jeszcze raz wylegitymować dowodem osobistym. Wyglądało to naprawdę śmiesznie, kiedy była nas szóstka, ale w Chinach, gdzie na sali jest przynajmniej setka studentów? Myślę, że i tak dałoby się znaleźć kogoś podobnego do siebie i podesłać na egzamin.
Kandydaci ponadto zwykle korespondują z pracownikami uczelni, na którą zdają, pytając się o wymagania, wyjaśniając niejasności w procesie rekrutacyjnym. Oczywiście, zamiast studenta może pisać pracownik agencji, robiąc tym samym dobre wrażenie na pracownikach uczelni.
Z agencji edukacyjnych można zatem korzystać na wiele sposobów, albo uczciwie zapłacić im za poradę, albo nie zrobić nic i zapłacić odpowiednio dużo pieniędzy, by sfałszowali za kandydata wszystko co trzeba. Agencje bardzo się starają być skuteczne, ponieważ opłata uiszczana jest po otrzymaniu decyzji dostania się na studia. Student zatem kontaktuje się z agencją, mówi pracownikom, że życzy sobie dostać się na Harvard, po czym, nie zrobiwszy sam nic, płaci im dopiero po otrzymaniu decyzji pozytywnej. Taka „pełna” usługa kosztuje w okolicach sześćdziesięciu juanów, czyli trzydziestu tysięcy złotych polskich.
Dlatego raz słyszałam podobną rozmowę wśród chińskich studentów:
-Zdaję w przyszłym roku zdaję na studia do Ameryki.
-Gratulacje!
-Ale czekajcie- wtrącam się- dlaczego mu gratulujesz, jeszcze się nie dostał.
-Ale my Chińczycy uważamy, że „zdaje” oznacza „dostał się”.
Wszystko jasne?
Zatem dlaczego uczelnie zagraniczne się na to wszystko zgadzają? Oczywiście dlatego, bo potrzebują pieniędzy. Chińscy studenci stanowią obecnie większość zagranicznych studentów w większości krajów, a czasem nawet większość studentów. Jest tak na niektórych kierunkach w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Wielkiej Brytanii i Niemczech. Chińczycy mają pieniądze, płacą czesne, wydają bardzo dużo na luksusowe produkty.
Nawet moi znajomi Polacy opowiadali mi, że kiedyś spotkali przez przypadek a północy Chin polskiego profesora ze znanej polskiej uczelni. Przyjechał do Chin namawiać studentów chińskich, by przyjechali na jego wydział studiować. W przypadku, gdyby mu się nie udało, wydziałowi groziłoby zamknięcie.
Studenci chińscy stanowią jedną trzecią na studiach pierwszego stopnia w USA.
Uczelnie na Zachodzie, jeśli wiedzą, co się dzieje, wolą zatem przymknąć na to oko. W grę wchodzą za duże pieniądze. W wielu przypadkach jednak nie wiedzą, nie mają pojęcia. Jeśli ktoś nie był w Chinach, w głowie mu się często nie mieści, co tu się dzieje. Podejście do moralności jest bardzo makiawelistyczne, czyli jeśli się udało osiągnąć cel, nieważne, w jaki sposób nam się udało.
Wiele osób ostrzegało Karen, by nie publikowała swoich badań. Ja zażartowałam, czy nie boi się, że dostanie groźby śmierci? Karen zupełnie nie zrozumiała, że żartuję i poważnie odparła, że wie, że ludzie będą jej grozić śmiercią, ale i tak postanowiła to opublikować.
A jak radzą sobie Chińczycy po dostaniu się na studia? Cóż, podkreślam, że zajmuję się teraz słabymi, acz bogatymi studentami. Mądrzy studenci radzą sobie znakomicie. Ci jednak, którzy dostali się na studia w sposób nieuczciwy, nie radzi sobie wcale. Nie spodziewali się, że to będzie problemem, wszak na studia należy się w Chinach tylko dostać, a potem już nie trzeba się starać. A tu niestety, na Zachodzie trzeba się uczyć! I, o zgrozo, nie wolno ściągać!
Mogę polecić taki oto artykuł:

http://www.businessinsider.com/wholeren-education-report-on-chinese-students-2015-5

Studenci często nie umieją po angielsku, nie chcą się uczyć, plagiatują i ściągają. W drastycznych przypadkach są wyrzucani ze studiów.
W mniej drastycznych przypadkach jakoś sobie radzą, a zachodnie uczelnie coraz bardziej wychodzą naprzeciw im potrzebom. Karen jednak opowiada mi, że zajmują się głównie zakupami. W USA największą atrakcją jest kupienie sobie BMW, ubrań najdroższych marek i elektroniki, ponieważ są „tanie”- czyli tańsze niż w Chinach. Podczas zorganizowanej dla nich orientacji zachęcani są do zadawania pytań i chcą tylko wiedzieć, gdzie kupić tanie porche. Robią potem zdjęcia podobnym nabytkom i umieszczają na mediach społecznościowych, by pochwalić się przed kolegami, którzy zostali w Chinach.
Tyle korzystają z wolności słowa i dostępu do informacji.
Dla kogo ten cały system jest korzystny? Dla tych, którzy zarabiają na nim pieniądze. Dla kogo jest niekorzystny?
Dla Chińczyków. Podkreślę jeszcze raz i dobitnie: takie zepsute jednostki nie reprezentują całego narodu. Mam wielu przemiłych, bardzo uczciwych i ciężko pracujących studentów. Ci często nigdzie na studia za granicę nie jadą, bo ich nie stać. A często uczciwie chcieliby przygotować sami swoje podania na studia i są one znacznie gorsze te niż zawodowo sfałszowane przez agencje. I nie mają szans.
Cieszy mnie dlatego bardzo, że część takich studentów rozumie, że Ameryka to nie centrum wszechświata i istnieją inne kraje. Jeden student niedawno mi się pochwalił planem studiowania w Polsce. Nie może studiować za darmo, tak jak my, ale i tak jest taniej niż w Chinach. To na pewno wielka szansa dla mniej zamożnych, i nie trzeba też płacić agencjom, bo jeszcze nie zmonopolizowały procesu zdawania na polskie uczelnie. Szkoda tylko, że tylko jeden student wpadł na taki pomysł.

Opublikowano Bez kategorii | 42 komentarzy

Nauczycielki chińskiego i dramat edukacji konfucjańskiej

Sporo na blogu jest o mnie jako nauczycielce. Rzeczywiście, w pewnym momencie zrozumiałam, że chyba za ciężko byłoby mi wykonywać inny zawód, nie wspominając już o robieniu rzeczy tak mrożących krew w żyłach, jak na przykład praca w lecie, kiedy każdy powinien mieć przecież wakacje. W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że zawód to moja druga natura i nie mogłam zostać nikim innym, bo zawsze dążyłam właśnie do tego, choćbym bardzo temu zaprzeczała.
Przekleństwem każdego nauczyciela, a przynajmniej nauczyciela oddanego swojej pracy, jest to, że nauczycielem jest dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nigdy nie da się wyjść z pracy, jest tak głęboko w nauczycielskiej naturze, że odpowiednie zachowania uruchamiają się automatycznie, jak u psa Pawłowa. Po czym rozpoznać nauczyciela wśród tłumu nieznajomych? Najczęściej mówi głośno, tak, żeby wszyscy go zrozumieli. Często mówi bardzo dużo. Często powtarza to samo kilka razy. Wypowiada się z pewnością siebie, stanowczo. Jeśli prosimy o wytłumaczenie, od razu zmienia ton głosu i mówi do nas miękko, cierpliwie, jak do małego dziecka. Zwykle ma przy sobie coś do pisania, a jeśli jest w drodze do lub z pracy, ma przenajdziwniejsze rzeczy: stosy papieru, nożyczki, skrawki papieru, komputer, obrazki, pinezki, naklejki, książki, maskotki i zabawki. Lista tych przedmiotów może być zupełnie podobna nawet, jeśli pracuje na uniwersytecie. Niesie to wszystko ze sobą, aby pracować w domu do wieczora, wbrew ogólnemu przekonaniu w społeczeństwie, że jego praca skończyła się o dwunastej.
Tym bardziej czasem warto przestać być nauczycielem i stać się uczniem, choćby na godzinę w tygodniu. Lepiej nie zapominać, jak to jest uczyć się.
Jak wiadomo, od lat trzech uczę się języka chińskiego. Postanowiłam podzielić się opowieścią o całym poczecie nauczycielek chińskiego, które starały się mnie czegokolwiek nauczyć. Bo chyba nie ma nic gorszego, niż uczyć nauczyciela. Języków uczę od lat (tu zawahałam się przed wklepaniem liczebnika) około ośmiu. Zaczęło się na studiach od udzielania korepetycji, by zarobić na utrzymanie. Jako że po studiach nie umiałam robić nic innego, uczyłam dalej. Mam wszelkie przeróżne certyfikaty i potrafię na temat uczenia języków dyskutować godzinami. Tym bardziej współczuję każdemu mojemu nauczycielowi.
Jiejie.
Z treści bloga najlepiej jest znana Jiejie, czyli moja pierwsza nauczycielka języka chińskiego. Jeśli nie zawodzi mnie pamięć, poznałam ją w okolicach Bożego Narodzenia po przyjeździe do Chin, czyli po dwóch miesiącach pobytu. Byłam chora, lekarze nie umieli mi pomóc, bo nawet stos antybiotyków dziennie nie pomoże na mieszkanie, w którym masło orzechowe zamarza na kość w nocy i trzeba je grzać w mikrofalówce, żeby zjeść na śniadanie. W pracy dział się dramat za dramatem, a pracowaliśmy wszyscy od rana do wieczora. W retrospekcji, dobrze zrobiłoby mi wtedy wolne choć na tydzień.
Chciałam bardzo się uczyć chińskiego, ale w prawie dwumilionowym Cixi nie było prawie wcale obcokrajowców, a zatem żadnych szkół. Nie było też wiele styczności z kulturą chińską: tylko blokowiska, supermarkety i miejsce pracy. Żadnych studentów zainteresowanych kaligrafią, żadnych muzeów, żadnych wystaw, nic. W kontakcie miałam napisane, że szkoła gwarantuje mi godzinę lekcji chińskiego tygodniowo za darmo. Upewniłam się przed przyjazdem, czy to prawda, o co później moi zwierzchnicy byli źli, bo przeze mnie musieli to zorganizować, co nawet mi wprost wypomnieli. Jak ja śmiałam.
Lekcje oczywiście okazały się farsą.
Pomarudziłam trochę koleżance z pracy i postanowiła znaleźć mi nauczyciela. Napisała ogłoszenie na portalu lokalnym. W międzyczasie, porozmawiała ze szkołą języka chińskiego w Ningbo i okazało się, że mogą znaleźć mi nauczyciela i w Cixi. Tak zrobili, a wtedy nadeszła odpowiedź na ogłoszenie, która brzmiała bardziej jak list miłosny. Napisałam panu nauczycielowi, że już mam nauczycielkę, na co ten odparł, że cóż, i tak odmieniłam jego życie moim emailem. Na szczęście wymiana zdań skończyła się na tym.
Pewnego grudniowego dnia zatem odwiedziła mnie w domu Jiejie. Pierwsza lekcja była nieco traumatyczna. Siedziałyśmy w moim przedsionku, który to pełnił rolę salonu i nie miał ogrzewania. O mały włos nie zamarzłyśmy na kość. Do tego zjawiła się przedstawicielka szkoły z Ningbo, choć jasno jej mówiłam, że nie ma potrzeby przyjeżdżać. Musiała się jednak upewnić, że na pewno zgodzę się na lekcje i postanowiła zdobyć klienta sposobem jak najbardziej natarczywym i wprosić się do mnie do domu. Siedziała zatem i patrzyła się na naszą lekcję, ku zawstydzeniu całego, kostniejącego z zimna, towarzystwa.
Na następną lekcję umówiłyśmy się w szkole Jiejie, bo nie chciała, całkiem słusznie, do mnie przyjeżdżać. Niestety, okazało się, że mieszka na przedmieściach Cixi. Zaoferowała się, że przyjedzie do mnie autobusem i nauczy mnie, jak jechać. Za pierwszym razem mi zatem potowarzyszy, żebym się nie zgubiła, zwłaszcza, że nic nie umiem powiedzieć po chińsku. Stanowczo odrzuciłam jej propozycję, mówiąc, że ja sobie ze wszystkim poradzę, niech mi tylko napisze, gdzie mam jechać.
W odpowiedzi przysłała mi mailem cały zestaw: narysowała mapkę skrzyżowania zaraz pod moim domem, bo stamtąd na szczęście odjeżdżał autobus. Potem napisała, jak się nazywa miejsce, gdzie mam dojechać. Zrobiła mi zdjęcie przykładowego autobusu, a raczej busika.
Przepisałam, a raczej przerysowałam (bo pisać jeszcze nie umiałam) nazwę miejsca i udałam się na przystanek. Zatrzymywałam wszystkie autobusy po kolei, pokazywałam im kartkę i czekałam, czy każą mi wsiadać, czy sobie iść. W końcu ktoś kazał mi wsiąść. Pojechałam trzęsącym się busem zupełnie w nieznane. Okazało się później, że jedzie on przez okoliczne wioski, naokoło. Byłam bardzo przerażona. Jechaliśmy przez jakieś wsie, pola, góry, jeziora, cmentarze. Bus jechał brawurowo i zatrzymywał się z piskiem opon, gdy tylko kierowca zauważył kogoś czekającego przy drodze. Coraz gorzej się czułam, a nie byłam przecież w stanie nikogo zapytać o nic. Czy już nie przejechaliśmy miejsca, gdzie będzie czekać Jiejie? Gdzie jedziemy?
W rozpaczy, starałam się przekazać moje wątpliwości pani zbierającej opłatę za przejazd. Pokazywałam palcem na koślawo narysowaną przeze mnie nazwę miejsca. Pani mówiła coś w odpowiedzi i skręcała się ze śmiechu, że nie rozumiem, a razem z nią wszyscy pasażerowie i kierowca. Nigdy nie widzieli w tym busie obcokrajowca. Po chińsku do niego mówią i nie rozumie! Pani chciała coś napisać, po czym okazało się, że też nie rozumiem. Obcokrajowcy są tacy głupi, że nawet czytać nie umieją, słyszał ktoś? W końcu przekazała mi mimicznie, że powie, kiedy dojedziemy. Trochę się uspokoiłam, chociaż nie mogłam mieć pewności, co chce powiedzieć. Ale dojechaliśmy. W świecie trzeba mieć trochę zaufania do ludzi. Bez zaufania nie da się podróżować.
Potem dowiedziałam się, że Jiejie i wszyscy w jej otoczeniu nie mogli zrozumieć, co to za dziwny obcokrajowiec, co nie bał się jechać sam autobusem i twierdził, że sam sobie ze wszystkim poradzi. Nikt inny się na to nie zgadza.
Jej szkoła zrobiła na mnie przytulne wrażenie. Na ścianach Jiejie i jej koleżanka Joery porozwieszały zdjęcia z podróży i z czasu nauki za granicą, w towarzystwie zagranicznych znajomych. Po jakimś czasie dołączyły do tego też moje zdjęcia. Zorientowałam się szybko, że to reklama. Paroletni test przyjaźni udowodnił mi, że Joery widziała we mnie zawsze tylko zarobek i reklamę, ale Jiejie widzi we mnie na szczęście człowieka.
Nie pochodzi wcale z otoczenia ani światowego, ani wykształconego, ale wrodzona uczciwość i rozumność uczyniły z niej wartościowego człowieka. Jej rodzice są typowymi ludźmi z Cixi. Chłopi, którzy zaczęli się dorabiać po otwarciu na wolny rynek. Nie wszyscy tak zrobili, ale prowincja Zhejiang słynie z ludzi oddanych zarabianiu pieniędzy. W kilkanaście lat ludzie, którzy nie mieli w domu prądu, zasiedli za kierownicą BMW. Cixi z wsi stało się jednym z dziesięciu najbogatszych miast w Chinach. Jiejie jest z pierwszego pokolenia, które cieszy się dobrobytem, ale pamięta chyba jeszcze czasy przemian. Jesteśmy w tym samym wieku, ja wyraźnie pamiętam skąpe lata dziewięćdziesiąte w Polsce.
Rodzice, którzy nie skończyli szkół, zapewnili jej studia na Uniwersytecie Nottingham w Ningbo, zapłacili za jej pobyt w Anglii i w Hiszpanii. Mieszkałyśmy obie w Granadzie, co wydawało mi się wtedy przeznaczeniem, a dzisiaj wydaje mi się czymś zupełnie zwykłym. Każdy, kto jedzie do Hiszpanii uczyć się języka, jedzie do Salamanki albo Granady.
Oczywiście Granada jest o wiele lepsza.
Jiejie ma wyjątkowy, krytyczny umysł. Zawsze opowiadała mi o rzeczywistości z jej chińskiego punktu widzenia i tłumaczyła zachowanie ludzi. Nauczyła mnie o tym kraju więcej niż ktokolwiek inny.
Jak już wiadomo, lekcje szły nam wspaniale, ja poznawałam absolutne podstawy, ale nie tylko. Znalazłam sobie bowiem coś bardzo potrzebnego, czyli swój świat. Praca w chińskich szkołach, zwłaszcza w szkołach językowych, zwłaszcza w małych miastach, to delikatne obozy pracy. Pracuje się często od dziesięciu do czternastu godzin na dobę. Widzi się tylko współpracowników i przebywa w szkole lub w domu, bo nie ma nawet nigdzie iść ani co robić, jeśli to małe miasto. Przebywa się tylko ze znajomymi z pracy. Nawet się nie lubiliśmy, ale byliśmy na siebie skazani. Taka stresująca sytuacja zaowocowała na szczęście kilkoma przyjaźniami trwającymi do dzisiaj.
Udało mi się znaleźć ludzi, z którymi miałam wspólny język, poza pracą i dalej od miejsca zamieszkania- tym lepiej. Wszyscy siedzieli w pracy od dziewiątej do ósmej z braku lepszego zajęcia. Ja natomiast, jeśli nie miałam lekcji rano, przychodziłam często o drugiej, a przedpołudnie spędzałam z Jiejie, rozmawiając, jedząc, słuchając jej opowieści o Chinach. I czasami nawet trochę się ucząc. Ale to czasami.
Jak wiadomo, przeprowadziłam się do Ningbo i musiałam szukać nowej nauczycielki, choć z Jiejie widywałyśmy się regularnie, dopóki nie wyszła za mąż. Widujemy się sporadycznie, ale cenne jest wrażenie, że spotkałam tu kogoś wartościowego. Zawsze, kiedy chcę powiedzieć coś nieładnego o Chińczykach, myślę o Jiejie. Tak, nie mogę jej całkiem zaakceptować. Na przykład: trzyma swojego psa w klatce i uważa, że jest dla niego dobra, bo przecież dostaje jedzenie. Nawet na nią nakrzyczałam podczas ostatniej wizyty. Trochę się uspokoiłam, jak powiedziała, że jej ojciec zabiera psa na spacery. Kiedy jednak chcę powiedzieć, jacy ci wszyscy Chińczycy są interesowni, kobiety sprzedajne, nikt nie ma krytycznego myślenia, nikt nie chce szczerze pomóc. Zanim to powiem, zawsze pomyślę o Jiejie i gryzę się w język.
Sisi
Po przyjeździe do Ningbo szkół było do wyboru mnóstwo. Znalezienie nauczyciela nie było jednak wcale najłatwiejsze. W paru szkołach umówiłam się na lekcje próbne. Po lekcji wszyscy od razu podsuwali mi kontrakt i natarczywie domagali się, abym zobowiązała się na kilka lekcji tygodniowo przez długi czas. Nie chcieli się czasem godzić na jedną godzinę, twierdzili, że trzeba siedzieć na lekcji dwie godziny zegarowe. Pracowałam w szkołach językowych i wiem, że to sposób na wyciąganie pieniędzy. Rodzice w Chinach zwykle życzą sobie dwugodzinnej lekcji w przekonaniu, że dziecko nauczy się dwa razy więcej. Jednakże, istnieje wyraźny limit informacji możliwych do wchłonięcia za jednym razem i dodatkowy czas zapełnia się grami i ćwiczeniami. Wiem, bo tak zawsze robię.
Nie przyszło im jeszcze do głowy, że mniej wyraźny głód pieniędzy skutkuje zwykle w lepszych zarobkach.
A co gorsza, okazało się, że obcokrajowiec, który już coś umie, ma problem ze znalezieniem nauczyciela. Obcokrajowiec bowiem powinien nic nie umieć. Każdego należy nauczyć od początku „nihao” i „ni jiao shenme mingzi”, a potem alfabetu fonetycznego. Nauczycielki konfrontowane z informacją, że już to wszystko umiem, były zbite z tropu. Nie umiały wymyślić, czego jeszcze można mnie uczyć.
W mojej szkole natomiast jest organizacja wolontariacka, której członkowie uczą obcokrajowców chińskiego za darmo. Szefową jest słynna już studentka Daisy. Parokrotnie jej mówiłam, że lepiej byłoby stworzyć organizację pomagającą obcokrajowcom w codziennym życiu. Kiwa zwykle głową, że i tak to robią, bo pracownikom administracji się nie chce się i zwalają swoje zawodowe obowiązki w tym względzie na nich.
Idea organizacji jest taka, że studenci cenią sobie czas spędzony z obcokrajowcem tak bardzo, że nawet zgadzają się go uczyć za darmo. Nie wydaje mi się to słuszne.
Spotkałam się z dwiema studentkami i od razu podziękowałam. Dziewczyny zobaczyły moje podręczniki i oświadczyły mi, że to niemożliwe, bo obcokrajowcy przecież nie umieją takich rzeczy. Pomijając fakt, że to niesamowicie rasistowskie stwierdzenie, jakoby mózg obcokrajowca nie był zdolny do opanowania podstaw chińskiego, jest to ponadto niesamowicie irytujące. Za każdym razem, kiedy otwieram usta i mówię po chińsku, wszyscy są w szoku, że potrafię, jakbym właśnie wykonała potrójne salto. Czy rzeczywiście to tak dziwne, że po trzech latach w danym kraju znam jego język? Nie chodzi o to, że mnie komplementują, bo to bardzo przyjemne, ale o same okrzyki zdziwienia i wynaturzony szok.
Dziewczęta pokazały jedno zdanie. Przeczytałam. Pokazały następne. Przeczytałam. Wciąż twierdziły, że to niemożliwe. A ja postanowiłam poszukać nauczyciela gdzieś indziej.
Skończyło się na jednej niedrogiej szkole językowej i nauczycielce Sisi. Niedrogiej, bo w Ningbo należy zapłacić za godzinę przynajmniej sto juanów. Jeśli nauczyciel musi do nas dojechać, płacimy mu za taksówkę. Tu płaciłam siedemdziesiąt juanów i sama dojeżdżałam. Sisi nie wywarła na mnie wielkiego wrażenia i zarobiła sobie na przezwisko Dziecka Propagandy. Uwielbiała mi opowiadać o kulturze chińskiej w jedynych znanych jej aspektach, czyli w propagandzie. Dzieliła się ze mną myślami o tym, że jeśli kobieta napije się piwa, staje się ZŁĄ KOBIETĄ. Jeśli natomiast kobieta urodzi dziecko, ma się przez miesiąc nie myć i nie ma dyskusji. Nie jest nawet potrzebne logiczne uzasadnienie, bo to święta kultura przodków. A najgorszym, co człowieka może spotkać, to stracić twarz. Kobieta może stracić twarz poprzez na przykład wypicie piwa. Mężczyzna nie, musiałby się upić i zataczać na ulicy.
To tyle o kulturze chińskiej. Sisi chyba więcej nie wiedziała. Niestety, Chińczycy niezwykle mało wiedzą o swojej kulturze. Bardzo kurczowo trzymają się tradycji i schematów myślowych, ale nie interesuje ich, skąd pochodzą. Nie wiedzą zbyt wiele o swojej długiej historii i dziełach Chińczyków, które mogłyby rzucić światło na współczesne Chiny. Wszystkich raczej interesuje nauka do gaokao, czyli chińskiej matury, gdzie ułamek punktu może zaważyć na przyszłości ucznia. Jeśli czegoś nie ma na gaokao, nie uczymy się tego, bo szkoda czasu. Z jednej strony rozumiem, walczą o byt. Z drugiej strony szkoda, bo ginie prawdziwa myśl chińska, tradycja, nawyk czytania książek dla przyjemności.
I bogata kultura zanika.
Koleżanka z uniwersytetu chińskiego mówiła mi, że nie raz musiała uczestniczyć w zajęciach kultury chińskiej dla obcokrajowców. Za każdym razem mieli nadzieję, że ich czegoś nauczą, na przykład historii, filozofii, o sztuce. Za każdym razem syllabus obejmował tylko i wyłącznie obchodzenie świąt chińskich. A to że na Święto Wiosny je się rybę, a to że na Święto Jesieni rozwiązuje się zagadki.
Nawet profesorowie kultury chińskiej nie znają kultury chińskiej.
Sharon
Gdzieś w okolicach wiosny, dziewczyna mojego kolegi z pracy, Sharon, zrobiła kurs nauczycielki chińskiego. Od razu zapytałam, czy nie mogłaby mnie uczyć.
Błąd. Po szczerej sympatii i szacunku do Sharon został mi tylko niesmak.
Sharon uważałam za moją dobrą koleżankę. Mówi dobrze po angielsku, bo studiuje też na Nottingham i jest badzo indywidualistyczną, żywą, inteligentną osobą, o wiele bardziej wyzwoloną od większości Chinek.
Zostałam jej pierwszą uczennicą. Zapytana o cenę, Sharon chciała mi udzielać lekcji za darmo, ponieważ się przyjaźnimy. Stanowczo odmówiłam i zaproponowałam pięćdziesiąt juanów. Wiem, że w szkołach językowych płaci się co najmniej sto, ale nauczyciel dostaje z tego około trzydziestu. Wydawało się to zatem dobrym interesem dla obu stron.
Lekcje na wiosnę były przyjemne. Nie bardzo się przykładałam, a Sharon stawiała mi poprzeczkę trochę zbyt wysoko, złoszcząc się, że nie rozumiem za trudnych dla mnie tekstów i nie pamiętam wszystkich znaków z czytanki sprzed dwóch tygodni. Przygotowywała się też za dużo, na przykład spędzała godzinę przed lekcją na przepisywaniu ćwiczeń z książki na tablicę. Potem tablicę niosła do mnie do domu (mieszkamy w tym samym budynku). Któremu korepetytorowi przyszłoby coś takiego do głowy?
Po wakacjach doszłabym do wniosku, że wypadałoby lepiej nagrodzić jej trud i zaproponowałam lekcję czterdziestopięciominutową za tę samą cenę. Miała być trzy razy w tygodniu. Sharon zwerbowała już sporą gromadę uczniów, w tym chyba wszystkich naszych współpracowników.
Nie chciała się zgodzić na czterdzieści pięć minut, zaproponowałam więc godzinę za osiemdziesiąt juanów. Nie chciała się najpierw zgodzić, ale potem uległa. Potem zmniejszyłam liczbę lekcji do dwóch w tygodniu, bo doprawdy nie dawałam rady. Znów nie chciała się zgodzić, ale nie miała wyjścia. Widać było, że szalenie zależy jej na jak największej ilości lekcji.
Zaczęłam się porządnie przykładać, po raz pierwszy od przyjazdu do Chin. Po każdej lekcji mozolnie ćwiczyłam pisownię nowych znaków z tekstu. Jedną czytankę dawałyśmy radę przerobić w około miesiąc. Na każdej lekcji przerabiałyśmy w najmniejszym detalu po kilka zdań. W rezultacie, całkiem nieźle do dzisiaj czytam. Nigdy wcześniej ani później nie zrobiłam takich postępów.
Ale było coraz gorzej.
Rozmawiałyśmy tylko po angielsku, po części dlatego, bo Sharon dobrze mówi po angielsku, a po części dlatego, że złościła się, jak cokolwiek wypowiedziałam na złym tonie. Lepiej było nic nie mówić po chińsku.
Jak już wspominałam, uczyłam się przed każdą lekcją. Jak również, przerabiałyśmy tę samą czytankę przez miesiąc, przy każdej lekcji dodając po kilka nowych zdań. Nietrudno zgadnąć, że zawsze znałam początek na pamięć, chcąc nie chcąc. Nieporozumienia zaczęły się właśnie tutaj.
Sharon orzekła, że się nie uczę dostatecznie dużo. Każdą czytankę powinnam umieć w stu procentach i umieć czytać ją płynnie, niczym Chińczyk. Imponowało jej, że tak ładnie czytam początek i stwierdziła, że powinnam umieć tak ładnie całą czytankę. W tym celu kazała mi codziennie powtarzać ją po pięć razy, aż się nauczę na pamięć.
Stanowczo odmówiłam.
Wynikł z tego dramat edukacji konfucjańskiej. Chiny słyną z surowych, bezwzględnych nauczycieli. Sharon sama wspominała, że rodzice nie dawali jej jedzenia, jeśli na lekcji nie znała odpowiedzi na pytanie albo jak popełniła błąd.
Chiny słyną też z systemu edukacji opartego na nauce czytanek na pamięć. A tu przyszedł ktoś, kto śmie się nauczycielowi sprzeciwić i nie wyraża chęci klepania bezmyślnie czytanki.
Ani rodzicowi, ani nauczycielowi nie wolno się sprzeciwiać. Często na lekcji pytam się studenta, czy zna odpowiedź na pytanie i milczy. Albo, mówię mu, że jest nieprzygotowany i milczy w odpowiedzi. Rozumiem zatem, że jest nieprzygotowany.
Tymczasem po lekcji mam czasem całą kolejkę uczniów, którzy mówią mi:
-Proszę pani, proszę paaaani! Ja tak naprawdę znam odpowiedź na pytanie a pani powiedziała, że nie znam! Proszę pani, bo ja się przygotowałem, proszę popatrzeć!!!
Nie mam siły już tłumaczyć, że po lekcji jest za późno. Chińczyk bowiem nie sprzeciwi się nauczycielowi. Jeśli mówię: „nie przygotowałeś się” spuszcza głowę i siedzi cicho. Nie wolno nic powiedzieć.
Po lekcji chyba wolno powiedzieć, bo nauczyciel nie traci wtedy twarzy.
Ale wracając do Sharon, tak oto moja koleżanka zaczęła mnie doprowadzać do szału. Poza lekcją miła i uśmiechnięta, na lekcji spięta, zła, mówiąca do mnie nieprzyjemnym, obraźliwym tonem. Twierdziła, że tak musi się zachowywać nauczyciel i inaczej nie będę jej szanować. Oj, wręcz przeciwnie.
Próbowałam jej tłumaczyć, że nie chcę recytować czytanek na pamięć, bo nie ma to żadnego waloru edukacyjnego. Sharon nie zgadzała się i robiła mi często wykłady na temat tego, jak należy uczyć języków, mimo że ja to robię od lat ośmiu, a ona zaczęła dopiero. Nauczyłam się nie przerywać, bo wtedy wykład się tylko wydłużał. Nie wolno nie zgadzać się z nauczycielem.
Tłumaczyłam, że jestem bardzo zmęczona po pracy codziennie i nie chcę wolnego czasu poświęcać na klepanie czytanki. Przepisuję wszystkie znaki, uczę się, wystarczy, nie będę klepać na pamięć. Usłyszałam, że wszyscy pracujemy i nie mam prawa do głupich wymówek.
Skoro nie wolno się nie zgadzać z nauczycielem, nauczyłam się nic nie mówić, nawet kiedy wiedziałam, że Sharon zapędza się w kozi róg. Czasem na początku doświadczonym okiem widziałam, że ćwiczenie, które mi nakazuje robić, nie ma sensu. Nic nie mówiłam, bo wiedziałam, że nie będzie chciała stracić twarzy i będzie się dziko upierać przy swoim. Posłusznie zatem wykonywałam polecenia i kiedy ćwiczenie nie wychodziło, posłusznie wysłuchiwałam, że to moja wina.
Na przykład, przed lekcją spędzała półtorej godziny na wypisywaniu definicji nowych słówek na tablicy. Cel był taki, że miałam przeczytać definicję i zgadnąć znaczenie nowego słowa. Prawie nigdy nie rozumiałam znaków, których używała, jak miałam zgadnąć nowe słowo? A przecież można wprowadzić nowe słowo na tyle sposobów, chociażby wytłumaczyć. Przed każdą lekcją Sharon traciła półtorej godziny na pisaniu, potem traciłyśmy pół lekcji na staraniu się rozszyfrować, co napisała i potem jeszcze wysłuchiwałam, że sprawiam jej tyle kłopotu lekcjami, bo trzeba tyle się przygotowywać.
Zadawała mi uparcie ćwiczenia do domu i nigdy nie umiałam ich zrobić. Niezrozumienie większości znaków nie pozwalało mi zrobić ćwiczenia gramatycznego. Zamiast zmodyfikować ćwiczenie, Sharon uparcie karała mnie za niezrobienie zadania.
Najgorzej było, kiedy popełniłam błąd. W edukacji chińskiej nie wolno popełnić błędu. To dlatego studenci nie chcą odpowiadać na moje pytania. Kiedy zadam im jakieś, czekają na moją odpowiedź, żeby wiedzieć, jaka jest właściwa. Nie rozumieją, że nie ma właściwej odpowiedzi na pytanie typu „co wolisz, dużo pieniędzy czy ciekawą pracę?” Nie rozumieją, że czekam na opinię. Są uczeni odpowiadać tak, jak zadowoli to nauczyciela.
Podobnie na lekcji Sharon. Błąd nie oznaczał, że właśnie się uczę. Błąd oznaczał, że: nie nauczyłam się, jestem leniwa, nie wiem. Na błąd w czytaniu odpowiedzią było tłumaczenie mi najprostszych zasad gramatyki. Starałam się jej przerwać, tłumaczyć, że ja to wiem, tylko popełniłam błąd. Sharon nie rozumiała, że można wiedzieć, ale popełnić błąd. Zrozumiałam w końcu, że te tłumaczenia to kara. Pomyliłam się, to teraz muszę wysłuchiwać tłumaczeń jak dla dziecka. Straciłam twarz.
W edukacji chińskiej uczniów zawstydza się i upokarza. To jest kara. Dlatego najlepsze efekty mam tylko wtedy, kiedy stracę nad sobą panowanie i jestem naprawdę wredna. Motywowanie zwykle na Chińczyków nie działa. Przykładowo, zawsze tłumaczyłam grupie studentów, żeby nie wstydzili się odzywać na lekcji, bo jeśli będą, to dostaną lepszą ocenę. Tłumaczyłam też, że są bardzo mądrzy i cieszy mnie każda odpowiedź. Dodawałam, że zrobić błąd to nie wstyd, siedzieć i nic nie robić to wstyd. Zero rezultatów. W końcu przyszłam na lekcję śpiąca i zupełnie nie chciało mi się za nich mówić, podczas gdy banda rozpuszczonych jedynaków przysypia. Zrobiłam im wykład, że już są dorośli i nie ma mamusi i tatiusia, którzy im wszystko załatwią. Sami mają na siebie pracować, a nie ich mama i tata. Potem w pracy, jak będą tacy leniwi, jak teraz, mamusia i tatuś nie pomogą, zwolnią ich i tyle. Nie mają pięciu lat. Od razu zaczęli się rwać do odpowiedzi, a mi było przykro, że byłam wredna. Potem kolega wytłumaczył mi, że do tego są przyzwyczajeni i takiego nauczyciela szanują.
Czasami Sharon krzyczała na mnie. Niejednokrotnie było to za błędy, które popełniają nawet Chińczycy. Na przykład, są po chińsku znaki, które można czytać na więcej niż jeden sposób i oznaczają za każdym razem co innego. Znak na ziemię można czytać na przynajmniej dwa sposoby: di będzie oznaczało ziemię. De to słowo funkcyjne. Di i de wyglądają tak samo i mi się mylą. Za taką pomyłkę Sharon potrafiła nakrzyczeć i sugerować, że zrobiłam błąd, bo się nie uczę.
Doszło w końcu do tego, że Sharon postawiła sprawę jasno: nie uczę się, nie recytuję czytanek, a zatem ona nie będzie mnie nadal uczyć. O nie, nie oznacza to, że nie będzie lekcji i ona nie będzie zarabiać pieniędzy. Nie nie. Oznacza to, że na lekcjach będziemy klepać te same czytanki w kółko za karę. Mimo że zrobiłam ogromne postępy, nie umiałam jednak wszystkich słów w stu procentach. Trzeba umieć w stu procentach, zupełnie bezbłędnie i nie wolno się zastanawiać.
Starałam się jej tłumaczyć, że nauczanie języków nie na tym polega. Jeśli zobaczę te słowa w nowej czytance, może je wreszcie zapamiętam. Należy dostarczać nowego materiału. Klepanie na pamięć nie ma sensu. Karanie bez przerwy też nie ma sensu, ja się naprawdę bardzo staram. Każdy uczący się robi błędy.
Sharon powiedziała, że się nie znam. Tłumaczeń i zdania ucznia się nie słucha.
Powinnam była wtedy powiedzieć, że skoro ty mnie nie będziesz uczyć, to ja przychodzić na lekcje. I już. Nie chciałam jednak tracić nauczycielki mieszkającej po sąsiedzku. Zbyt wygodne.
Największym cios nadszedł, jak tylko sesja egzaminacyjna się zbliżyła. Sharon odwołała wszystkie swoje lekcje dwa miesiące przed sesją, ponieważ miała do napisania dwa eseje. Zostawiła wszystkich uczniów na lodzie. Zgodziła się udzielać mi jednej lekcji w tygodniu i podkreślała, że to ogromny dla mnie przywilej. Lekcja z poranka została jednak przesunięta na późny wieczór. Dlaczego? Bo Sharon jest tak zmęczona, że po lekcji ze mną musi spać cały dzień i nie pisze swoich prac na zaliczenie.
Cały dzień. Po jednej godzinie uczenia. A na mnie krzyczała, że nie klepię czytanki codziennie po pięciu godzinach uczenia.
Przypomniały mi się czasy, kiedy pisałam dwie prace magisterskie, prace na zaliczenie na dwóch kierunkach, zdawałam egzaminy na dwóch kierunkach i miałam mnóstwo uczniów. Lekcje odwoływałam w razie choroby lub wyjazdu do domu.
Nasze lekcje skończyły się po zimowych wakacjach. Umówiłyśmy się już na dzień, godzinę, po czym Sharon niczym od niechcenia wspomniała, że od tego semestru cena wzrasta do stu juanów.
Było to może z mojej strony małostkowe, ale uznałam, że przebrała się miara. Nigdy nie podwyższyłam uczniowi ceny. Zwłaszcza dlatego, że ciągle werbuje się nowych uczniów i ich można poprosić o więcej pieniędzy. Zawsze wolałam zatrzymać wiernego ucznia, na którym można polegać. W Chinach jednak nie ceni się stałego klienta. Nie ma jeszcze praktyki biznesowej, która nakazuje o klienta dbać.
Stwierdziłam, że skoro mam się denerwować, Sharon ma na mnie krzyczeć, nie można na niej polegać, że lekcje będą się odbywać, to nie ma sensu. Powiedziałam jej, że nie mam zamiaru uczyć się chińskiego już, a moją nową nauczycielkę do dziś trzymam w tajemnicy.
Spotykamy się w charakterze towarzyskim, ale dawne koleżeństwo i sympatia gdzieś prysły. Sharon, ku mojej irytacji, zawsze przedstawia mnie znajomym jako swoją pierwszą i najlepszą uczennicę chińskiego.
Uczennicę, której odmówiła lekcji, jeśli nie zapłaci dziesięć złotych więcej. I z której zawsze była niezadowolona. Ale czy na pewno? Chyba wydawało jej się, że tak musi się zachowywać nauczyciel. Często powtarzała, że tak musi się zachowywać, abym ją szanowała.
Ostatnio powiedziała mi, że chciałaby mnie znowu uczyć. Znalazła ucznia na moim poziomie i moglibyśmy razem mieć lekcje, wtedy byłoby taniej. Wydaje jej się zatem, że nie chciałam lekcji, bo jestem skąpa, a nie dlatego, bo były kiepskie. Nie wydaje mi się to miłe i następnym razem powiem jej chyba o mojej nowej nauczycielce.
Susan.
Susan przedstawiła mi koleżanka Basia, i niech chwała jej będzie za to. Basia sama lekcji chińskiego nie potrzebuje jako sinolog, ale Susan uczy jej współlokatorkę. Zadzwoniłam i przedstawiłam się jako koleżanka tej oto współlokatorki i powiedziałam, że chcę się uczyć. Susan była na to zupełnie nieprzygotowana, lecz chętnie umówiła się ze mną na czas i godzinę.
Nie mogłyśmy się zgrać zupełnie. Susan mieszka daleko, w centrum. Ja mieszkam za daleko w głębi dzielnicy uniwersytetów. Wymyśliła zatem, że na lekcje możemy się spotykać na samym skraju dzielnicy uniwersyteckiej, na uniwersytecie Wanli. Ani tam nie uczę, ani nigdy nie byłam, ale ochroniarze zawsze mnie wpuszczają. Zwyczajowo nie zatrzymuje się obcokrajowców, bo ochroniarze nie umieją po angielsku i straciliby twarz. A Susan studiowała tam właśnie, więc czuje się jak u siebie.
Rzeczywiście, udało się. Znajdujemy pustą klasę wieczorem i uczymy się, korzystając z ich prądu.
Susan zażyczyła sobie tę samą cenę, którą płaci moja znajoma, ale zupełnie nie pamiętała nawet, ile to. Musiałam sama się dowiedzieć i okazało się, że to tylko jakieś piętnaście złotych za lekcję. Susan powiedziała, że nie obchodzą jej pieniądze i uprzedzając moją reakcję, dodała szybko, że naprawdę! Jej babcia była nauczycielką, jej mama też i Susan bardzo wierzy w edukację i w wartość uczenia ludzi.
Mimo to, zwiększyłam cenę do pięćdziesięciu juanów. Czasem nie chciała ich przyjąć, bo bywały lekcje, kiedy nie chciałam się uczyć, tylko rozmawiać. Musiałam jej płacić na siłę.
Od razu zauważyłam różnicę z Sharon, a to taką, że Susan naprawdę potrafi uczyć. Nie jest to dla niej nic trudnego, nie opowiada mi, ile musiała się przygotowywać na moją lekcję, nie denerwuje się. Jeśli ćwiczenie nie wychodzi, modyfikuje ćwiczenie. Potrafi rzucić okiem na stronę i pomyśleć, co można z nią zrobić. Nie opowiada mi, że moja lekcja to dla niej ogromny ciężar.
Na codzień uczy siedmiolatki chińskiego. Jest z wykształcenia filologiem chińskim i uwielbia chińską kulturę.
Od razu zauważyłam, że niemotywowana stresem, robię mniejsze postępy. Lub nawet żadne. Czy jednak na pewno? Z Susan rozmawiam tylko po chińsku, co było na początku za ciężkie, ale stało się rutyną. I nie mówimy o jakichś banalnych rzeczach, a najczęściej o uczniach, o Chinach, o naszej pracy, o problemach codzienności w Chinach. Tak jakbym rozmawiała z koleżanką, ale rozmawiam po chińsku. Nie złości się na mnie, że robię błędy, co jest z jednej strony złe, bo mnie nie poprawia, ale z drugiej lepsze, bo się nie wstydzę już mówić. Zwykle sama idę załatwiać swoje sprawy, bo już wiem, że jakoś się dogadam.
No, oprócz szpitali.
Tej jesieni zrozumiałam, że wypadałoby zrobić użytek z wiedzy Susan o Chinach. Chyba podczas naszych rozmów zauważyłam, jak dużo wie. Mówiła też, że bardzo lubi tradycyjną kulturę i narzekała, że mało kto się na niej zna. Często narzeka też, że ludzie nie czytają za wielu książek.
Uczymy się zatem z książki dla dzieci o Konfucjuszu.
Konfucjusz, ojciec kultury chińskiej. Przerażającym odkryciem jest to, jak wybiórczo jest interpretowany, niezrozumiany i wykorzystywany do własnych celów. Chociaż, czy nie to samo robimy my z Biblią?
Należy wspomnieć, że Chiny przechodzą teraz swego rodzaju renesans konfucjański. Na przestrzeni wieków kluczem do zdobycia pozycji urzędnika było nauczenie się na pamięć klasyków konfucjańskich. W dwudziestym wieku zostało to uznane za zacofanie i na Konfucjusza zrzucono winę za biedę i brak edukacji w kraju. Jednym z najbardziej znanych krytyków Konfucjusza i zarazem tym, kto zerwał z jego tradycją, był Lu Xin. Również Partia Komunistyczna z Mao na czele walczyła przeciwko tradycji konfucjańskiej, paląc książki i demonizując ją jako źródło wszelkiego zła, razem ze wszelką sztuką i kulturą.
Obecnie jesteśmy w sytuacji, gdzie Partia Komunistyczna rządzi brutalnie kapitalistycznym krajem. Ideologia komunistyczna zupełnie już do tego nie pasuje. Nadszedł czas, gdy prezydent Xi Jin Ping nakazuje politykom studiowanie wartości konfucjańskich.
Interpretacja moja jest taka, że Chiny potrzebują jakiejś myśli i ideologii. Komunizm odrzucono w praktyce, Zachód przedstawia się jako źródło zepsucia w przeciwieństwie do moralnych Chin (co robi większość kultur: my- moralność, ci inni- zło i zepsucie). Konfucjusz jest zatem jedynym możliwym źródłem ideologii.
Jak powiedziała Susan, w Chinach z kulturą jest jak z ubraniem. Odrzucono ją w zupełności i okazało się, że jednak jest potrzebna. Ludzie zakładają ją z powrotem.
Czytamy zatem książkę o Konfucjuszu, by dowiedzieć się, o co właściwie temu filozofowi chodzi. Na szczęście mam Susan, która pokazuje mi nieścisłości w myśli starożytnego mędrca, o których wszyscy woleliby zapomnieć.
Po pierwsze, Konfucjusz uważał, że kobiety nie powinny się uczyć. Kobieta nie powinna znać pisma nawet. Absolutnie nikt o tym nigdy nie wspomina. Czytanki wychwalają go jako edukatora, który pozwalał się uczyć dzieciom ze wszystkich warstw społecznych. O tym, że tylko chłopcom, wszyscy milczą.
Konfucjusz wierzył też, że każdy ma swój indywidualny talent i powinien go pielęgnować. Jest to niemożliwe we współczesnej chińskiej edukacji. Każdy licealista musi zdać gaokao, aby dostać się na studia. Różnica pomiędzy naszą maturą a gaokao jest po pierwsze taka, że jest parę tysięcy Polaków starających się o wyższe studia, a tu setki milionów Chińczyków. Po drugie, my wybieramy przedmioty na maturze, a na gaokao nie. Do przyjęcia na studia liczy się ocena całościowa ze wszystkich przedmiotów. W rezultacie, kilka punktów zgubionych na egzaminie z matematyki uniemożliwi nam dostanie się na filozofię.
Podczas ostatniego roku przed gaokao uczniowie śpią po pięć godzin na dobę i nie mają czasu nawet jeść. Potem przychodzą na studia i ostentacyjnie nie chcą się uczyć, bo już zdali gaokao i na uczelni są tylko po papier. Nie czytają też książek. Na lekcjach śpią albo bawią się telefonem.
Drugą konsekwencją jest brak uwagi dla indywidualnych talentów i problemów ucznia. Nie ma mowy o dysleksji, jak ktoś jest dyslektykiem, traktuje się go jako upośledzonego. Nie ma nawet mowy o pisaniu lewą ręką. Studenci kiedyś mi się pytali, że widzieli, jak jeden Amerykanin pisze lewą ręką, czy wszyscy obcokrajowcy tak piszą? Bo to nienormalne. Dzieci z małymi zdolnościami do nauki, ale z dużymi zdolnościami artystycznymi są traktowane jako nieuki, głupie. Nieważne, że dobry rysownik może mieć dobrą pracę, nie wpisuje się jednak w główny nurt.
Trzecią konsekwencją jest opóźniony rozwój psychiczny uczniów. Nie mają czasu dorosnąć, więc na studiach są jeszcze dziećmi. Dziewczyny zakochują się w idolach w telewizji, chłopcy wstydzą się rozmawiać z koleżanką z grupy.
U Konfucjusza widać źródło chińskiego uczenia się do gaokao. Pełno opowiadań o uczniach, którzy głodzili się, bo nie chcieli się oderwać od nauki choć na chwilę. Jeden uczeń przywiązał swoje długie włosy do belki pod sufitem i budził się za każdym razem, gdy zasnął i głowa mu opadała.
Konfucjusza nauczyła czytać i pisać jego matka. Jego ojciec umarł, kiedy był mały. Nie widział w tym problemu, że jego matka jest wykształcona. Idealizował swoich rodziców i zawsze uważał, że każdy ma taką wspaniałą matkę, jak on. Dlatego zawsze twierdził, że rodzicom należy się bezwzględne posłuszeństwo, nawet, jeśli się mylą. Bo nie mogą się mylić.
Czytałyśmy ostatnio opowiadanie o strategu z kraju Cao cao. Zostawił w kraju matkę i pomagał zupełnie komuś innemu, komu mógł być bardzo przydatny. Władze w kraju Cao cao postanowiły go wykorzystać u siebie i wysłały do niego list z podrobionym pismem matki, nakazującym bezzwłoczne przybycie do kraju. Ponieważ matce nie wolno się sprzeciwić, przybył i oboje odkryli oszustwo. Matka wiedząc, że synowi nie wolno się jej sprzeciwić, popełniła samobójstwo, by źli ludzie z Cao cao już nigdy nie podrabiali jej pisma.
Co najciekawsze, w myśli Konfucjusza widać zupełną sprzeczność do obecnej edukacji chińskiej, rzekomo na konfucjoniźmie opartej.
Przede wszystkim, Konfucjusz twierdził, że każdą książkę należy przeczytać trzy razy. Za pierwszym razem przyjmuje się do wiadomości treść, za drugim ją rozumie. Za trzecim razem wyrabia się własną opinię na temat treści zawartych w książce. Dopiero wtedy tekst jest przeczytany, kiedy ma się już własną reakcję. Jak to się ma do uczenia się czytanek na pamięć i klepania ich bez zrozumienia? Jak się to ma do wszechobecnego ściągania z internetu, kopiuj-wklej?
Ponadto, Konfucjusz powiedział, że nauczycielem może zostać ten, kto posiadł wiedzę, ale wyrobił sobie też własną opinię. Dopiero wtedy można uczyć innych. Czy to nie wyraźne zachęcenie do indywidualnej refleksji?
Ostatnio podejrzałam wykład na mojej uczelni. Pani profesor miała na prezentacji w Power Poincie tekst, który wygłądał na przepisany skądś, a być może nawet i Wikipedii. „Wykład” polegał na tym, że pani mówiła po chińsku to, co widziała na slajdzie. Było o przysłowiach i zawierało przykład przysłowia polskiego. Brzmiało ono: „Kawaler i pies mogą wszystko”. Kto słyszał takie przysłowie?! Gdzie tu rzetelność, praca nad przygotowaniem własnego wykładu, własna myśl wykładowcy? Przekleić tekst z Wikipedii i przeczytać po polsku potrafiłabym w wieku trzynastu lat spokojnie. Gdzie wierność konfucjańskiej miłości do nauki?
Najbardziej szokująca była jedna czytanka, z pozoru bardzo niewinna. Opowiadała ona, jak to Konfucjusz znalazł się pewnego razu pomiędzy dwiema wrogimi armiami. Zabrakło jedzenia i nic nie miał w ustach od siedmiu dni. Wódz jednej z armii słyszał o Konfucjuszu i chciał go do siebie zaprosić, ale najpierw chciał sprawdzić, czy rzeczywiście jest tak mądry, jak mówią.
Wysłał Konfucjuszowi perły, które z jakiejś przyczyny były zrośnięte. Przez ich środek biegł kanalik na nitkę. Wódz dał Konfucjuszowi jedwabną nitkę i orzekł, że jeśli tenże nawlecze na nią perły, może przyjść coś zjeść.
Jedwabna nitka jest zbyt miękka, by dało się ją nawlec. Konfucjusz nie wiedział, co zrobić. Tu następuje najważniejsze zdanie tekstu: „nie mając innego wyjścia…”- zwrócił się o pomoc do kobiety, która zajmowała się hodowlą jedwabników. Poleciła Konfucjuszowi przykleić nitkę do grzbietu mrówek i zachęcić je miodem, by przeszły przez kanalik.
Konfucjusz zakończył refleksją, że mądry człowiek zawsze pyta, nawet ludzi niepiśmiennych. Nawet ludzie głupsi od mądrego człowieka mogą go czegoś nauczyć, jeśli zapyta.
Treści w tekstach chińskich są powiedziane delikatnie, nie wprost. Susan wytłumaczyła mi, że „nie mając innego wyjścia” oznacza, że Konfucjusz stracił twarz. Stracił twarz! Wiemy, że Chińczyk woli doprowadzić do katastrofy nuklearnej, niż stracić twarz. A stracił twarz, bo musiał poradzić się kobiety. Czy to nie upokarzające? Kobiety!!!
A najważniejsze w tekście było to, że to upokorzenie było bardzo opłacalne, ponieważ prowadziło do wiedzy. Konfucjusz zachęca do dociekania prawdy i zadawania pytań. Warto stracić twarz, aby się nauczyć.
Podniecona, zapytałam Susan, czy jeśli wspomnę o tym opowiadaniu studentom, będą je znali. Pokręciła głową. Chińczycy raczej nie znają takich opowiadań, są zupełnie niewartościowe w procesie nauki do gaokao.
A chciałam powiedzieć o tym studentom, bo nie chcą zadawać pytań, nie chcą się odzywać, bo jak się okaże, że nie wiedzą i jak popełnią błąd? A sam Konfucjusz ich zachęca do tracenia twarzy, to nie mój szalony pomysł z Zachodu.
Podsumowując, Konfucjusz raczej nie byłby zadowolony ze współczenego systemu chińskiej edukacji, gdzie uczy się tylko w celu zdobycia punktów na teście, gdzie tłamsi się myślenie, gdzie gniecie się dociekliwość i własne zdanie. Ale nie wolno tego mówić otwarcie. Można powiedzieć: „Konfucjusz popierał posiadanie własnej opinii”. Nie można powiedzieć: „Partia Komunistyczna powinna pozwolić ludziom na wolność słowa zgodnie z myślą Konfucjusza”. Co to, to nie. Konfucjusz powinien siedzieć bezpiecznie w swojej starożytności i wychodzić na światło dzienne, kiedy prawi po naszej myśli.

Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarzy

Minuta ciszy

Od wczoraj zastanawiam się, czy opublikować wpis wyrażający mój szok na wieści o atakach w Paryżu. Moim głównym zmartwieniem są agresywne komentarze, które niechybnie się pod nim pojawią. Ogólnie, boję się wciąż agresywnych komentarzy jak ognia, ale ten strach nie może mnie hamować przed pisaniem.
Przede wszystkim, wyrażam współczucie dla wszystkich zaatakowanych, brutalnie zamordowanych, ich rodzin i wszystkich mieszkańców Paryża. Pisanie postu jest niewątpliwie mało skutecznym wyrażaniem współczucia, ale inaczej nie umiem. Wydaje mi się wciąż lepsze niż zmienienie mojego zdjęcia profilowego na Facebooku na francuską flagę.
Po drugie, mam nadzieję, że mordercy, chorzy, zwyrodniali ludzie, którzy dają się zwerbować do ISIS, zostaną ukarani i powstrzymani. Nie będę się wymądrzać, jak powinno być to zrobione, bo oczywiście ani trochę się nie znam. Mam tylko nadzieję, że zostaną podjęte poważne kroki w celu powstrzymania ISIS, nawet zbrojne.
Nie jest proste, bo nie wiadomo, kto jest wrogiem. Tak, nie wiadomo. Ludzie są teraz przerażeni i wcale się nie dziwię temu, a przerażeni ludzie lubią upraszczać. Na lekcjach historii możemy usłyszeć wiele takich przykładów, kiedy winę zwalano na całą grupę etniczną. Wystarczy popatrzeć na prześladowania Żydów na przestrzeni wieków.
Podnoszą się głosy, że to wina wszystkich muzułman, w stu procentach. Podnoszą się głosy, że to wina imigrantów, wszystkich. Mam nadzieję, że ludzie się opamiętają i nie będzie odwetu na niewinnych.
Tutaj przykładowe informacje na temat prześladowań Żydów, muzułman i innych grup religijnych we współczesnej Europie:

http://www.pewresearch.org/fact-tank/2015/02/27/5-facts-about-religious-hostilities-in-europe/

Brzmi straszliwie. Skopano ciężarną muzułmankę za karę za noszenie muzułmańskiego stroju. Poroniła. Gdzie indziej muzułmanie skopali Marokankę za nienoszenie muzułmańskiego stroju.
Mam nadzieję, że takie ataki się nie nasilą.
A jaka jest reakcja Chin na ataki?
Dzisiaj byłam na rowerze ze znajomymi profesorami. Profesor Chińczyk zareagował w bardzo chiński sposób i zadrgała we mnie jakaś struna. Chińczycy bowiem, nawet najbardziej światli, uważają dyktaturę za dobro. Uważają ograniczenie wolności słowa za dobro. Cholera, morderstrwa na placu Tian An Men uważają za dobro! Bo tamci ludzie walczyli o wolny kraj, należało ich zabić dla dobra ogółu. Bo jakby w Chinach była wolność słowa i prawa człowieka, każdy by mógł za wiele i byłaby wojna domowa, zginęłoby jeszcze więcej ludzi. Represje polityczne są zatem uważane za dobre, lepiej poświęcić parę osób dla szczęścia ogółu.
Profesor Chińczyk powiedział zatem z lekką pogardą, że Europa ma te swoje głupie prawa człowieka i okazuje współczucie ludziom, co jest niebezpieczne. Europa też powinna być bezlitosna, ludzie nie powinni mieć tylu praw i powinna być czystość rasowa, a nie poprawność polityczna. Czyli w prostych słowach, prawa człowieka są dla głupich ludzi, mądry kraj to dyktatura.
Żaden Chińczyk nie będzie mi mówił z pogardą, że Europa jest słaba. Gdybyśmy żyli paręset lat temu, wyzwałabym go na pojedynek. Niestety, Chińczycy tak o Europie myślą, dla nich dobry kraj to kraj z dużą armią i bombą atomową, a najlepiej dyktatura, bo dyktator oznacza silnego władcę. Nieraz słyszymy, że bardzo imponuje im Hitler. Jest to dosyć przykre dla naszych znajomych Niemców. Chińczycy chcą im zrobić komplement i mówią, że bardzo lubią Hitlera, a Niemcy w takiej sytuacji chcą się zapaść pod ziemię.
Był to bowiem silny władca, który nie wahał się wymordować całych grup etnicznych dla szczęścia ogółu. Nie to co dzisiaj, ci głupi politycy co praktykują prawa człowieka.
Oprócz Hitlera lubią jeszcze Obamę i Putina.
Nie mają wiele współczucia dla bliźnich i nie doceniają, że w Europie troszczymy się o edukację, zdrowie i byt obywateli. W Chinach, jeśli ktoś ma raka, popełnia samobójstwo, bo nikogo nie stać na leczenie, a ubezpieczenie na pewno nie pokryje. Po zobaczeniu rozmiaru biedy tutaj nigdy nie powiem, że to głupota troszczyć się o każdego obywatela. Tak mówią tylko ludzie zdrowi i bogaci.
Mam nadzieję, że to nie początek ślepej nienawiści i pogardy, chociaż są najnormalniejszymi reakcjami na ból. Mam nadzieję, że to początek walki, a nie udawania, że ISIS jest daleko i nas nie dotyczy.
Meritum moje jest takie, że prawa człowieka, poprawność polityczna, akceptacja ludzi różnych wyznań i pochodzenia to nie głupota i to nie to właśnie doprowadziło do tragedii. Chorzy mordercy doprowadzili do tragedii i nie ma dla nich litości.
Komentarze o treści rasistowskiej będą usuwane. Proszę się nawet nie silić na pisanie.

Opublikowano Bez kategorii | 8 komentarzy